Leśny Almanach, 1995 (księga)

From thewoodcraft.org
Jump to navigation Jump to search



1) 2) 3) LEŚNY ALMANACH 4) 5) BRĄCI PUSZCZAŃSKIEJ C> BIBLIOTECZKĄ WALPEŃ 6)

Leśny Almanach Lektura dla Braci Puszczańskiej Wybrał i przełożył: Milan Klimanek Projekt okładki: Jan Rozwadowski Na okładce użyto ilustracji: Zdeńka Buriana Projekt karty tytułowej: Ladisłav Rusek Rysunki w tekstach: Ladisłav Rusek, E.T. Seton i inni. Skład: Piotr Poznański Wydała: Biblioteczka Walden, Katowice, jako swoją 9. Publikację. Wydanie pierwsze, 1999 Printed in Poland 7)

KTO PISZE, ZOSTAJE

Kiedy starzy Egipcjanie układali swoje hieroglify na zwitkach papirusowych, zapewne nie domyślali się, jaką trwałość będą miały te zapisy. I rzeczywiście – słowo napisane pokonało wszystkie czasy i przestrzenie w naszym świecie, jak żaden inny środek przekazu komunikacyjnego. Również w czasach teraźniejszych pismo pozostało jednym z najważniejszych środków zatrzymywania i przekazywania informacji.

Co wspólnego mają egipskie papirusy, zawierające przez długie wieki bezcenne dane o życiu dawnych ludów Egiptu z dzisiejszą książką?

Książka, którą wam przedstawiamy, przeznaczona jest dla leśnych harcerzy, woodcrafterów, wędrowników, dla miłośników przyrody, błękitnego nieba nad głową i dalekich horyzontów przed sobą, dla uczestniczących w innych, różnie 8) „zielonych” ruchach większych czy mniejszych, jak również dla wszystkich tych, którzy przeżywają swoją młodość, nie będąc członkami żadnej organizacji. Dla młodych ludzi, obojga płci, od lat piętnastu.

Na stronach tej książki znajduje się szereg opowieści, rozważań, uwag i spostrzeżeń, ale też kilka rozdziałów, które miałyby poszerzyć zakres waszych duchowych zainteresowań. Strony tej książki będą prowadzić wasze kroki w przyrodzie, gdy w chwili wypoczynku w plenerze czy w przerwie od zajęć obozowych znajdziecie w niej czas na relaks po godzinach studiów, po pracy szkolnej czy jakiejkolwiek innej działalności w domu. Jesteśmy przekonani, że nasza książka przyniesie wam radość i trochę pouczających wskazówek. I to będzie nasza – jako wydawców – pierwsza satysfakcja.

Nie spodziewamy się, że ta książka zostanie w waszych myślach i pamięci na długi czas, aż do lat, gdy będziecie już dorośli i zostaniecie wprowadzeni w tryb dzisiejszego szybkiego tempa życia w społeczeństwie, gdy będziecie sami o sobie decydować. Takich ambicji nasza książka nie posiada. Wtedy zapewne odłożycie tę książkę na półkę, gdzieś między przeczytane i dawno już zapomniane inne tytuły książkowe. Być może, że czasem jednak powrócicie do jej tekstów, aby przypomnieć sobie pewien wątek w niej zawarty. A potem książka zostanie osamotniona, co jest losem tysięcy innych tytułów.

My jednak wierzymy, że w przyszłości jakiś dziś nam nieznany, bo jeszcze ani nie wyrosły z dziecięcych lat, a może w ogóle nie narodzony, jakiś polski chłopak czy polska dziewczyna znajdzie tę książkę między rzeczami odłożonymi na bok. A może zacznie czytać o ideałach puszczaństwa czyli o woodcrafcie lub jak wolicie o leśnej mądrości. Walory tego puszczaństwa mają trwałą wartość a jego prawdy przetrwały cały czas rozwoju ludzkości. Dowie się, jak woodcraft przybliża człowieka do przyrody, jak uczy miłości do wszystkich żywych stworzeń, jak krzewi cnoty i szlachetność osobistą, jak odpowiada romantyzmowi młodości, pielęgnuje i rozwija cechy fizyczne. Uświadomi sobie jak zgodny jest z dążeniami pokojowymi, które wykluczają paramilitarne wychowywanie młodzieży, zakotwiczone w większości ruchów skautowych, harcerskich, sportowych i innych. Jak prowadzi młodego człowieka do świadomości o egzystencji działania ręki Twórcy, ogarniającej za pośrednictwem swej Bożej miłości cały nasz świat.

Myśli, zapisane na łamach tej książki, które zostały pieczołowicie dla was wybrane, znajdą zapewne zainteresowanie u przyszłych czytelników. Obojętnym jest kiedy i gdzie tak się stanie na przestrzeni czasu i całej polskiej 9) ojczyzny, czy w Gdańsku, Lublinie, Wrocławiu, Katowicach, Warszawie czy gdzie indziej. I młody człowiek – chociaż już inny – rozczyta się w rozdziałach o tym, jak kroczyliśmy równo z wami na Górę Poznania, o tym, jaki kawał stromej ścieżki zdołaliśmy wspólnie przejść przy wspinaniu się po stokach tej Góry. Przypuszczamy, że będzie on również napełniony odrobiną radości i pouczenia. I to będzie nasza druga satysfakcja: czytelnikami będziecie nie tylko wy, którzy wertujecie tę książkę krótko po jej wydaniu, lecz i ci zainteresowani, którzy może będą ją czytać w przyszłości.

Wierzymy, że w ten sposób pozostawimy trwały ślad, chociaż stworzyliśmy zupełnie mikroskopijnie małe dzieło. Mamy nadzieję, że nasze działanie ma swój sens a nasz trud nie pójdzie na marne. Nie mamy zamiaru porównywać naszych wierszy zawartych w tej książce, ze wspomnianymi na wstępie egipskimi papirusami. Ale wiemy też, że to co napisaliśmy, w jakiś sposób jednak pozostanie i przetrwa. A my zostaniemy jakby skryci między wierszami i stronami tej książki.

Świadomość, że książka ta w małym zakresie przyczyni się, aby nasz świat stał się lepszy, pozwala nam mieć nadzieję, że nie będąc ani poetami, ani pisarzami, wybraliśmy, przetłumaczyli, napisali, ozdobili i wydali tę książkę, jak mogliśmy najlepiej. W jej rozdziałach, w jej myślach urzeczywistniło się, że „kto pisze, zostaje”, jak mówi tytuł tego wstępu. I my w ten sposób również zostajemy w czasie, który przyjdzie. Bowiem więcej nam nie trzeba.

Z błękitnym niebem!
Wydawcy

10)

POSELSTWO CZARNEGO WILKA

Nazywał się Ernest Thompson Seton, ale podpisywał się też Black Wolf - Czarny Wilk. A do tych dwóch słów zawsze dołączał rysunek wilczej stopy - swój totem. Wsławił się swoimi opowieściami o zwierzętach, trzema powieś- ciami i dwoma wielkimi podręcznikami.

Długie lata wędrował po nieskończonych kanadyjskich lasach jak samotny wilk. W drugiej połowie zeszłego stulecia tam w górach i na błoniach żyło takich samotników więcej, lecz byli to bądź łowcy futerkowi bądź poszuki- wacze złota. Czarny Wilk jednak wędrował bez strzelby i bez narzędzi typowych dla poszukiwaczy, tylko z niezbędnym sprzętem do biwakowania i z grubym dziennikiem. Niedźwiedź, karibu, lis, kuna, szop - to dla niego nie była tarcza do strzelania, to byli jego, jak ich nazywał, przyjaciele z dziczy. Całymi dniami potrafił śledzić jedną stopę i nauczył się poznawać cichych mieszkańców lasów, gór, błoni i rzek tak, jak ich może nie poznał przed nim żaden inny człowiek. Bogate naukowe doświadczenia i notatki w swoich dziennikach wykorzystał potem przy pisaniu książek.

Kilkakrotnie odchodził z lasów do wielkiego miasta, ale i wśród Nowego Jorku czy Paryża po pewnym czasie usłyszał wołanie puszczy, któremu nie potrafił się oprzeć.

Mając lat 38, napisał książkę. Miała poniekąd długi tytuł: Wild Animals I Have Known - Wolno żyjące zwierzęta, które poznałem. Książka wyszła aku- rat sto lat temu, w październiku 1898 roku. Zawierała osiem wielkich opowieś- ci o losach życiowych wilka, gawrona, dzikiego królika, lisa, mustanga, cietrzewia i dwóch psów. Osiągnęła tak wielki sukces, iż do końca tegoż roku została jeszcze trzykrotnie wydana, stając się zaraz bestsellerem. Była to książka na wskroś nowa i interesująca. Seton opowiadał w niej o zwierzętach zupełnie inaczej, niż ci wszyscy, którzy pisali o wolno żyjących leśnych stworzeniach przed nim. Była to książka, którą napisał prawdziwy traper 1 backwoodsman - „zalesiak”. A miała oryginalne ilustracje, którymi autor - znakomity rysownik - ozdobił swoje opowieści. Owa książka spowodowała zwrot w życiu Czarnego Wiłka. I w przyszłości miała też duże znaczenie 11) w życiu stu tysięcy chłopców i dziewcząt, ponieważ pobudziła Setona do napisania kolejnych książek. W książkach tych nie tylko odkrywał tajemnice przyrody, lecz przede wszystkim pokazał nowe ścieżki, po których ludzie mogliby kroczyć.

Po owym pełnym powodzenia debiucie na ladach księgarń pokazały się szyb- ko jedno po drugim następne dzieła Setona, urozmaicone jego własnymi ilus- tracjami. Między nimi były to również wyjątkowo znaczące wielkie podręczni- ki, ogłaszające ruch amerykańskiego skautingu leśnego - woodcraftu. Są to „The Book of Woodcraft and Indian Lore” jak też „The Birch Bark Roll of Woodcraft”. Stały się one również pewną podstawą przyszłego Światowego skautingu Roberta Baden-Powella, który dopiero po Setonie wydał swój pier- wszy podręcznik „Scouting for Boys” i dalsze prace.

Oprócz tych podręczników i szeregu powieści, Seton w pierwszym dziesię- cioleciu dwudziestego stulecia napisał dwie przepiękne powieści dla młodzieży pt. „Dwa małe dzikusy” i „Rolf w lasach”.

„Ponieważ poznałem mękę pragnienia, chciałbym pogłębić studnię, z której mógłby pić każdy”.

Możliwe, że już kiedyś czytałeś te słowa. Tymi właśnie słowami Seton zaczyna swoją najgłośniejszą powieść „Dwa małe dzikusy”. Jest to autentycz- na historia z dzieciństwa Setona, napisana w tak mistrzowski sposób, że dziś należy do klasycznych dzieł Światowej literatury dla młodzieży. Może ją z zachwytem czytać dwunastoletni chłopiec jak również dorosły człowiek. „Dwa małe dzikusy” i „Rolf w lasach” - te dwie powieści inspirowały tysiące zapalonych czytelników, aby wyruszyli w przyrodę i uczyli się tam leśnej mądrości. Myśli Setona, które prowadziły go przy pisaniu jego dwóch powieś- ci i jego dwóch wielkich podręczników, dają program wszystkim zwolennikom puszczaństwa - woodcrafterom, skautom i harcerzom.

Po Setonie setki a można tysiące autorów napisały różne obozownicze i tra- perskie podręczniki, ale Czarny Wilk został odkrywcą nowych, wspaniałych ścieżek a pozostali już tylko szli jego śladem, niekiedy pomnażali bogactwo, które on zgromadził, czasem z niego tylko korzystali i kopiowali.

Jeśli dziś otworzymy „„Zwitek kory brzozowej woodcraftu” i „Księgę leśnej mądrości”, odczuwamy, że nie chodzi tutaj o jakieś stare, zwietrzałe idee, ale 12) o rzeczy żywe, które mają swoją nie przemijającą wartość. Podręczniki Setona zostały napisane prawie przed dziewięćdziesięciu laty, ale są do dziś aktualne. Seton nie chce, abyśmy w nich tylko czytali, lecz abyśmy istotnie szli po ścieżkach, które on nam odkrywa.

Wayseeker

13)

ZIMOWY BIWAK

Zimowy czas jest równie piękny jak inne pory roku. Całą okoliczną krainę pokrywa biała pierzyna, na której odciskają swoje stopy, kopytka i łapki wszys- tkie żywe stworzenia. Człowiek dąży do szukania ciepłego mieszkania, woli przesiadywać przy piecu i cieszyć się, aż ciepłe wiosenne promienie słoneczne roztopią ostatnie resztki śniegu. Ci więcej zahartowani udają się na stoki i spuszczają się w dół na dwóch deskach, które mają umiejętnie przymocowane na nogach, albo pokonują większe odległości na biegówkach. Najmniejszą grupę tworzą ci, którzy udają się do zimowej przyrody, aby przeżyć w niej kilka dni pod gołym niebem.

Biwakowaliśmy w swoim czasie w zimie pod namiotami w Górach Izerskich. Wyprawiliśmy się z domu już w czwartek, zdecydowani przeżyć w mroźnej przyrodzie cztery dni. Wszyscy byliśmy wyposażeni w puchowe śpiwory, w których można nawet w zimie wygodnie przespać noc w gimnastycznych spodenkach i koszulce, jak jest to dla każdego z was rzeczą zupełnie oczywistą. Bowiem największy błąd popełniają awanturnicy, którzy na noc na swoje ubranie, w którym się przez cały dzień pocili, naciągają jeszcze jeden sweter. Układają się do spania z dobrym uczuciem, iż zrobili maksimum dla swojego komfortu. Za chwilę wszak poczuwają chłodzące uczucie na plecach, którego nie pozbędą się do samego rana.

Lepszą rzeczą jest ubrać się na noc w suchą podkoszulkę i potem nasze swetry mogą pozostać pod śpiworem lub na nim. Również jest dobre jeszcze przed przebraniem się do suchej podkoszulki obmyć się wodą, chociaż przy temperaturze niższej niż -15%C ta metoda nie musi być dla każdego przyjemna.

Na biwak wzięliśmy z sobą termometr. Ten najbardziej doświadczony z nas przybrał doniosłą minę popatrzywszy na gwiaździsty firmament i wygłosił krótko: -Dwudziestki nie będzie!-. I rzeczywiście, kreska termometru ani w czasie porannego Świtu nie podeszła o włosek pod dziewiętnaście stopni. A za to na wewnętrznej stronie namiotowej płachty Iśnił rano srebrny kożuszek milionów kryształków lodu - dowód tego, jak w nocy wydajnie i spokojnie oddychaliśmy. A przy każdym najmniejszym naszym porannym ruchu setki 14) tych mrożnych gracików opadały na obnażone części naszych ciał i w ten sposób dotkliwie przygotowały nas na zewnętrzną temperaturę.

Ubrania ułożyliśmy na noc pod śpiwory - prosto na karimatki, aby rankiem nie były bardzo wychłodzone.

Zdawałoby się, że zimowe obozowanie jest tym bardziej wymagające, im bardziej kreska termometru spada poniżej punktu zamarzania. Nie jest to praw- da. Tak na przykład osłonięci i zagrzebani przed wiatrem, zawieją czy zadymką w śniegowym schronie, ocenimy niższą temperaturę po tym, że w wytworzo- nym schronieniu strop nad naszymi głowami bezpiecznie się trzyma i że nasze buty i spodnie nie przemakają jak w mokrym śniegu. Lecz jak taki schron właściwie wygląda?

Nie zaszkodzi, jeśli miejsce, gdzie mielibyśmy zamiar w zimie obozować, upatrzymy sobie już na jesień, aby nam przy wybieraniu i wygrzebywaniu Śniegu nie sprawił niespodzianki świerczek, skałka czy pień. Wybrane miejsce możemy oznakować na przykład dwumetrowym drągiem. Potem w zimie łatwo sprawdzimy, jak wysoką warstwę śniegową mamy do dyspozycji. Jeśli wszak drąga nie znajdziemy, wtedy warunki do zbudowania schronienia są idealne. Gdy nie jesteśmy w ten sposób z góry przygotowani, znajdziemy śniegową zaspę i łopatką wykopiemy w niej studnię do potrzebnej głębokości. Następnie wybierzemy Śnieg w bocznej ścianie studni tak daleko i głęboko, aż otrzymamy przestrzeń dla przewidywanej ilości osób; przy tym maksimum to cztery osoby. Przy wygrzebywaniu Śniegu dobrze nam posłuży łopatka na węgiel z alumini- um z krótkim uchwytem; Śnieg nie nalepia się za bardzo na jej powierzchni, jest lekka i dobrze się z nią pracuje. Ze ścian śniegowych wybieramy większe kawały śniegu, które transportujemy na powierzchnię i tworzymy z nich przed wejściem zawietrzną ścianę.

W schronie naprzeciw wejścia wygłębimy małą wnękę, do której umieścimy świecę. Ona oświetli przestrzeń schronienia, utrzyma przyjemną temperaturę powietrza i nasz dobry humor nawet w najbardziej siarczystym mrozie. Wygodnie ułożymy się do snu na karimatkach. Nie polecamy instalowania większej ilości świec: ze stropu schronienia niebawem będzie kapać woda, która przemoczy Śpiwory.

W ciągu dnia wybieramy tę najrozmaitszą działalność, która pokrzepi nas na ciele i duchu i oddali myśli o tym, jak tutaj w śniegu i zimie trwamy i że byłoby nam lepiej w domowym zaciszu. Urządzamy konkursy o wielkiej ilości dyscy- plin, ukierunkowanych na sportowe, narciarskie i niekiedy akrobatyczne 15) umiejętności i na „siłę ducha”. Przy ogniu spotykamy się tylko w czasie przy- gotowania strawy, przy zlecaniu nowego zadania czy przy wieczornej pogawędce. Do spania możemy kłaść się trochę wcześniej, niż jest to obycza- jem w górskich schroniskach lub w czasie letnim na obozie: tak piękną noc pod warstwą śniegu powinniśmy dobrze wykorzystać.

Warto też wspomnieć o zimowym biwakowaniu w indiańskim namiocie tipi, wyposażonym w płachtę rośną czyli lining. Ten namiot jest do tego celu jak najbardziej przydatny: zgromadzi się w nim więcej osób i można go dostate- cznie wygrzać. Potrzebne jest wszak usunięcie śniegu aż po ziemię z całego poziomego rzutu tego namiotu.

Przy wyprawie do zimowej przyrody nie zapominamy o stosownym ubraniu. Jeśli będziemy budować śniegowy schron, śniegową zasłonę czy eskimoskie igloo, niezbędne są dla nas zapasowe rękawice i spodnie, które się przy budowaniu zmoczą; na suszenie w mrozie przy ogniu nie możemy liczyć. Do rezerwowych rękawic dopakujemy w domu też rezerwowe skarpety. Nogawki spodni możemy ochronić nawlekami - kamaszami, które są przymocowane do butów i sięgają pod kolana. W ten sposób uniemożliwimy wpadaniu śniegu do butów i nogi pozostaną przez cały dzień suche, co jest podstawowym warun- kiem sukcesu przy obozowaniu w zimie. Ważne jest wspomniane już odpowiedne ubranie i ciepłe skarpety na noc.

Zima jako pora roku jest na tyle piękna, że szkoda jest przesiedzieć w domu przy piecu z upragnionym oczekiwaniem, kiedy śnieżyce wysuną swoje główki z ziemi. Jeśli nie wierzycie, spakujcie biegówki i wszystko co potrzebne 1 hajda do zimowej przyrody, zawinąć się do Śśniegowej pierzyny, jak to czynią wszyscy pozostali mieszkańcy lasu. Dużo powodzenia!

R. K. -22 szczep Liberec:
„Szczep Roverski”

16)

CO CI DAJĄ WĘDRÓWKI W PRZYRODZIE?

Doświadczenia, wiadomości i różne tajemnice leśnej mądrości nasuwają ci się na każdym kroku. Z każdej wędrówki przez przyrodę możesz powracać do domu o nieco bogatszy. Układaj owe doświadczenia do swojej pamięci albo – co jest lepsze i trwalsze – zapisuj je do swojego dziennika. Ernest Thompson Seton mówił o tych zapisanych cennych doświadczeniach jako o „drogocennych pamięciach”.

Z biegiem czasu powstaje w tobie – ze wszystkich tych odłamków leśnej mądrości – nowy stosunek do przyrody. Idąc lasem nie kopniesz już do muchomora tylko dlatego, że jest on trujący. Zrozumiesz, że przyroda stworzyła go z jakimś zamiarem, który my wprawdzie nie znamy i nie pojmujemy, ale który ma zapewne głęboki sens i znaczenie. Nie zrobisz już niepotrzebnie krzywdy włochatej gąsienicy, chociaż nam ludziom jakoś się nie podoba; zrozumiałeś, że z niej może być przepiękny motyl – a gdyby nawet nie był, również owa gąsienica ma prawo do życia. Z drugiej strony wszak zrozumiesz ogrodnika, który musi tępić bielinka kapustnika: chodzi tu o nasze pożywienie i my mamy prawo do obrony.

Krótko mówiąc – leśna mądrość szeptem powie ci swoją radę, swoją prawdę w tysiącach przypadków. A ty potem pójdziesz przez przyrodę z widzącymi oczyma, z myślącą ręką i czułym, pojmującym sercem.

Ladislav Rusek - Šaman

17)

Jak tropić wiosnę

Nie wierzmy kałendarzom, tym niemiłosernym, acz nieodzownym towarzy- szom naszego doczesnego Życia, nie wierzmy temu zimnemu, szorstkiemu zasegregowaniu numerów, iż wiosna przychodzi do nas dopiero z końcem marca, w indiańskim miesiącu przebudzenia i miesiącu wron, i że brama triumfalna do jej przywitania budowana jest przez przyrodę dopiero w końcu miesiąca marca. Jest to uwarunkowane usytuowaniem Ziemi w jej podróży w przestrzeni wszechświata - lecz wiosna do nas dotarła potajemnie (nie wszak potajemnie dla oczu widzących) i nieśmiało ale z rozmysłem już wcześniej odsłania swoje oblicze.

Co roku obiecuję święcie, że w tym roku będę bardzo uważał i będę sta- rannie i z wytężonym zainteresowaniem patrzył na to cudowne laboratorium wiosennego czarowania - lecz co roku to przyjście wiosny, ten cud nad cudami, jakoś lekko prześlignie mi się przez zmysły miejskiego człowieka, aby potem lekkim chodem i nagle zaskoczyć oczy, zakurzone przez zwyczajne przeżywanie czasu.

Bowiem wiosna jeszcze w czasie, kiedy ziemia pokryta jest śniegiem czy okryta przez natrętne mgły, które czasem przeczesze zdziczały wiatr, dobrze pracuje w pączkach drzew i w korzonkach odważnych kwiatuszków pod stwardniałą pokrywą zimowej ziemi.

Ale tego roku wiosnę przypilnuję, aby wreszcie przekonać się, czy praw- dziwe jest twierdzenie naszego starego profesora przyrodnika, iż wiosną w przyrodzie najbardziej dominuje kolor biały i żółty. W pierwszej kolejności będę tropić, czy na skraju lasów, łąk i przy stawach rozkwitła wierzba, iwa i leszczyna, czy już powiewają w wietrze odwieczne symbole wiosny - delikatne bazie - i czy już są pokryte puszkiem miękkie kotki, te spiżarnie olbrzymiego mnóstwa pyłku dla pierwszego pożywienia pracowitych pszczół. Potem zajdę do liściastego lasu, do dąbrowy czy buczyny, gdzie wiosna zawsze ujawnia się najbardziej wyraźnie: drzewa stoją jeszcze bez listowia, i promie- nie słoneczne mogą przenikać łatwiej, aż do ich korzeni, do życiodajnej ziemi. 18)

Zajdę na łąkę, aby tam obserwować przyjście wiosny. W glebie już dawno przez naturalne siły gigantycznej woli posuwane są na powierzchnię zwiastuny wiosny, pokorne wiosenne Śnieżyce, patrzące na Świat z opuszczonymi główka- mi, tak samo jak przebiśniegi, zamykające się przy niesprzyjającej aurze, i delikatne stokrotki, śliczne w swojej prostocie. Jeśli będę miał szczęście, zna- jdę pod leszczyną trojanek, jegoż ciekawe niebieskie kwiaty często jeszcze przykrywa dywanik śniegu. Mówi się, iż oczkiem trojanku przyroda przejrzy, rozbudzona z zimowego snu. Może też ujrzę pierwosnek, ten rzekomo naoczny świadek epoki lodowcowej, którym podobno apostoł święty Piotr otwiera pod- woje wiosny. Niekiedy też lepiężnik niby chroniący przed bólem gardła i przed wężami, przeciśnie się w lutym przez ziemię. A później pójdę popatrzyć, jak sobie radzi oset - jeśli wyrasta w dużej ilości, według wiejskiej prognostyki podobno ogłasza łagodną jesień. I rozglądnę się, czy już zakwitły klony 1 czereśnie, które są najbardziej niecierpliwe, aby pokryć się kwietnistą sławą.

Według ludowej prognostyki pierwszym wiosennym ptakiem jest skowronek, lecz nie wierzcie w to: jest nim kawaler we fraku, kos, który pewnego ranka skoro świt odezwie się najpierw nieśmiałymi tonami, aby później rozśpiewać się na całą okoli- cę. A stada rozswawolonych wróbli ogłaszają swoją obecność, i kiedy opadną wiosenne mgły, chrzeszczą chyba w każdym krzaku. O co się bez przerwy kłócą? A wkrótce zgłoszą się i następni skrzydlaci zahartowani, szpak w kropkowanej kurtce i wreszcie skowronek. W szarawym porannym świcie można usłyszeć również raszkę. W marcu przylatują kaczki z tułaczki po południowo-zachodniej Europie.

Również radbym wyśledzić, jak słońce przebudza głodujące kudłate zimowe śpiochy. Ale najbardziej ze wszystkiego chciałbym obserwować wiosnę, kiedy rozważnie wybiera ze skrytego lamusa swoich aromatów tę najbardziej upa- jającą woń dla swoich zefirów, aby przewiewały powietrzem, pachnącym rozo- raną ziemią. Obserwować wiosnę, kiedy ona na firmamencie nanosi delikatne opalowe kolory.

Tak jakoś w przyrodzie rozpoczyna się wiosna - czy ma człowiek tego nie zauważać i być ślepym ?

Jaroslav Stára - Selim

19)

Rozpalmy nowy ogień!

Byłem skautem w czasie, gdy gotowanie na otwartym ogniu w przyrodzie było rzecza normalną. Egzaminem prawdziwego skauta było rozniecenie ognia przy pomocy jednej zapałki. Mój drużynowy zadecydował tę dyscyplinę jeszcze utrudnić. Mieliśmy mianowicie rozniecić ogień przy pomocy jednej zapałki i utrzymywać go przez cały biwak. Dowiedliśmy tego w ten sposób, że zasypaliśmy żarzące węgielki popiołem, kiedy skończyliśmy gotowanie, a znów odgarnęliśmy popiół i rozdmuchali ogień kiedy potrzebowaliśmy go od nowa. W czasie biwaku nagromadziliśmy masę żarzących węgielków, całe żarzące ognisko, więc było bardzo łatwo dołożyć kilka klocków, by ogień znów zapłonął.

Co innego jest rozpalić ogień za każdym razem od początku. Musisz troskli- wie wybrać drewno z dostępnego materiału, jeśli nie przyniosłeś z domu zaku- pionej podpałki. Na ziemię musisz umiejętnie rozłożyć warstwę chrustu a obok zapas grubszych klocków, które zaczniesz przykładać, aż chrust się rozpali. To wszystko musisz przygotować wcześniej, nim potrzesz zapałką. Kiedy ogienek już rozpali się, ktoś inny może przynieść następne drewno, lecz jeśli nie masz pod ręką dostatecznej ilości klocków czy chrustu w chwili, gdy ich potrzebu- jesz, musisz je szybko sam nazbierać, zanim wybuchną większe płomienie.

Budować nowy ruch jest tak ogromnym zadaniem, jak wskrzesić Północ- noamerykańską Ligę Woodcrafterską lub założyć jeden szczep woodcrafterski, co akurat jest takim zadaniem, jak rozpalić ogień od samego początku.

Większe, dobrze znane organizacje, na przykład Boy Scouts, są jak ogień, który utrzymuje się ciągle przez cały okres biwaku. W nich istnieje solidne żarzące sedno - drukowane podręczniki i inne publikacje, do dyspozycji są obecni wykształceni instruktorzy, opanowujący pracę w terenie, którzy potrafią podzielić się swoimi wiadomościami i doświadczeniami z każdym przycho- dzącym nowicjuszem. Są tutaj również przez długie lata krzewione tradycje i kultura. Dwóch członków takiej organizacji, wręcz pochodzących z bardzo od siebie oddalonych i zróżnicowanych regionów może spotkać się i momentalnie zacząć dyskusję w jednakowym żargonie. Wiedzą, że w większości problemów 20) dobrze zrozumieją się i że mają wspólne więzy. Nowi ludzie mogą bez obaw wstępować do takich organizacji. A jeśli akurat nie będą z tego od początku zupełnie zadowoleni, jeśli potrzebują trochę czasu, aby dla dobra sprawy zaognić się - nie jest to żadnym problemem, bowiem ogień przecież już płonie. I tacy wahający się nie zagrożą życiu ruchowemu.

Wymaga to dużej wprawy, rozpalić ogień od samego początku lub założyć go na węgiełkach, które już są zupełnie chłodne. Tutaj jest potrzebna również wiel- ka cierpliwość. Może to drewno, które wybrałeś, nie jest jeszcze dobrze wyschnięte, lub część chrustu jest jeszcze zielona. Chyba tamten kawał drewna wygląda na pierwszy rzut oka przyzwoicie, że będzie dobrze się palić, zatem w środku może być zgniły. Zapłonie, ale potrzebuje do tego dodatkowo dużo energii, aby się zapalić. Nie jest to właściwe drewno do rozpałki nowego ognia. Chyba byłoby lepiej odłożyć go na bok i przyłożyć, gdy ogień będzie już żywo płonął.

A więc nie pozostaje nic innego, jak rozniecać ogień kilka razy, znów i znów. Może będzie potrzebne użyć więcej niż jednej zapałki, ale przy każdej nowej próbie pójdzie to lepiej i lepiej!

Najważniejszą sprawą jest - próbuj to stałe, znów i znów - cierpliwie i wy- trzymale. I bądź spokojny, bowiem kiedy się zdenerwujesz, narobisz wiecej błędów i zetrzesz wszystkie zapałki. Trzymaj się tej zasady a w końcu ogień rozpalisz i będziesz na najlepszej drodze do nowej gromady żarzących węgielków.

Dong Jentsch, Winnipeg (Kanada):
Biuletyn „North American Woodcraft”

21)

Marcowe rozważania o ascezie i miłości

Dzisiejsza kultura, która o tej prawdzie zupełnie zapomniała, jest zbudowana z gruntu fałszywej wizji człowieka. Obecny w mass mediach i reklamiarsko- marketingowych działaniach człowiek, to wyłącznie odbiorca zmysłowych wrażeń. Twórcy kształtu cywilizacji grzeszą żenując niewiedzą, jeśli chodzi o ludzką naturę, dlatego z programu działań człowieka wyeliminowali wysiłek.

Za „najwyższe wartości” moralne uważa się tolerancję i nieskrępowaną wol- ność, która faktycznie nie jest wolnością, tylko uleganiem zmysłowym zach- ciankom. Dzięki królowaniu takich „wartości” wzrastają obroty firm zajmujących się produkcją pornografii i innych publikacji przynoszących płytką radość albo wręcz ogłupienie. Proporcjonalnie do wzrostu tych obrotów wzrasta też liczba „wiecznych młodzieńców”, ludzi niezdolnych do stawiania czoła przeciwnościom, jakie niesie ze sobą życie. Ich rozwój, wskutek braku potrzebnego wysiłku, zatrzymał się w późnym dzieciństwie.

Asceza nie jest niepotrzebnym dodatkiem do życia, na który mogą sobie poz- wolić mnisi, czy ludzie żyjący z dala od świata. Jest ona konieczna dla każdego, kto nie chce zmarnować swojego życia, jej uprawiania domaga się ludzka natura. W moralnym życiu ludzkim bezustannie bowiem trwa swoisty konflikt między zmysłami a duchową częścią tej natury. Prawdziwie po ludzku żyjemy jedynie wówczas, kiedy nasze władze wyższe, duchowe - rozum i wola - panują nad pożądaniami zmysłowymi. Tylko przy tym panowaniu możliwe jest życie dobre. Osiągnięcie panowania władz duchowych nad władzami niższymi 22) jest trudne. Wysiłek, aby w ludzkie władze tę właściwą hierarchię wprowadzić określany jest właśnie mianem ascezy.

Między bajki trzeba włożyć przekonanie, że asceza jest ucieczką od życia i pogwałceniem przyjemności. Nie oznacza też biczowania i spania w trumnie, być może ci, którzy tak myślą, nie zdają sobie sprawy, że hołdują poglądowi nieprawdziwemu, a rozpowszechnianemu w tym celu, by zdyskredytować ascezę, a to po to, by tym łatwiej zwolnić się z wysiłku, jaki się z nią wiąże.

Prawda o ascezie jest zgoła inna - dopiero dzięki ascezie następuje pełne potwierdzenie życia. Pełne, bo we wszystkich, a nie tylko w zwierzęcych wymiarach. Bo czy ma jakieś, blade choćby, pojęcie o przyjemności i radości ktoś, kto szuka ich tylko w wielkim żarciu, głupawych filmach i seksualnym wyżyciu ? A asceza nie oznacza przecież przekreślenia przyjemności, nie jest wyrazem niechęci do niej. Jeden z najwybitniejszych twórców ascetyki, święty Tomasz z Akwinu, powiada wprost, że „nikt nie może żyć bez zmysłowej 1 cielesnej przyjemności”. Zadaniem ascezy jest tylko sprawić, by przyjemnoś- ci owe zajmowały właściwe im miejsce.

Tragedia naszych czasów polega na tym, że pozwoliły pożądaniom zmysłowym wyzwolić się spod władzy woli. Szukanie coraz mocniejszych wrażeń i następująca po tym nuda - oto dwumian, który dość dobrze charakte- ryzuje kondycję człowieka naszej cywilizacji. Przyjemności, tak potrzebne do realizowania prawdziwego dobra, nieocenione w drodze do wysokich celów, stają się przekleństwem, gdy przestają być środkiem, a same zajmują tych celów miejsce.

Na czym polega uprawianie ascezy? Uprawia ascezę ten, kto często odmawia sobie rzeczy, które same w sobie nie są złe, ale w życiu można się bez nich obejść. Chodzi tu głównie o różnego rodzaju przyjemności wzroku, słuchu, dotyku. W tych dziedzinach należy zachować szczególną powściągliwość. Zapewne o łaskę takiej powściągliwości modlił się święty Tomasz z Akwinu, który codziennie prosił: „Spraw Panie Boże, abym powściągnął me uszy od plotek, a oczy od wpatrywania się w byle co”. My nie tylko wpatrujemy się w byle co, ale do tego jeszcze wpatrujemy się byle jak. Są osoby, które potrafią oglądać kilka filmów video prawie nie wstając od telewizora i nie widzą w tym nic złego.

Niezdrowa ciekawość, zachłanność oczu, która daje o sobie znać choćby przez nieumiarkowane oglądanie telewizji, jest jakimś wymownym znakiem naszych czasów. Ządza oglądania pozornego świata, zwłaszcza gdy nie 23) widzimy potrzeby jej temperowania, musi prowadzić do zamierania naszego życia prawdziwie ludzkiego, naszego życia wewnętrznego, którego naturalnym pokarmem jest rzeczywistość, a nie jej sztuczne wytwory /stąd tak ważne dla ascezy obcowanie z przyrodą '/. Dlatego dla przyjemności oczu szczególnie ważna jest asceza - trzeba na ten wymóg zwracać dziś wielką uwagę, bo oczy, nawet bez naszej woli, wprost bombardowane są chaotycznymi wrażeniami. Z nieopanowanych zaś spojrzeń rodzą się złe wyobrażenia, które przypuszczają atak na wolę.

Prawdziwie ludzkiego życia nie ma bez ascezy. Zalecanie ascezy jest pochwałą życia, ale życia w jego pełnym, ludzkim wymiarze. Takie życie jest, to prawda, trudne, ale z tym trudem wiąże się głęboka radość - tym większa, że dla nas związana z nadzieją radości oglądania Boga. Nie ma innej drogi do tej radości, jak przez ascezę, która sama już jest radością.

Arkadiusz Robaczewski

24)

Z powrotem na granice lasów

Jak mam opisać uczucia, które we mnie wzbudził powrót do lasów? Tych nie pojmie nikt, tylko marynarz – rozbitek, który przez długi czas błądził po morzu i nareszcie dotarł ku stałemu łądowi. Byliśmy jak głodujący Indianie, których znienacka obstąpiło stado reniferów. Drzewa – drewno – opal – dobrobyt! Z trudnością uświadamialiśmy to sobie, lecz było to tutaj, wszędzie koło nas, i rankiem obudził nas łagodny, słodki śpiew wędrownych drozdów. Nasz magazyn żywności na drzewie został nieporuszony i nasz nadmiar dobrych rzeczy został powiekszony. Mieliśmy teraz obfitość potraw, jak również zbytek opału: czego więcej mogliśmy sobie życzyć? A jednak dostało nam się jeszcze o wiele więcej. Pogoda była wspaniała, przepiękne letnie dni, a moskity zupełnie zniknęły, więc nasze siatki ochronne były już zbędne. Wszędzie koło nas tryskało życie zwierząt. Lśniąca powierzchnia jeziora ze swoimi wyspami i perkozami odpowiadała dokładnie indiańskim wyobrażeniom o wiecznych łowiskach. Były to najbardziej szczęśliwe i pocieszające dni całej naszej wyprawy, i my zatrzymaliśmy się przez cały tydzień, aby skorzystać ze wszystkich pociech, które nas otaczały.

Rankiem udałem się na długą przechadzkę po znanych górkach. Szkielety, które miejscami pozostawiliśmy, były zupełnie obrane, prawdopodobnie przez mewy i gawrony, bowiem żadne z kości nie były przełamane i nawet pozostały twarde ścięgna. Znalazłem liczne ślady poszczególnych reniferów, ale nigdzie nie było śladów większych stad. Wysłałem Weeso do indiańskiej wsi, oddalonej stąd o dwie mile na południe. Powrócił z wiadomością, że wieś została opuszczona i że zatem jej mieszkańcy wybrali się za reniferami do lasów na południe od jeziora Artyleryjskiego. Starzec znów kompletnie pomylił się w swoich prognozach o ruchach reniferów.

W nocy uderzył ostry mrozik, pierwszy, który nas spotkał. We wszystkich metalowych naczyniach wytworzyła się centymetrowa warstwa lodu. Dlaczego lód w metalowych garach zawsze jest najmocniejszy? Widocznie dlatego, że mała ilość wody jest zawarta w dobrym przewodniku cieplnym. 25)

Billy wczoraj poszedł „na targ” i złowił pięknego młodego renifera. Kiedy dziś rankiem dotarliśmy na miejsce, gdzie renifer został, aby dla siebie odnieść część mięsa, skonstatowaliśmy, że ubiegł nas rosomak, który prawie całe mięso odwlókł. Ślady pokazywały, że była to samica z dwoma młodymi. Śledziliśmy kawał drogi jej ślady, ale zniknęły w kamienistym terenie.

Rosomak jest typowym zwierzęciem dalekiej Północy. Ma bardzo mało godną pozazdroszczenia opinię najbardziej znanego szkodnika, jakiego łowcy w ogóle znają. Jest znienawidzony głównie dlatego, że obchodzi zastawiane sidła i grabi je z przynęty, a jest na tyle zwinny, że potrafi ominąć wszystkie pułapki.

Rosomak jest najgroźniejszym wrogiem wszystkich składów i magazynów żywności. Już wzmiankowałem, że nasze zapasy żywności umieściliśmy na drzewie, wyposażonym w ochronny pas z ostrych wędek. Większość nordyckich podróżników opowiada nam wydarzenia o diabelskim sprycie i podstępności tego zwierzęcia. Trzeba wszak z drugiej strony przyznać, iż te dwie właściwości nie są przynajmniej udokumentowane; a natura rosomaka ma jedną dobrą cechę, którą trzeba podkreślić, a tą jest prawie idealne życie rodzinne, ozdobione wręcz heroiczną odwagą samicy – matki. Mówię „prawie idealne” dlatego, że o ile jest wiadomo, ojciec nie troszczy się o wychowanie młodych. Wszyscy obserwatorzy zgadzają się z tym, że matka jest nieustraszoną i ofiarną opiekunką swoich młodych. Niejeden łowca zapewniał mnie, że jest bardziej bezpieczne zaatakować matkę – niedźwiedzicę, gdy ma młode, niż matkę młodych rosomaków.

Bellalise, mieszaniec czipewyański, opowiadał mi, iż dwa razy znalazł jamę rosomaków i za każdym razem zaatakowała go w groźny sposób matka. Pierwszy raz stało się tak w połowie maja 1904 roku nie opodal Fond du Lac przy północnym wybrzeżu jeziora Athabaska. Wyszedł z obozu z jednym Indianinem, aby przynieść canoe, pozostawione kilka mil na brzegu jeziora. Nie miał przy sobie strzelby a wpadł niespodziewanie na starą samicę rosomaka, ukrytą w jamie pod gęstym Świerkem. Samica rozbiegła się na niego, szczerząc wszystkie zęby; oczy jej płonęły niebiesko i mruczała przy tym jak niedźwiedź. Młody Indianin uderzył ją mocno kijem i wyskoczył do bezpiecznego miejsca na drzewie. Bellalise uciekł, zobaczywszy jeszcze młode, było ich czworo, wielkości piżmaka i zupełnie białe. Oczy miały już otwarte. Jama podobna była do jamy dzikiego psa, była tylko sześć cali głęboka i na brzegach wysłana suchą trawą. Koło jamy leżały kości i sierść, głównie królików. 26)

Drugim razem spotkał się z rosomakiem w 1905 roku w odległości trzech mil od fortecy Czipewyanu, znów w połowie maja. Jama była zupełnie identyczna z tą poprzednią. Matka rosomaków zauważyła go, kiedy zbliżał się. Wściekła rozbiegła się naprzeciw niego, wyrażając dźwięki podobne do kurczowego kaszlu. Zastrzelił ją i schwytał w jamie trzy młode, które były całkowicie białe.

Niedaleko od naszego obozu znaleźliśmy interesujący śmietnik lemingów. Miał rozmiary 3 x 10 metrów i ta przestrzeń była pokryta warstwą odchodów w formie bobków. Pochodziły z minionej zimy. To miejsce, wysoko położone, sucha i dobrze chroniona kotlina, było prawdopodobnie zimowym schronie- niem kolonii lemingów, które latem żyły na innych, bardziej wilgotnych tere- nach. Lemingi, te do 15 centymetrów długości gryzonie z myszowatych, są roślinożerne i żyją gromadnie w dużych ilościach. Często odbywają gromadne wędrówki.

W dniu 5 września po zachodzie słońca klusowały koło naszych namiotów, między nami i jeziorem, w odległości około 200 metrów, trzy renifery. Billy wyprawił się za nimi, bowiem z powodu rosomaka byliśmy bez mięsa, i jed- nym strzałem położył dorodnego młodego samca.

Przednia lewa noga renifera pokazująca Główna potrawa wiewiórek. pozycję kopytek przy pływaniu Poroże renifera.

Ów renifer miał zimową szatę już zupełnie wyleniałą, uszy mu bielały i biała sierść ciągnęła się aż na nogi i uda, brzuch miał czysto biały. Na plecach i na potylicy widoczne były blizny po gzikach. 27)

Tego samego dnia, kiedy siedzieliśmy na górce, zbliżała się do nas z cieka- wością samica renifera. W odległości 100 metrów od nas skręciła małym łukiem stale nas obserwując i oddaliła się na 150 metrów. Zawróciła po swych własnych śladach, potem odszedła kłusem na pół kilometra, ale znów zbliżyła się i skręciła koło nas, aż wiatr ją ostrzegł, aby uciekła. Powtarzała to trzy czy cztery razy, nim odeszła zupełnie. Takie niezwykłe zachowanie renifera można w północnych krainach często obserwować.

Noga renifera z arktycznych preriów

Na drugi dzień po południu zobaczyliśmy z Billem dużego samca renifera. Szyję miał znacznie nabrzmiałą i bokobrody fruwały mu w powietrzu. Zobaczył nas z daleka i pobiegł od nas na północny zachód nie przejawiając wcale wielkiego strachu. Uciekałem skulony półtora mili, podbiegłem do niego i szedłem naprzeciwko jemu od północy, jednak mimo mojego biegu i krzyku uciekł mi i z trzema samicami i z trójką młodych. Przebiegł między mną i jeziorem, jegoż brzeg znajdował się o 70 metrów dalej. I był za cwany, żeby udać się do niebezpiecznego miejsca.

W ten sposób nadarzało nam się dużo zacnych okazji do obserwowania dzikich zwierząt. I pozostało jedyne nie spełnione marzenie: nie zobaczyłem dotąd olbrzymiego stada reniferów, które wracały do lasów, będących ich zimowym schronieniem.

Takie stada rzekomo przewyższają liczebnie pradawne stada bizonów, ciągnące dalej, niż oko dopatrzy 1 trwa podobno kilka dni, nim przejdą przez pewne tereny. Czas, kiedy tak się dzieje, jest wszak zupełnie niepewny. Niekiedy może tak być na początku września, lecz renifery mogą pokazać się dopiero w październiku, kiedy zaczęła się już prawdziwa zima. Jeśli chcielibyśmy na nie czekać, znaczyłoby to powrót do domu po lodzie zamarzłej Athabaski. Ale na to nie byliśmy w ogóle wyposażeni. Nie mieliśmy możliwości 28) zaopatrzyć się w nieodzowne sanie, psy i ubrania z futer, prócz tego moje sprawy wołały mnie na wschód. Było zbyteczne o tym rozważać, bowiem byłem zmuszony zadecydować inaczej. A więc nie zobaczywszy tego zachwycającego widoku, bezmiernie rzadkiego, wprost światowego przyrodniczego zjawiska - marsz milionowego szyku reniferów -, dałem niechętnie polecenie do powrotu. W dniu 8 września weszliśmy do canoe i udałi się w powrotną 1200 mil długą żeglugę pod prąd rzeki. Ernest Thompson Seton: „The Arctics Prairies”, 1907 /fragment/ 26 29) Lasy i życie LASY I ŻYCIE Drzewa i lasy są niezbędne dla życia na ziemi. Pokrywają około jednej trze- ciej naszej planety i pomagają w zabezpieczeniu środowiska naturalnego. Miliony nędznych mieszkańców trzeciego Świata uzależnione są do drzew, które im udzielają podstawowych przesłanek do życia. Zwłaszcza na obszarach tropikalnych płody rozmaitych drzew, ich listowie, nasiona, korzenie i produk- ty dostarczające oleje i kleje roślinne, w decydującej mierze przyczyniają się do wyżywienia ludzi przez swoje glicydy, proteiny, witaminy oraz substancje mineralne, tłuszcze i celulozę. Tak na przykład w czasie suszy i głodu korzenie baobabu są źródłem jedynej potrawy mieszkańców afrykańskiej krainy Sahelu. Liście i owoce innych drzew i niektórych krzewów pomimo to zawierają użyteczne materie lecznicze i wiele z nich używane jest dła produkcji lekarstw. W obszarach tropikalnych lokalna eksploatacja lasów jest dla tubylców źródłem zarobku i materiałem dla budownictwa mieszkalnego. Więcej niż dwie trzecie mieszkańców świata uzależniona jest od drewna lasów jako na jedynego rodzaju opału. Liście i gałęzie drzew i krzewów reprezentują dla dzikiej zwierzyny i zwie- rząt domowych zieloną paszę i są często jedynym pożywieniem w miejscach, gdzie przydatna ziemia uprawiana jest jako użytki rolne, przy czym reszta ziemi nie jest odpowiednia do wypasania bydła. W ziemiach rozwojowych stale rozrastająca się populacja stała się groźbą dla lasów. Najbardziej nędzni bezrolni chłopi, których na świecie jest bez liku, pędzeni głodem za pozyskiwaniem ziemi dla wyżywienia wypalają lasy, niszcząc ich w ciągu roku miliony hektarów na całej ziemi. Po upływie dwu, trzech lat ziemię, którą w ten sposób pozyskali wyczerpują, opuszczają i kontynuują likwidację lasów stale dalej w głąb leśnych obszarów, wypalając następne przestrzenie leśne. Jedną z przyczyn, dlaczego dochodzi do szerokiego niszczenia lasów jest więc nędza i głód. Ubytek lasów w ciągu roku to więcej niż 17 milionów hek- tarów i w ten sposób znika ogromne bogactwo naturalne naszej ziemi - tropikalne lasy, które są jej genetycznym rezerwuarem. One rozprzestrzeniają 27 30) Leśny Almanach się głównie w Ameryce Południowej w Brazylii, w rozległych terenach Amazonki, dalej w południowo-wschodniej Azji, na Filipinach, w Tajłandii i Malezji oraz w środkowej i zachodniej Afryce. Byłoby nie na miejscu uważać biednych bezrolnych ludzi za jedyne niebez- pieczeństwo dla lasów. Następną przyczyną jest nadmierna eksploatacja lasów, bezwzględne plądrowanie ich terenów, prowadzone przez międzynarodowe koncerny przy użyciu nowoczesnej technologii i wydajnego parku maszyno- wego. W ten sposób, w celu pozyskiwania surowca dla przemysłu drzewnego, zniszczone zostały miliony hektarów lasów tropikalnych w dorzeczu Amazonki, jak też lasów południowo-wschodniej Azji. Wykorzystywanie lasów tropikalnych przez ich wypalanie i nadmierna prze- mysłowa eksploatacja jest coraz większe i istnieje niebezpieczeństwo, że przy dalszym kontynuowaniu tego działania owe lasy mogą praktycznie zniknąć w ciągu jednego stulecia. W związku z olbrzymimi stratami obszernych powierzchni leśnych, trzeba znów podkreślić ze względów ekologicznych, znaczenie lasów wobec ochrony środowiska naturalnego na naszej planecie. Po rozległym wyrębie gleba narażona jest na niekorzystne bezpośredne działanie deszczów i wiatrów, co doprowadzi do erozji glebowej. Taki sam wynik ma dla ziemi wypalanie lasów, wyczerpywanie jej przez nadmierny wypas oraz pozbawianie próchnicy przez niestosowną uprawę. Drzewa przynoszą korzyść dla rolnictwa tym, że ograniczają erozję gleby, zachowując jej zasoby wodne i udzielając uprawianej roślinności cień i ochronę przed wiatrem. Ubezpieczają również glebę na stokach przed jej osuwaniem, umacniają brzegi rzek i w funkcji pasów ochronnych ochraniają przestrzenie rolnicze w odległości do 20 razy większej niż stanowi ich własna wysokość. Gęsty, ciężko przenikalny tropikalny las pokrywa ziemię przed nawalami deszczów monsunowych i powoduje powolne przesiąkanie wody do jej wnętrza. Bez gęstego porostu drzew i krzewów nie dochodziłoby do osadzania przez gwałtowne deszcze zmytej gleby, która zostałaby zniesiona do najbliższych cieków. Lasy są domem więcej niż połowy gatunków roślinnych i zwierzęcych. Z powodu likwidacji lasów corocznie ginie około 10 do 35 tysiecy reprezen- 28 31) Lasy i życie tantów świata roślinnego jak również przedstawicieli fauny świata, od drob- nych owadów, gadów, ptaków i małych gryzoni aż po wielkie ssaki, i z tego względu powstają nieodwracalne szkody. W jaki sposób wynagrodzić piękno, unikalność i pożyteczność całej tej flory i całej tej fauny? Tylko deszczowe lasy w Malezji chlubią się więcej niż 20 tysiącami gatunków kwitnących roślin.

  • k * *

Rozległe kompleksy leśne mają niezastąpione znaczenie dla ogólnoświa- towego klimatu. Przez odparowywanie wody wywierają one wpływ na wytwa- rzanie opadów atmosferycznych i przy długotrwałej suszy utrzymują potrzebną minimalną wilgoć. W przybliżeniu jedna połowa deszczów w dorzeczu Amazonki pochodzi z lokalnego odparowywania wody. Przez swoją objętość lasy są zdolne odparowywać duże ilości wody i wytwarzać białe chmury, które osłaniają lasy przed silnymi promieniami słonecznymi. W ten sposób lasy wspomagają ochładzanie obszarów tropikalnych i przynoszą deszcz. Ciągle poszerzające się, bezwzględne usuwanie lasów w Afryce i gdzie indziej spowodowało, że bez lasów nie dochodzi do opadów atmosferycznych. Drzewa wyróżniają się swoją zdolnością do absorbowania dwutlenku węgla, jednego z gazów efektu cieplarnianego, mającego wpływ na ocieplanie ziemi. Usuwanie lasów zmienia sytuację pogarszając ją, zwłaszcza kiedy lasy trze- bione są przez wypalanie, co powoduje uwalnianie następnych ilości dwutlenku węgla i pozostałych gazów efektu cieplarnianego. Utrzymywanie odpowied- nich przestrzeni leśnych spowalnia więc niepożądane ocieplanie ziemi. Przypuszcza się, że w ciągu przyszłego stułecia dojdzie do podwyższenia temperatury o 2 do 5'C, co mogłoby wpłynąć na cieplny rytm rocznej pogody. Ocieplanie ziemi jest wobec swoich konsekwencji alarmujące. Do najwię- kszego ocieplania dochodzić ma w górnych szerokościach geograficznych, a więc w krainach polarnych, i to więcej niż o 5 do 10'C. Globalne ocieplanie ziemi mogłoby zmienić deszcze, zdolność retencyjną wilgotności gleby i szereg innych stosunków w kompleksie ekosystemów. Wzmiankowana dewastacja dotyczy nie tylko lasów krain tropikalnych; ocenia się, że również obszar lasów pasma umiarkowanego zmniejszy się o ponad 40%. Całe obszary lasów w wysoko rozwiniętych krajach dotknięte już są przez przemysłowe wyziewy, przy tym emisje dwutlenku siarki powodują powstawanie kwaśnych deszczy. Przez ich działanie drzewa liściaste tracą liście a drzewa iglaste, pozbawione igliwia, stają się smutnymi, gołymi obumarłymi kikutami. 29 32) Leśny Almanach Lasy potrzeba chronić i zachować ze względu na ich niezastąpione znaczenie dla wyżywienia populacji, rolnictwa, środowiska naturalnego 1 utrzymania życia na naszej planecie. Żółty Włos: „Leśnym śladem” 30 33) Do czego dąży ruch leśnej mądrości? DO CZEGO DĄŻY RUCH LEŚNEJ MĄDROŚCI? Ruch leśnej mądrości czyli woodcraftu jest ruchem edukacyjnym, jego cele wytyczył amerykański pisarz, malarz, przyrodoznawca i pedagog Ernest Thompson Seton. Celem ruchu jest wprowadzenie człowieka do przyrody i nauczenie go prze- bywania w przyrodzie przy użyciu tylko najbardziej niezbędnych zdobyczy cywilizacji, aby w ten sposób wskrzesić delikatniejsze strony jego ducha i jego świadomości o przynależności do środowiska, w którym pierwotnie Żył. Działanie członków ruchu leśnej mądrości jest połączone z obozowaniem. Prócz zwykłych form obozowania wzbogacają oni swoją działalność o prymitywne obozowanie pierwotnego człowieka, na przykład Indian Północnej Ameryki, prawiecznych ludów i różnych prymitywnych narodów. Północnoamerykański Indianin jest dla ruchu wzorem nie tylko z racji jego doskonałego współżycia z przyrodą, lecz także dzięki jego wrażłi- wości na piękno i jego ludzkim właściwościom. Ruch leśnej mądrości nie zamierza wychowywać ludzi na Indian czy pradawnych łowców, nie głosi ucieczki z cywilizacji do przyrody. Stawia tylko sobie za zadanie powrócić człowieka tam, dokąd należy i pomóc mu w znalezieniu korzeni rzeczywistej ludzkości. W programie ruchu jest pobyt w przyrodzie, połączony z obserwowaniem, rozważaniem i wyrobem różnych przedmiotów. Owa działalność nie powinna jednak prowadzić do uczonności i stanowienia celu samego w sobie, lecz być zawsze tylko środkiem przy wychowywaniu charakteru, na drodze do prawdzi- wego człowieczeństwa. Znaczącym elementem w programie ruchu leśnej mądrości jest spełnienie czynów, wielkich czynów i mistrzostw. Za owe próby woodcrafterzy otrzymują zaszczyty czyli Orle Pióra oraz tytuły leśnej mądrości. Zaszczyty nie są drogą do współzawodnictwa i dyscyplin konkursowych, lecz osobistymi kryteriami na życiowej drodze każdego woodcraftera. Zaszczyty za czyny i wielkie czyny mają swój sens w uznaniu osiągniętych czynów, nie zaś w nagradzaniu za te czyny. Przedstawione są w „Zwitku kory 31 34) Leśny Almanach brzozowej woodcraftu” /The Birch Bark Roll of Woodcraft /, którego częścią jest „Księga Orlich Piór”. Pierwsze wydanie „Zwitku” ujrzało światło dzienne w 1906 roku, a więc po 4 latach istnienia organizacji Woodcraft Indians (Indianie Puszczańscy) założonej przez Ernesta Thompsona Setona. ,„Zwitek” doczekał się w USA aż 29 wydań i dwóch wydań po śmierci Ernesta Thompsona Setona. W Czechosłowacji „Zwitek” po raz pierwszy został wydany dzięki prof. Miłoszowi Seifertowi w 1925 roku, następnie ukazały się jeszcze 4 wydania, ostatnie - piąte i nowo opracowane zgodnie z wymogami końca XX i początku XXI stulecia - w 1997 roku. Nowo opracowane czeskie wydanie „Zwitku” zawiera kompletny system Orlich Piór, który w całości respektuje myśli i cele Ernesta Thompsona Setona - Czarnego Wilka. System jest zbudowany na podstawie wieloletnich doświad- czeń, zaspokaja potrzebę osobistego udoskonalania woodcrafterów na progu XXI wieku i przyczynia się do osiągnęcia pełni życiowej tych wszystkich, którzy wybiorą się na drogę według dewizy leśnej mądrości: „Z błękitnym niebem '. W Polsce „Zwitek kory brzozowej woodcraftu” został po raz pierwszy wydany w 1992 roku przez Biblioteczkę Walden w Katowicach. Ów „Zwitek” zawiera również system czynów, wielkich czynów oraz mistrzostw leśnej mądrości w swojej części pt. „Księga Orlich Piór”, według stanu z 1930 roku. Istnieje więc potrzeba jego nowego opracowania według współczesnych wymagań i kryteriów. Wayseeker 32 35) Co nosisz w swoim plecaku? CO NOSISZ W SWOIM PLECAKU? Chodzimy po zielonych ścieżkach przyrody z plecakiem albo z tornistrem na plecach. Nosimy ze sobą wszystko, co nam jest potrzebne podczas pobytu na zewnątrz na dzień, dwa czy więcej dni. Plecak obciąża nasze ramiona, ale czy niekiedy nie obciąża nas również tłumok kłopotów, zmartwień, problemów i niepokoju, które niesiemy do lasu czy do gór z domu, ze szkoły, z miejsca swojego zatrudnienia ? Co możemy w przyrodzie zobaczyć lub przeżyć, jeśli mamy przed oczyma swoje rachunki, długi, zadania czy myślimy bez przerwy o ludziach, którzy nas krzywdzą ? Dlatego postanówmy: żyjemy swoje własne życie teraz i tutaj, w przyrodzie. Nic nie może zmącić i zatruwać tych chwil. Te chwile wśród lasów czy gdzieś na grzbiecie górskim, gdzie unosi się gorzki perfum sosen i gdzie owionie nas czyste, chłodne powietrze - te chwile musią być całkowicie nasze... Niech nam nic tych chwil nie mąci i nie zacienia ! A potem, gdy odświeżeni i wzmocnieni powrócimy do domu, do warsztatu, do biura czy sali szkolnej, będziemy zdolni wziąć się za łby z życiem i będziemy patrzyć na wszystko z lepszego punktu widzenia. Bowiem przyro- da jest wieczna, podczas gdy problemy ludzkie są małostkowe ! Ladislav Rusek - SŚaman 33 36) Leśny Almanach PODŁOŻE INDIAŃSKIEJ FILOZOFII Historie ludzkiego doświadczenia powtórnie przedstawiają próby ludzi do porównywania się ze swoim społeczeństwem, z ideałami, uczuciami i środowiskiem. Takie doświadczenie jest najbardziej interesujące wtedy, gdy jest wyrażone słowami tych, którzy je przeżyli. W reakcjach ludzi na wydarzenia, które stanowiły ich losy, często spotykamy się ze zrozumieniem trwałych wartości oraz z praktyczną mądrością, którą tak w świadomych jak i podświadomych punktach widzenia kształtowały wytyczne zasady ich życia. Autochtoniczna filozofia amerykańska ze względu na swoje korzenie sięgające głęboko w przeszłość, i ze względu na swoją archaiczność, jest znaczącą alternatywą dla współczesnych wyobrażeń o materializmie, o sztucznych pozach i konfliktach etnicznych, które rodzaj ludzki stworzył sam sobie. Ta filozofia warta jest przebadania również z punktu widzenia dzisiejszych perspektyw na przyszłość. Filozofia pierwotnych mieszkańców Ameryki - Indian obejmuje ich własne przeżycia i zawiera w sobie dążenia do pokoju i zrozumienia, mądrość, dumę i dostojność oraz pewną dozę humoru. To wszystko napełnia nas tęsknotą za otwarciem ich mądrości i ponownym uczuciem radosnego zaspokojenia z ludzkiego rodzaju, spoczywajacego na przynależności do wszechświata. Przy tym nie jest możliwa jakaś interpretacja tubylczej amerykańskiej filozofii, a raczej ocena, do jakiej miary wpływała ona na wyjątkowe moralne wartości rodzinne i społeczne, na spójność szczepową, męstwo i siłę duchową przy znoszeniu ekstremalnie niesprzyjających społecznych i ekonomicznych warunków, wypływających z monopolu mocarstwowej pozycji białych. Społeczeństwo białych szybko upada i jest niezdolne wprowadzić harmonię między tym, w co wierzy, a swoim postępowaniem. To przy próbie rozwiązywania problemów duchowych, społecznych, politycznych i kwestii środowiska pociąga za sobą kryzys moralny. Ciągle w nas pozostaje jakaś nie do zdefiniowania resztka pradawnego człowieka jak cień niepokojąca nasze sumienie. Przez całe stulecia człowiek przeoczał to, teraz jednak zaczyna przysłuchiwać się poruszeniom w głębi 34 37) Podłoże indiańskiej filozofii swojej istoty i domyślać się, że jego posłannictwo i możliwość przeżycia wychodzą z jego własnej natury. W sprawdzonej przez wieki tradycji tubylczych Amerykanów - Indian wyrażone jest głębokie uświadomienie stosunku między człowiekiem i przyrodą w świętej harmonii ze Stwórcą. Niewidzialna istota rzeczy była w życiu tych ludzi ciągle obecna jako jakiś magiczny krąg - mandela. Irokezowie ją nazywali Orendą, Poniowie myśleli o niej jako o Tirawie, szczepy Omaha w swoich myślach i modlitwach zwracali się do Wakondy, Algonkinowie twierdzili, że jest to Manitou, Siouxowie z szacunkiem szeptali, że nazywa się Wakan-Tanka. Wyobrażali sobie ową wszystko przenikającą życiodajną siłę jako łaskawego ducha wiatrów, nieba, ziemi i gór. Dlatego z taką łatwością wyrażali w poezji i pieśniach głęboką skłonność do tajemnic i wspaniałości wiecznie zmieniających się nastrojów przyrody, w której znaj- dowali niewyczerpany zdrój radości, napełniającej najgłębsze warstwy ich istoty. Przychodzi na myśl, jaki byłby los tej ziemi i jej wizjonerskiego ludu, gdyby europejska inwazja zakończyła się wzajemnie korzystnym partnerstwem obu 35 38) Leśny Almanach kultur. Wkład Indian - pierwotnych Amerykanów dla ludzkości jest bezmierny: produkty rolne, architektura, ubieranie, rzemiosła, literatura, sztuka lekarska, muzyka, nazwy miejscowe i transport. Przy pomocy języka gestów potrafili natychmiast porozumieć się z ludźmi, mówiacymi odmiennymi językami. [nne narody stale jeszcze poszukują podobnego systemu. W przeciwieństwie do ogólnej opinii byli to Europejczycy, którzy zostali zmuszeni do upokorzenia się i stłumienia swojej zarozumiałości, ponieważ w toku wzajemnych pertraktacji zgadzali się na zwyczaje Indian. Etykieta Indian miała przewagę i stanowiła sposób postępowania w ciągu rokowań, Europejczycy przejęli nawet ich styl retoryczny. Dochowane cytaty z tych cza- sów do dziś świadczą o zdolnościach Indian, wykazanych przy negocjacjach, w retoryce i dyplomacji, porównywalnych z tym, co znane jest ogólnie z poli- tycznej historii. Zauważmy na przykład, iż północnoamerykańscy Indianie są prawdopodobnie jedynymi autochtonami na wszystkich kontynentach, którzy wynegocjowali sobie od zdobywców przywileje i opłaty za zabrane terytoria. Problemy powstałe przy pozyskiwaniu dóbr indiańskich, nie były spowodo- wane brakiem handlowych zdolności Indian, lecz tkwiły w niechęci Europej- czyków, później Euroamerykanów do dotrzymywania warunków umów. Z. biegiem czasu popadli Indianie w następne trudności w związku ze wzrostem białej populacji i zmniejszeniem populacji własnej, co wynikało z niedostate- cznej odporności na choroby i przywary, którymi zarazili ich biali - na przykład ospę, mordy i uprzedzenia. Ponadto byli osłabieni i zdziesiątkowani przymu- sowymi wysiedleniami do pustych regionów, gdzie wyczerpała się wszystka energia szczepów już przez samo dążenie do uczynienia ziemi mieszkalną. W ciągu tego fatalnego okresu w historii Indian ich siła moralna i duchowa promieniowała z tradycyjnych wartości, na których bazowała ich filozofia. Niektóre z resztek wspaniałych i dotąd nietkniętych obszarów Ameryki Północ- nej znajdują się akurat w rezerwatach Indian. Tubylczy Amerykanie udowod- nili wyraźnie, że ich filozofia jest filozofią współczesności i przyszłych pokoleń. Old Kap: „Leśnym śladem” 36 39) Zwiastuny ZWIASTUNY Będziemy tu rozważali zwiastuny pogody. Na początku wszystkiego była ludowa prognostyka - nie było później wynalezionych aparatów i urządzeń do mierzenia temperatury powietrza, ciśnienia barometrycznego czy siły i kierunku wiatrów, do ustalania względnej wilgotności powietrza przy pomocy higrometru, mierzenia opadów atmosfer- ycznych deszczomierzem, do mierzenia deklinacji magnetycznej i innych urządzeń na stacjach meteorologicznych. Na obozie i przy wedrówkach nie zawsze mamy do dyspozycji - prócz ter- mometru - wzmiankowane aparaty do określania prognozy pogody. Tu często korzystamy z doświadczeń miejscowych rolników, leśniczych, pasterzy, pływaków i flisaków na rzekach i jeziorach oraz marynarzy. Prócz tego każde zwierzę i roślina wyczuwa zapowiedź zmiany pogody. Dlatego leśny harcerz i wędrownik korzysta również z obserwacji, które dostarcza mu fauna i flora dla stanowienia nadchodzących zjawisk atmosferycznych. Jeśli słońce wschodzi bez obłoków, jasno i z tarczą w nie zmienionym kolorze, zapowiada się cały dzień ładny. W przeciwieństwie tego, słońce blade, z lekkim czerwonawym zabarwieniem zwiastuje pogodę deszczową. Piękną pogodę zapowiada też mgła nad wodnymi przestrzeniami lub wilgot- nymi terenami. Gwiazdy Świecące nocą wyraźnie i światłem stałym są zwiastunem dobrej pogody na następny dzień. Ładną pogodę na następny dzień zapowiadają wieczorem chmary koma- rów oraz roje pszczół. Dobrą pogodę sygnalizują także pracujące mrówki i pająki, które przed zbliżajacym się ochłodzeniem chowają się w swoich kryjówkach. Kiedy zapowiada się ładna pogoda, słychać śpiew skowronka i słowika oraz regularne kukanie kukułki. Wysoki łot jaskółek zwiastuje dzień pogodny, natomiast obniżają one swoje loty przed deszczem. 37 40) Leśny Almanach Kiedy na podmokłych bagnach i łąkach widać żerujące bociany, będzie ładnie; zbliżająca się słota sygnalizowana jest odlotem tych ptaków na wyżej położone tereny. Nadejście długich dni deszczowych przepowiada obfite wydzielanie kropli lepkiej cieczy na liściach klonów i kasztanów. Żółtawy zachód słońca, ciemne niebo rankiem oraz krąg koło księżyca zwias- tują deszczową pogodę. Przy prognozowaniu pogody we współczesnej meteorologii, charakteryzują- cej się pracą przy pomocy technik satelitarnych i komputerowych, dochodzi jednak do posługiwania się intuicją i obserwowaniem przyrody, bowiem zwierzęta i rośliny zawsze są dobrymi prorokami zmian atmosferycznych. Żółty Włos: „Leśnym śladem” 38 41) Nowoczesny człowiek i przyroda NOWOCZESNY CZŁOWIEK I PRZYRODA Przez cały czas swojej egzystencji na ziemi człowiek ulegał wpływom otaczającego Środowiska naturalnego. Przez cały ten czas dążył on do opanowania lub nawet do ukierunkowania tego środowiska i to nie zawsze na swoją korzyść. Stosunek człowieka do przyrody zaczyna kształtować się we wczesnym dzie- ciństwie. Współdziała tutaj wpływ rodziny, szkoły, środków masowego przekazu i na różny sposób udzielane informacje. Ów pozornie skomplikowany stosunek jest jednak w swej zasadzie kombinacją funkcji podstawowych jednostek. Na pierwszym miejscu chodzi o funkcje systemu nerwowego człowieka, a przede wszystkim o jego najwyższe struktury, którą jest mózg jako fundament zdrowia duchowego kierujący również wszystkimi jego podstawami, przy tym stosunek do przyrody jest również jedną z jego funkcji. Ta funkcja zmienia się we wczesnym dzieciństwie przez wpływ następnych doświadczeń i napływ informacji jak również przez uczuciowe i najbardziej różnorodne wpływy środowiska. Zmysłowe spostrzeżenia są ważnym czynnikiem, stanowiącym stosunek człowieka do przyrody. W sposób uproszczony można powiedzieć, że chodzi tutaj o dwa prądy: z jednej strony jest to przyjemność wzrokowych, słucho- wych, dotykowych i innych spostrzeżeń, z drugiej zaś strony niezadowolenie, często powstające przy bezpośrednim kontakcie z przyrodą w sensie pewnego fizycznego wysiłku, wystawiania się na nastroje pogody itp. Dążenie do wydawania minimalnego fizycznego ruchu, omijanie zmian temperatury itd. jest jedną z przyczyn unikania bezpośredniego kontaktu z przyrodą, a również jednym z poważnych Źródeł tzw. chorób czy powikłań cywilizacyjnych. W przeciwieństwie do tego przeważająca tęsknota do naturalnych zmysłowych przyjemności, jak postrzeganie piękna przyrody, śpiew ptaków, obserwowanie życia roślin i świata zwierzęcego przyczyniają się pośrednio do polepszenia ochrony zdrowia psychicznego i fizycznego. Stosunek do przyrody zależny jest od wpływu różnych czynników. Wpływ matki bywa tutaj najmocniejszy, nie jest jednak wyłączny. Podziw dla ojca, 39 42) Leśny Almanach zazdrość wobec starszego lub młodszego rodzeństwa, niepokój powstający ze sprzeczek między dorosłymi - to wszystko bezpośrednio czy pośrednio odtwarza się również w przyszłym stosunku dziecka do przyrody. Już w wczes- nym dzieciństwie dziecko uczy się pielegnować kwiaty czy odwrotnie zrywać je i odrzucać. Sprzątać każdy papierek w wolnej przyrodzie czy odwrotnie pozostawiać po sobie puszki konserwowe. Obserwować rośnięcie kwiatów, drzew 1 życie zwierząt czy wszystko to niszczyć. Starać się o to, aby również inni radowali się z piękna przyrody, czy odwrotnie przyrodę złośliwie krzywdzić. Następnym mocnym wpływem jest szkoła. Podobnie jak u rodziców, również u nauczycieli bardziej działa przykład niż słowa. Kompleks odpowiednich czy niestosownych kar za uszkodzenie roślin lub za dręczenie zwierząt jest tutaj nie małym zadaniem. Zachęcanie i pobudzanie zainteresowań wydaje trwały owoc. Na przełomie dzieciństwa i dojrzewania dochodzi w podwyższonej mierze do głosu paczka. „Fałszywe bohaterstwa”, herostratowskie dążenie do wybicia się nawet przez niszczenie i szereg następnych wewnętrznych konfliktów wieku dojrzewania, bez należnego kierownictwa prowadzi do niszczenia społecznych wartości i piękna natury. Bezczynność u młodzieży przemienia się w niszczące zachowanie i działanie. W dzieciństwie stosunek do przyrody układa się w podświadomości wspólnie z mocnym akcentem uczuciowym wobec rodziców. W miarę jak dziecko poszerza swoje zainteresowania i swoje pojmowania, owe podstawy stosunku do przyrody skierowane są na początku według prawa o interakcji w małych ugrupowaniach. Później dołączają również prawa, według których przechodzą stosunki w dużych grupach, wtedy, gdy dojrzewający zdolny jest postrzegać abstrakcyjne pojęcia i kolejno rozwijają się u niego także abstrakcyjne emocje - uczucia. Według tych praw możliwe jest także walczyć z niszczącymi działaniami jak też z ogółem moralnie wadliwych następstw bezczynności, z brakiem zain- teresowania i pozytywnego uczuciowego nastawienia od czasu dzieciństwa. Dzieje się to przede wszystkim przez pobudzanie zainteresowania przyrodą, przez aktywną jej ochronę. Ruch w przyrodzie, odwracanie uwagi od pier- wszych pokus alkoholu, palenia tytoniu, narkotyków i przedwczesnych doświadczeń seksualnych w kierunku zainteresowania przyrodą stwarzają równocześnie u dorastających podstawę zdrowych obyczajów trybu życia i reżimu życiowego. Przy zainteresowaniu przyrodą wstaje się rankiem skoro 40 43) Nowoczesny człowiek i przyroda świt i odwrotnie wieczorem wcześniej się układa. Ruch na świeżym powietrzu, promienie słoneczne, czysta woda stają się koniecznością życiową. Sport i gry, prowadzone w przyrodzie, mają o wiele większą wartość niż w choćby najlepiej urządzonej hałi sportowej lub w sztucznym basenie z chlorowaną wodą. Współpraca przy ochronie przyrody uczy bardzo owocnie tak pozytywnych kontaktów w ramach harcerskiego zastępu jak też zdecydowanej postawy przy obronie własnego zdania. Uczy również dobrowolnej dyscypliny i pod- porządkowania się instruktorowi harcerskiemu. Jest tutaj widoczny kontrast wobec wpływów ulicy i wobec odwrotnego bieguna ofiar cywilizacji: jedy- naków i w ogóle dzieci i dorastających, znających przyrodę z samochodowego okna i z ekranu telewizyjnego. Owe sztuczne warunki wywołują także sztuczne, nienaturalne stosunki socjalne: wygórowany egoizm, chorobliwą obawę przed wysiłkiem fizycznym, nudę i z tego płynące niezdrowe zaintere- sowania i wadliwy tryb życiowy. W dorosłym wieku owe sytuacje potem zaczynają powtarzać się u dzieci tych, którym zdrowy stosunek do przyrody użyczony był od dzieciństwa, jak też tych, którym ów stosunek został prze- ważnie odmówiony. I ową swoją postawę przenoszą dalej na swoje dzieci. Jest tutaj jeszcze Średnia grupa, pozornie obojętna, bez rzeczywistej miłości do przyrody, wpajanej od dzieciństwa, lecz również bez nadmiernego uczuciowego skoncentrowania wyłącznie na tak zwanych osiągnięciach cywilizacyjnych. O tę grupę trzeba walczyć: pozyskiwać rodziców, aby swoim dzieciom użyczyli kontaktu z przyrodą. Pozyskiwać pedagogów, aby potrafili dzieciom tłumaczyć ów stosunek. I przede wszystkim pozyskiwać instruktorów i przewodniczących ruchu harcerskiego, którzy kwalifikowani są nie tylko fachowymi umiejętnościami i wiedzą o przyrodzie, jak również właściwościa- mi pedagogicznymi, aby ofiarowali swój wolny czas dziecięcym grupom 1 gro- nu dorastających i prowadzili je drogą duchowego i fizycznego zdrowia - drogą ku przyrodzie. A jest to właśnie ruch harcerski a zwłaszcza jego puszczański rdzeń - harcerstwo leśne, które w swoich intencjach wychowawczych zakłada ścisły związek z przyrodą w ramach obozów, biwaków, wypraw i wycieczek. Tym samym odróżnia się on od programów innych organizacji młodzieżowych, które nie akcentują podstawy swej działalności wyłącznie na kontaktach z przyrodą i u których pobyt na łonie natury ma przeważnie wąski charakter rekreacyjny. Wreszcie są tutaj również stanowiska estetyczne: stosunek do przyrody nie jest jakimś jej mechanicznym kopiowaniem w sztuce plastycznej, lecz 41 44) Leśny Almanach dotwarzaniem środowiska naturalnego przez dosięganie estetyczne tam, gdzie człowiek zmuszony jest środowisko naturalne przystosować do swoich potrzeb. Zaniedbanie owych zasad przejawia się zubożałym i nudnawym środowiskiem w monotonnych miejskich dzielnicach z płytowych bloków a także tam, gdzie celem była znacząca twórczość artystyczna. Miasto Brazylia zostało wybu- dowane przez słynnego architekta Oscara Niemayera jako nowoczesna metropolia. Zabrakło w niej jednak przeniknięcia przez przyrodę - czego wynikiem została niechęć ludzi do zamieszkania w niej, chociaż od pierwszego wejrzenia chodzi tu o środowisko wytworzone według poglądów wybitnie artystycznych, a przecież nie odpowiadających zasadniczej potrzebie człowieka: kontaktu z przyrodą. Na całym świecie szerzy się walka o zachowanie środowiska naturalnego. Walka ta urzeczywistnia się za pośrednictwem przepisów higienicznych, ustaw, interpelacji i interwencji. Najbardziej uciążliwym jednak jest walczyć o zachowanie piękna natury z punktu widzenia estetycznego. Tutaj przejawia się u wielu ludzi najpoważniejsze naruszenie stosunku do przyrody. Architekt barokowy potrafił dorysować falistość krainy przez dominantę, do środowiska naturalnego umieścił budynki, nawiązujace na ukształtowanie środowiska przez przyrodę 1 przez poprzedzające budynki, choćby w odmiennym stylu. We współczesnych krajach skandynawskich w budownictwie dba się o każde drzewo, każdą skałę i również budynki standaryzowane przystosowane są do charakteru krainy. Nasi polscy architekci potrafiliby niemniej mając do dyspozycji te same możliwości, jakie otrzymują czasem na wystawach Światowego pokroju. Jakiekolwiek zmiany w środowisku, w którym człowiek żyje, pracuje, wypoczywa i spędza wolny czas, wymagają od niego ustawicznego przystoso- wania się. Owa adaptacja w dawkach fizjołogicznych, a więc w dawkach danych naturalnymi warunkami, jest dła człowieka jako osobnika i jako członka którejkolwiek grupy zdrowym pobudzeniem, ochroną przed stagnacją a w skrajności przed degeneracją. Odwrotnie, drażnienie systemu nerwowego, przekraczające warunki naturalne na przykład przez szkodliwy hałas, sztuczne światło aż do olśnienia, brak fizycznego ruchu a zwłaszcza przez niedostatek świeżego powietrza oznacza przeciążenie systemu nerwowego. Pokazujące się następstwa tego należy wyeliminować wyrównywaniem i harmonizacją fizjo- logicznego pobudzania systemu nerwowego przy pomocy warunków natural- nych. Szkodliwość ekstremów cywilizacyjnych można w sposób nieskompli- kowany demonstrować przez próby na zwierzętach. 42 45) Nowoczesny człowiek i przyroda Oczywiście nie jest możliwe powracanie do warunków życia sprzed tysięcy lat. Można wszak w świetle Setonowego „,Woodcraft is lifecraft"- leśna wiedza jest wiedzą życia - łagodzić negatywne wpływy nowoczesnej cywilizacji poprzez jak najczęstszy pobyt w nienaruszonej przyrodzie oraz poprzez zachowywanie tych darów przyrody, ile to jest możliwe w warunkach dzisiejszego życia. Są to podstawowe żądania dla zdrowego bytowania każdego człowieka, jak również całych przyszłych generacji. Szara Sowa: „Leśnym śladem” 43 46) Leśny Almanach TAJEMNICA TRUCIZN W PRZYRODZIE Trujące grzyby. Trujące rośliny. Śmiertelnie trujące węże, owady i nawet żywe istoty morskie. Trucizny odurzające, trucizny paraliżujące, trucizny zabi- jające powoli, trucizny uśmiercające w ciągu kilku sekund. Jak to jest możliwe, że dwie rośliny, rosnące obok siebie, z tej samej gleby i pod tym samym słońcem, nawzajem na tyle odróżniają się? Czy jest to spowodowane poniekąd innym ugrupowaniem molekuł tych samych pierwiastków, że jedna roślina działa na nas leczniczo, podczas gdy jej sąsiadka skutkuje śmiercionośnie? Jak jest możliwe, że drewno cisa i jego ciemnozielone, lekko zaostrzone, ale nie kłujące igły zawierają trujący alkaloid - toksynę, podczas gdy nasiona na jego egzemplarzach żeńskich wczesną jesienią lub w końcu lata pojawiają się w kieliszkowatych, jaskrawoczerwonych osnówkach, które są lepkie i bardzo słodkie i można je zjeść bez obawy, gdyż jest to jedyna, zupełnie pozbawiona trującej toksyny jego część ? Bardzo chętnie zjadają je ptaki, przyczyniając się poprzez to do rozsiewania cisów. I jak jest to możliwe, iż pęcherzyki u zębów jadowych węży nie powodują zatrucia samego węża ? To wszystko jest zagadkowe a wyjaśnienie naukowców pozostaje zawsze niepełne lub wymijające. Wszyscy na tej Ziemi - rośliny, zwierzęta, owady i ludzie - jesteśmy „Zbudowani” w zasadzie z tych samych substancji, z prawie identycznych pierwiastków. A jednak. Tyle rozmaitych form, kolorów, działań .. . Wszak dlaczego właściwie dziwimy się ? Czyż nie ma różnic również pomiędzy ludźmi, ich działaniem i zachowaniem ? Czyż z jednych ust nie wychodzą słowa prawdy i przyjaźni, podczas gdy z innych tylko kłamstwa i nienawiść? Ladislav Rusek - Śaman 44 47) Zarastają leśne drogi ZARASTAJĄ LEŚNE DROGI Człowiek bez wątpienia widzi swoją okolicę w zależności od własnego wieku, swoich doświadczeń jak też stereotypów. W dzieciństwie wszystko jest większe, pełne blasku, miłych zapachów, po prostu niezwykłe. Kiedy dojdzie do zmian, nie zawsze jest łatwo odróżnić, o ile zmieniła się rzeczywistość koło nas oraz o ile doszło do przemian w nas samych i w naszym punkcie widzenia. Są jednak przypadki, których nie można przeoczyć lub przypisywać zmianie poglądów. Tak na przykład zanik leśnych dróg i ścieżek. Tych, które pamiętamy z naszego dzieciństwa i junackich lat, kiedy były utrzymywane i często używane. Wspominam, jak po obfitych deszczach mój dziadek - mówiliśmy mu starziczku - brał taczki i szliśmy reperować wymytą leśną drogę. To było sześćdziesiąt pięć lat temu. Dziś nikomu coś podobnego nie wpadnie do głowy. I przez miejsca, gdzie kiedyś dziadek pracował, trzeba dziś torować sobie drogę. Nigdzie nie ma już nawet Ścieżki, jest tylko gąszcz. Możnaby skonstatować, że ludzie dziś chodzą innymi drogami, i w ogóle, co z tego, że w lesie zarosła jakaś dróżka? Jednak czegoś to dowodzi. Możemy tutaj uogólniać i wyciągać ostateczne wnioski? Możemy ! Podobnych przypad- ków jest daleko więcej i są bardzo wymowne. Było to prawie przed trzema laty, kiedy szliśmy naszymi beskidzkimi górami i interesowało nas, czy można przejść jednym zalesionym łękiem na drugą stronę grzbietu górskiego. We wsi siedział u jednej chałupy staruszek. Zapytalismy go a on nam odpowiedział, że tak, że mamy iść do góry, że jest tam chodnik. Słyszała to młoda para małżeńska i natychmiast temu zaprzeczyła: co tam za chodnik, dziadku. On zamyślił się i mówi: -Wszakże jeszcze po wojnie tam był. Czy inny niedawny przykład z naszego cieszyńskiego Podbeskidzia. Szedłem przed kilku tygodniami i chciałem dotrzeć do Baszki z Ligot Niżnich. Znakowanych dróg tam nie ma, na wzgórzu jest las, nie wiedziałem, którędy iść. Pytam ludzi. Pierwszy nie wiedział niczego, podobno nie jest miejscowy. Potem jakaś starsza kobieta. Ona nawet rzekomo z Baszki pochodzi, przed kilku laty tam z Ligot Niżnich podobno jeździła z wózkiem dziecięcym. Ale 45 48) Leśny Almanach potem w lesie przegrodzili żołnierze i ona żadnej nowej drogi nie zna i kiedy jest to potrzebne, jeździ tam autobusem. Przeszedłem jednak tym lasem bez przeszkód, żołnierzy wyminąłem i drogę znalazłem. Można było przejść, tylko już się tamtędy nie chodzi. Tak, przestaliśmy chodzić przez lasy pieszo. W ogóle chodzenia pieszego ubyło. Ubył nam naturalny ruch w naturalnym środowisku. Żyjemy jakby szyb- szym tempem, wszędzie chcemy dojechać samochodem. I jeśli do lasu, to w ścisłym celu: na grzyby, na jagody, i tak. Mieć samochód, czy go nie mieć? Większość ludzi dziś potwierdzi, że dla normalnej rodziny samochód jest rzeczą nieodzowną. Po prostu należy do normalnego standardu życiowego, przynajmniej w średnich i wyższych warstwach społeczeństwa. Przesiadać się z plecakami i dwojgiem dzieci z jednego pociągu do drugiego, potem do autobusu, podróż bez końca - komu by się jeszcze dziś tak chciało? Nie jest to tak odległy czas, kiedy to wszystko było normalne. W ostatnim czasie jeździłem starym, zardzewiałym fiatem, który niebawem skończy na złomie, więc miałem możliwość porównywania. Po pewnym czasie zacząłem na tych drogach i autostradach tęsknić za pociągiem. Zacząłem cieszyć się na podróż pociągiem, do którego wsiądę, zapłacę niewspółmiernie mniej niż za benzynę, w spokoju przeczytam gazetę lub skorzystam z tego, że podróż przez polską krainę jest tak widokowa. I potem ze stacyjki kolejowej pójdę powoli, bez pośpiechu znajomą drogą. Samochód jest szybki. Nawet za szybki. Człowiek w nim zmienia środo- wisko i porusza się w przestrzeni szybciej, niż potrafi to sobie uświadomić, niż potrafi to strawić. Bez samochodu człowiek żyje jak w innym wy- miarze. Wszystko płynie wolniej. Jest w tym pewien kontrast. Jak w znanej powieści Bradbury'ego „451 stopni Fahrenheita”: najpierw zwariowana nocna ucieczka głównego bohatera przez miasto, bieg o życie. Potem bohater rzuca się do rzeki, która go niesie precz od prześladowców, precz z miasta, do wolnej krainy, ku wolności. Najpierw presto - potem zaraz adagio, jak w jakieś muzycznej kompozycji. Dwa odmienne toki czasu, dwa różne tempa wydarzeń. Dwa różne światy. Ten pierwszy należy jakby nieodłącznie do dnia dzisiejszego. Ten drugi jest przeszłością. Owszem dzień dzisiejszy jest przemi- jającą chwilką z zapachem, czy raczej odorem benzyny. Ten dzień wczorajszy, to dziesiątki tysięcy lat, to są ścieżki pradawnych łowców, drogi celtyckich poszukiwaczy złota, to pierwsze dalekie handlowe drogi przez kontynent. 46 49) Zarastają leśne drogi Do tej grupy należą również leśne Ścieżki i drogi, których wkrótce już nie będzie. Jeśli przypuścimy, że na człowieka działał wpływ środowiska naturalnego i że pewne obciążenie fizyczne jest dla niego naturalne i potrzebne, potem z tego jednoznacznie wychodzi jako funkcyjna ta druga alternatywa. Tylko że w ten jałowy sposób możemy filozofować bez przerwy, a przy tym prądy samo- chodów dalej będą płynąć po drogach i autostradach. I w tym jest problem. Współczesny styl życia przez swój bezkompromisowy własny ciężar przytłacza nas do tego, abyśmy się w sposób dyscyplinowany podporządkowali dzisiejszym normom zachowania. A człowiek, który zdecydował się żyć w odmienny sposób, jest bezustannie konfrontowany z ową normą. Niech chce czy nie chce, ciągle się w nim spotykają obie tendencje i prowadzą swój spór. Musi pytać sam siebie, czy ma prawo wychylać się z szeregu. Czy nie będą mu tego brać za złe jego dzieci? Przecież również one są bezustannie konfron- towane w szkole i wśród swoich rówieśników z większościowym stylem życia. A cóż małżonka? Ja zdecydowałem się i plecak mi nie ciąży. Mam w nim wszystko, co potrzebne jest mi przy podróżowaniu i życiu w przyrodzie. Lecz ona? Czy mam prawo zmuszać ją do tego samego? Jej koleżanki wożą się przy- najmniej maluchami. Możliwe jest zamknąć się przed światem, połączyć się z ludźmi mającymi te same poglądy i ukryć się w samowystarczalnej, na zewnątrz opancerzonej sekcie. Ale to oznacza spłaszczenie życia, wygórowaną jednostronność. Człowiek tolerancyjny z szerokim horyzontem i odpowiednim stopniem wykształcenia raczej nie może czegoś takiego uważać za zadowalające rozwiązanie sprawy. Możliwy jest również odwrotny manewr, mianowicie próba kompromisu i powolne przystosowanie się. Między tymi oboma możliwościami jest tylko wąska przestrzeń, niepewna droga. Nie wiadomo, czy jest możliwe szukać rozwiązania z nadzieją na powodzenie. Przymuszająca siła większościowego konsumpcyjnego stylu życia jest zupełnie nieformalna, a przy tym bezwiedna i mocna. Czy jest nieodzowne, aby alternatywa tego stylu była jednakowo wygórowana i kategoryczna? Przyszły rozwój wiele pokaże. Bowiem nie chodzi w ogóle tylko o kwestię automobilizmu. Chodzi o cały styl życiowy. Chodzi o życiowe wartości nowoczesnego człowieka. Ciągle mówi się o konieczności ograniczenia potrzeb ludzi żyjących w krajach rozwiniętych. Chyba nie mam dostatecznego wykształcenia ani dostatecznej wyobraźni, aby prognozować, w jaki sposób do tego dojdzie. Bardziej prawdopodobna 47 50) Leśny Almanach wydaje mi się katastroficzna wizja takiej zmiany, niż świadomy i dobrowolny zwrot. Patrzmy, dokąd doszliśmy od zarastających leśnych dróg. Petr Kużvart opracował Wayseeker 48 51) Braterstwo Leśnej mądrości BRATERSTWO LEŚNEJ MĄDROŚCI Pisarka Maria Rodziewiczówna /1863-1944/, wybitna polska prozaiczka i osobliwa kobieta, więcej niż przed osiemdziesięciu laty, dzięki własnej intuicji i bliskiemu poznaniu, osiągnęła zacne zrozumienie i podejście do przyrody, które dziś nazywamy Leśną mądrością. We wstępnym rozdziale swojej słynnej noweli „Lato leśnych ludzi” wyraziła to, co każdego harcerza leśnego, woodcraftera i każdego wędrownika przez przyrodę napełnia radością i nadzieją. W tym rozdziale swej noweli opisała kilka pięknych typów ludzkich, które - acz różnego wieku, zatrudnienia, intelektu - należą do samotnie żyjących, zazwyczaj wzajemnie się nie znających ludzi z leśną duszą i wrażliwym sercem, do braterstwa Leśnej mądrości. © Dzisiaj my, pod wpływem myśli H.D. Thoreau, Johna Ruskina, E.T. Setona i kolejnych pisarzy i myślicieli, marzycieli i mistyków, których długi szereg możemy zacząć choćby od świętego Franciszka z Asyżu, - szukamy Prawdy w przyrodzie i w życiu już więcej świadomie; uczymy się poznawać głębszy sens wszystkiego co nas otacza; nie trzeba nam być przyrodnikami ani filozofa- mi, wystarczy jeśli z pokorną duszą i otwartym sercem znajdujemy klucze do Tajemnicy, które są niepozornie lecz widocznie rozpowszechnione wszędzie w przyrodzie: te klucze położył tam Stwórca wszystkiego. Powstały różne organizowane grupy poszukiwaczy Leśnej mądrości, którzy swoją ścieżkę pod błękitynym niebem uczynili mniej lub bardziej swoim progra- mem i celem: leśni harcerze, woodcrafterzy, skauci, najrozliczniejsi zwolennicy na- turalnego sposobu życia. W dzisiejszym społeczeństwie przesyconym techniką, rozleniwionym, sobkowskim i żądnym rozkoszy ich liczba nie wzrasta: nowoczes- nych przynęt, których najbardziej oddziałującym medium jest telewizja, jest prze- cież wiele i młodzi ludzie łatwo zostają oszołomieni ich kuszącą sugestywnością.... Leśna mądrość niesie ze sobą w pewnej mierze potrzebę skromności, wyrzeczenia i dobrze pojętej ascezy, odpowiedniej dzisiejszym wygórowanym żądaniom luksusu, wygody i wybujałej konsumpcji wszelkiego rodzaju. Dzięki Bogu istnieją jednak, ciągle jeszcze te wymagania spełniający skromni ludzie, i młodzi i starzy. Spotkasz ich na leśnych i polnych drogach; nie zawsze są 49 52) Leśny Almanach to mieszkańcy wsi, którzy do pól i lasów chodzą za swoim zatrudnieniem jako rolnicy i leśnicy. Do braterstwa Leśnej mądrości może należeć samotny wędrownik-tramp, który daje pierwszeństwo leśnej ciszy przed hałasem dyskoteki, acz znalazłby tam wie- lu swoich rówieśników. Woli on zapach kwitnącego wrzosu niż perfumy budua- rów czy odór zadymionych oberży i winiarń. Do nas uczniów Leśnej mądrości, zaliczamy księdza, który uczy młodzież tajemnic sadownictwa i patrzy z upodo- baniem w koronę drzewa, skąd odzywa się radosny ptasi głos i który po odpra- wieniu mszy Świętej nie zapomina w zimie przygotować za oknem probostwa karmę dla małych leśnych i polnych opierzonych braciszków. Naszą siostrą w rodzinie leśnej mądrości jest niewątpliwie staruszka, ucząca swoją wnuczkę który z trzech rodzajów babki nadaje się najbardziej do naturalnego lecznictwa; do braterstwa Leśnej mądrości należy też uczeń, który zamiast liczenia słupków jak nakłada mu to nauka w podręczniku botaniki, obserwuje z zachwytem i głębokim zainteresowaniem wiosenny kwiat; bratem z rodziny Leśnej mądroś- ci jest również ekolog pracujący w zakresie ochrony środowiska, który zabrania wstepu do chronionego obszaru leśnego rubasznym myśliwym ze sforą psów; do szeregu braterstwa Leśnej mądrości zaliczamy też podróżnika w pociągu, który wytęży wzrok i śledzi z okna wagonu grupkę łań pasących się na oddalonej łące dopóki nie zniknie za drzewami. Ci wszyscy są naszymi braćmi i siostrami. Jesteśmy spokrewnieni wyborem, jak powiedziałby to J.W.Goethe: wybiera- my powrót do naturalności, szczerości, prawdziwości i czystości życiowej, choć- by nawet było to życie skromne a może i ubogie. Odczuwamy, że przyroda jedna jedyna jest bez fałszu i obłudy, bez sztuczności, grzeszącej rozrzutności i bez egoizmu, który chciwie wymaga stale więcej i więcej - kosztem wszystkich innych. Odczuwamy to i wiemy, że kroczymy jedynie prawdziwą ścieżką. Jest to ścieżka powrotu do przyrody, powrotu do źródeł. U źródeł woda jest najczystsza! Ladislav Rusek - Śaman 53) Namioty NAMIOTY Trudne było życie pierwotnego człowieka. W ciągłej walce z żywiołami przy- rody prawie nie miał miejsca, gdzie mógłby spokojnie złożyć głowę, aby wypocząć. Poszukiwał grot, które udzielały mu schronienia. Były one jednak ciemne i wilgotne 1 nie dostarczały mu zbyt wielu wygód. Natomiast znajdował w nich pewną ochronę przed kaprysami pogody i miejsce, w którym mógł zapewnić sobie bezpieczeństwo, będąc prześladowany przez dziką zwierzynę, a nawet przez surowego ludzkiego rywala. W poszukiwaniu miejsc do odpo- czynku wygrzebywał też doły, które nakrywał konarami, chrustem, liśćmi i mchem. Była to więc pewna forma groty ze sztucznie wybudowanym dachem. Kiedy z biegiem czasu nauczył się rozniecania ognia był u szczytu swojego szczęścia. Również w nas I naszej podświadomości drzemią wspomnienia dawnych czasów, w których nasi praprzodkowie znajdowali w grotach swój dom. Groty pozostawiły w nas do dzisiejszego dnia poczucie jakiejś tajemniczości i jakiegoś czaru. Chętnie wchodzimy w ich tajemniczy półmrok w oczekiwaniu, że z milczacej głębi usłyszymy głos człowieka, który spędzał tu swoje życie przed tysiącami lat. Gdy człowiek nauczył się używać kamienia i metalu, Ścinał drzewa i budował swoją chatę z belek. Była ona wprawdzie prymitywna, zazwyczaj niewysoka i mało przestrzenna, lecz jakiż to był postęp ! Powietrze i słońce miały dostęp do wnętrza przez okna, w chacie przestało panować już ponure ciemno, a wesołe promienie światła cieszyły ducha i serce. Wszędzie tam, gdzie występował brak drewna, podobne schronienia budował człowiek z kamieni. Dalszym etapem było ozdabianie chaty wewnątrz i na zewnatrz, co stanowiło już podwaliny pod architekturę. Z biegiem czasu człowiek coraz wiecej korzystał z darów przyrody. Oswajał różne zwierzęta, które hodował dła własnego użytku. Kiedy jego stada bydła powiększały się i wypasły roślinność w okolicy jego siedziby, nie pozostawało nic innego, jak ciagnąć dalej, gdzie wypas był obfity. Tak więc typ mieszkania wybudowanego na stałe przestał mu odpowiadać. Potrzebował mieszkania, które możnaby zarówno szybko wybudować jak też łatwo zlikwidować i przenieść na inne miejsce. Na podstawie tej potrzeby narody SI 54) Leśny Almanach koczownicze, w odróżnieniu od osiadłych na stałe rolników, poczęły używać namiotów, łatwo przenośnych i odpowiadających wymaganiom życia nomadów. Od niepamiętnych czasów w historii ludzkości spotykamy się z namiotem. Do dziś miliony ludzi w sferze tropikalnej, jak również na mroźnej Północy, mieszkają w namiotach. Są to Beduini na gorących równinach pustyni Arabskiej i Afryki, jak również narody Indian i Eskimosów na pustych i surowych obszarach amerykańskiej Północy oraz na terenach północnej i wschodniej Syberii, zamieszkałej przez mongolskich nomadów. Dla tych narodów namiot jest wszystkim. Jest ich mieszkaniem, miejscem wypoczynku, pokojem gościnnym, salą sądową, a nawet domem modlitwy. Pierwsze namioty robiono ze skór zwierzęcych, które dla koczowników były najłatwiej dostępne. Później używano płótna i innych podobnych materiałów. W namiotach ludzie żyją zdrowi, silni i odporni. Pobyt w bezpośredniej styczności z przyrodą powoduje, że niektóre cierpienia i niedostatki, które przynosi prymitywny sposób życia, są przeważnie wyrównywane przez zdrowie fizyczne i duchowe. W dzisiejszych czasach namiot powrócił do łask. Używany w ramach i warunkach wypoczynku i rekreacji staje się wakacyjnym mieszkaniem i miłym schronieniem, o tyle przyjaźniejszym, że nowoczesny człowiek budu- je go wśród przepięknej przyrody, w otoczeniu lasów i dąbrów, w zakolach rzek, na brzegach rwących górskich strumieni. A najważniejsze, że spędza w nim piękne i niezapomniane chwile życia. Antonin B. Svojsik: „Zakladovć skautingu”, 1920 55) Jak budowaliśmy hausbot JAK BUDOWALIŚMY HAUSBOT Pewnego razy przybiegł Sekuła lotem błyskawicy: - Będziemy budować hausbot ! Dla tych, którzy nie są dobrze zorientowani wypowiedzią Sekuły dodajemy, że hausbot z angielskiego houseboat znaczy pływający domek na rzece, mieszkalną łódź czy barkę na wodzie. - Tobie chyba pomieszało się w głowie - zbył go Kapi. - Wiesz, ile zabrałoby to godzin pracy? Nie mówię już o pieniądzach za materiał. -Hausbot? Więc hausbot ! To było zawsze moim ideałem - rozmarzył się Mewak. -Taki piekny, na tyle wielki, aby zmieścił się w nim nasz zastęp, jak w świetlicy, aby dało się tam spać i pracować. A musibyć stylowy, coś jak parowiec w czasach Marka Twaina na Missisipi. -No właśnie, dwa kominki, z tylnym kołem łopatkowym, biały lakier, nadbudówka sama kolumienka, w przodzie mostek zwodzony - chłopaki, będziemy budować ! - przyłączył się Nalym, który już z bratem Bicim zbudował ze składanych części żaglóweczkę Vaurien, na których dlatego mówiliśmy „Firma Nalym - Bici - Onassis” od słynnego greckiego armatora 53 56) Leśny Almanach i małżonka nie mniej słynnej Jacqueline, wdowy po prezydencie Kennedym. - Wszyscy zapewne zwariowaliście - stwierdził Kapi. -Chyba to jest zaraźliwe. -Poczekaj tylko, jak będziesz wyróżniał się na mostku w białej czapce - dokazywał Misza. Na następnym spotkaniu Morsów panował wesoły nastrój. Misza przyniósł mnóstwo zdjęć statków i kołowców z amerykańskich kalendarzy, Sekuła przyszedł z ofertą na wielką skalę: -Mam pusty garaż, jest ostatni w rzędzie. Samochodu nie mamy, więc garaż będzie stocznią. Tam możemy budować i nie będzie to nikomu przeszkadzało. Po tych słowach Mewak rozpakował papierową rurę, z której wyłonił się plan budowy: -Tutaj będzie kajuta, napędowego koła łopatkowego na rufie nie możemy zro- bić, ponieważ tam będzie przyczepiony silnik zaburtowy. Zamiast tego zbudu- jemy dwa boczne koła łopatkowe, które będą ślizgać się po wodzie. Będzie to efektowne i mało kto pozna, iż one toczą się do tyłu. Również Kapi pogodził się z tą hiobową wieścią: -Dam na ten cel dwie dziesięciokilowe puszki z białą farbą, które mam w domu. Jeszcze nie słyszałem, jaką nasz hausbot będzie miał nazwę. -Misipisi - wyskoczyło z ust najmłodszego Radka. Owe zniekształcenie tak spodobało się, że natychmiast zostało ogólnie przyjęte. Tylko w najbardziej intymnych chwilach hausbot nazywaliśmy przez Misapejsa. Problem z pozyskiwaniem pieniędzy rozwiązywaliśmy po swojemu. W pier- wszej kolejności zostały wydane akcje o wartości nominalnej jednego niedużego, a jednak dla nas znaczącego banknotu. Akcje a raczej listy kredy- towe. również narysował starannie Mewak. Każdy, kto dał pożyczkę - a pozyskaliśmy dosyć również od członków rodzin - otrzymał piekną grafikę z wyznaczoną odpowiednią liczbą porządkową. W drugiej kolejności urządzono imprezy dobroczynne. Na przykład zorgani- zowaliśmy rozrywkowe widowisko z przezroczami, śpiewem, tańcem i grą na katarynce o nazwie „Z Michiganu do Nowego Orleanu”. Owe show w bogatej oprawie scenicznej opisywało życie na Missisipi w czasach Marka Twaina a czerpało z dostępnych materiałów i z naszej fantazji. Za oryginalne murzyńskie blues podawaliśmy pieśń rozpoczynającą się od słów: 54 57) Jak budowaliśmy hausbot „Na południe płynął kiedysi słynny statek Misipisi, koło na rufie on miał a z dwóch kominów dym wiał...” Jako irlandzką imigracyjną balladę podaliśmy tę o uprawianiu ryżu: „Nam wszystkim ryżu brakuje, nikną jego pełne słoje, sternik go sobie w ładowni tajnie konsumuje... ”. Docent Wąs, cywilny pracownik powiatowej komendy wojskowej, wystarał się za pieniądze ze sprzedaży akcji o kompletny dwukadłubowy ponton, na którym mieliśmy zamiar zamontować Misipisi. Napracowaliśmy się straszli- wie, żeby ponton dotransportować do garażu Sekuły. Pięknie i w sposób demokratyczny, rozdzieliliśmy funkcje na hausbocie - a więc mieliśmy kapitana, pierwszego oficera, drugiego oficera, bosmana, żaglomistrza i innych. Aż znów pewnego razu przybiegł Sekuła lotem błyskawicy: - Wszystko zostawić, wszystko sprzedać, jest w przygotowaniu rozporządze- nie, że hausboty nie bedą mogły płynąć, tylko stać na kotwicy, i do tego jeszcze nie wszędzie. Miał rację. Szybko sprzedaliśmy ponton jednemu czlowiekowi a z całej sławy zostały nam tylko akcje Mewaka. Mam ją jeszcze schowaną w domu. Vezfr: „Szczep Roverski” 58) Leśny Almanach REGUŁA I DWANAŚCIE USTAW LEŚNEJ MĄDROŚCI Wszelkie ustawy zawsze w sposób zwięzły ujęte są w podstawowe regu- laminy danego społeczeństwa i tym samym stanowią normy, zapewniające har- monię współżycia ludzi. Dwanaście Ustaw leśnej mądrości, podzielonych na cztery zakresy - Światła, reprezentują moralne nakazy, które czynią z człowieka woodcraftera, a przede wszystkim lepszego człowieka w najlepszym tego słowa znaczeniu. Z świętego Ognia możemy czerpać siłę duchową przez całe swoje życie, gdyż jest on symbolem drogi do wyższej ludzkości. Dwanaście Ustaw nie tylko nas nie ogranicza, lecz odwrotnie, wytwarza w nas dobre szlachetne postawy życiowe. kkk Reguła leśnej madrości symbolizowana jest ryciną wielkiego centralnego, Czterokrotnego Ognia, z niego wychodzą cztery drogi - droga Ciała, droga Myśli, droga Ducha i droga Służby. Wszyscy ludzie, którzy dążą do doskonałości, powinni kroczyć tymi drogami. Każda z nich prowadzi do Światła, do małego ognika, który rozniecamy z wielkiego centralnego Ognia. Tymi Światłami są Piękno, Prawd iła i Miłość 56 59) Reguła i dwanaście Ustaw leśnej mądrości Z tych czterech Świateł wychodzi dwanaście Ustaw leśnej madrości - to jest tajemnicą Czterokrotnego Ognia. W Braterstwie wielkich mamy dwie formy Ustaw, których recytowanie możliwe jest do przyjęcia po spełnieniu warunków do osiągnięcia tytułu Wayseekera - poszukiwacza drogi. Pierwsza, krótsza forma jest używana, kiedy jedna osoba recytuje wszystkie dwanaście Ustaw. Brzmi ona następująco: Ten, który recytuje Ustawy, zapala pochodnię w centralnym Ogniu i zapala nią piewsze Światło: - Z wielkiego centralnego Ognia zapalam to Światło Piękna. Wychodzą z niego trzy promienie: 1. Bądź czysty; ty sam i miejsce, w którym Żyjesz. 2. Znaj i czcij swoje ciało. Jest to Świątynia Ducha. 3. Bądź przyjacielem wszystkich nieszkodliwych żyjących na wolności strworzeń. Chroń drzewa i kwiaty i bądź gotów walczyć z pożarem w lesie i w mieście. - Z wielkiego centralnego Ognia zapalam to Światło Prawdy /zapala drugie Światło/. Wychodzą z niego trzy promienie: 4. Słowo honoru jest święte. 5. Graj uczciwą grę. Nieuczciwa gra jest zdradą. 6. Bądź pokorny. Czcij Wielkiego Ducha i respektuj wiarę innych. - Z wielkiego centralnego Ognia zapalam to Światło Siły /zapala trzecie Światło/. Wychodzą z niego trzy promienie: 7. Bądź odważny. Odwaga jest najwspanialszą cnotą. 8. Milcz, kiedy przemawiają starsi i oddawaj im uszanowanie również w inny sposób. 9. Bądź posłuszny. Posłuszeństwo jest podstawowym obowiązkiem woodcraftera. 57 60) Leśny Almanach - Z wielkiego centralnego Ognia zapalam to Światło Miłości / zapala czwarte Swiatło/. Wychodzą z niego trzy promienie: 10. Bąd uprzejmy. Wykonaj codziennie choć jeden bezinteresowny czyn. 11. Chętnie pomagaj. Pełnij swoje obowiązki. 12. Bądź radosny. Szukaj szczęścia życia. Dłuższa forma Ustaw jest stosowana na wielkich obradach; przy tym każde Światło recytowane jest przez jednego z czterech woodcrafterów, którzy stoją przy ogniu. Czterej recytujący wchodzą do kręgu obrad i każdy stanie przy swoim Świetle twarzą do naczelnika i pozdrowia go ręką, podniesioną do przodu. Potem obracają się twarzą do Ognia, klękają na oba kolana i siadają na pięty. Pierwszy recytujący teraz podźwignie się na jedno kolano, zapala swoją pochodnię w centralnym Ogniu i mówi: - Z wielkiego centralnego Ognia zapałam Świato Piękna. Wychodzą z niego trzy promienie: I. Bądź czysty. Ty sam i miejsce, w którym żyjesz. Nie ma doskonałego piękna bez czystości ciała, ducha i zachowania. Czystość przynosi korzyść przede wszystkim tobie, następnie ludziom wokół ciebie. Ci, którzy przestrzegają tej ustawy, istotnie służą swojemu krajowi. 2. Badź silny. Znaj i czcij swoje ciało. Jest to Światynia Ducha i jeżeli ciało nie jest zdrowe, nie może być silne ani piękne. 3. Chroń wszystkie nieszkodliwe stworzenia dla radości, którą daje piękno. Chroń drzewa i kwiaty i bądź gotów walczyć z pożarem w lesie i w mieście. Drugi recytujący teraz podźwignie się na jedno kolano, zapala swoją pochod- nię w centralnym Ogniu i mówi: - Z wielkiego centralnego Ognia zapalam Światło Prawdy. Wychodzą z niego trzy promienie: 4. Swoje słowo honoru uważaj za święte. To jest Ustawa Prawdy, a Prawda jest mądrością. Nie można ufać temu, kto nie postępuje według tej Ustawy. 58 61) Reguła i dwanaście Ustaw leśnej mądrości 5. Graj uczciwie, bowiem uczciwa gra jest prawdą, a fałszywa oznacza zdradę. 6. Bądź pokorny. Czcij Wielkiego Ducha i miej w poważaniu wiarę innych, bowiem nikt nie zna całej prawdy i każdy, kto pokornie wierzy, ma prawo do naszego szacunku. Trzeci recytujący /jak wyżej/: - Z wielkiego centralnego Ognia zapalam Światło Siły. Wychodzą z niego trzy promienie: 7. Bądź odważny. Odwaga jest najwyższą cnotą. Strach jest u korzeni każdego zła. Nieustraszoność oznacza siłę. 8. Milcz, kiedy przemawiają starsi i oddaj im uszanowanie również w inny sposób. W czasie próby milczenie jest trudniejsze jak mówienie, ale w końcu bywa mocniejsze. 9. Bądź posłuszny. Posłuszeństwo jest podstawowym obowiązkiem woodcraftera. Posłuszeństwo znaczy panowanie nad sobą 1 to jest sednem Ustawy. Czwarty recytujący /jak wyżej/: - Z wielkiego centralnego Ognia zapalam Światło Miłości. Wychodzą z niego trzy promienie: 10. Bądź uprzejmy. Wykonaj codziennie chociaż jedną bezinteresowną służbę - chociaż miałbyś tylko poszerzyć szczelinę w miejscach, gdzie wychodzi na powierzchnię ziemi źródełko. 11. Chętnie pomagaj. Pełnij swoje obowiązki dla podniosłego uczucia, które daje służba, bowiem ze służby czerpie człowiek siłę. 12.Żyj radośnie. Szukaj szczęścia życia - ponieważ każda rozumna radość, którą możesz uzyskać lub komuś dać, jest niezniszczalnym skarbem, który - podobnie jak radość - podwoi się, kiedy się nim podzielisz z drugim człowiekiem.

  • *k *k

W Braterstwie małych są tylko cztery ustawy - jedna w każdym Światle: 1. Muszę starać się o czystość swoją i rzeczy koło siebie. 2. Muszę grać uczciwie. 59 62) Leśny Almanach 3. Muszę być posłuszny wobec rodziców i każdego, kto jest moim przełożonym. 4. Muszę codziennie wykonać chociaż jeden dobry czyn. Ernest Thompson Seton: „Zwitek kory brzozowej woodcraftu” - Dział organizacyjny 60 63) Wigwam w skałach WIGWAM W SKAŁACH Krótko przed wschodem wiosennego słońca wyszedł Quonab, ostatni ze szczepu myanoskich Sinawów, ze swojego płóciennego wigwamu, przywróco- nego do skalnej ściany, która górowała nad wschodnim brzegiem strumienia Asamuka. Tutaj stał w milczeniu i oczekiwał pojawienia się pierwszych pro- mieni porannego słońca, w dali nad powierzchnią morza między Connecticut i Seawanaką. Cicha modlitwa do Wielkiego Ducha spływała z jego ust, a kiedy nad morzem, poza ciągłym pasem chmur, przebił się snop słonecznych promieni, zaśpiewał na cześć wychodzącego słońca tajemniczą, indiańską pieśń, wzy- wającą boga światła: „Ty, który powstałeś z porannej zorzy, ty, który płoniesz wysoko na niebie, bądź pozdrowiony, wzniosły i szczytny !”. Śpiewał następne zwrotki pieśni i równocześnie tak długo uderzał w mały tam-tam, aż wielki bóg światła rozdzielił chmury, a żarzący czerwony cud wschodzącego słońca ukazał się w pełni na niebie. Potem Indianin powrócił do wigwamu, obmył swoje ręce w misie z lipowego drewna i począł przygotowywać swoje proste Śniadanie. Pocynowany miedziany kociołek nad ogniem napełniony był do połowy wodą. Kiedy woda poczęła kipieć, wrzucił do niego trochę kukurydzianej mąki, oraz parę ostryg i zostawił jedzenie na ogniu. Wziął gładko wierconą skałkówkę i przeszedł wąski grzbiet pagórka, chroniący przed północno-zachodnim wiatrem. Bystrym wzrokiem rozglądnął się po rozległym stawie, przegrodzonym wysoką bobrową zaporą, która zatrzymywała wodę w małej dolinie strumienia Asamuka. Lodowa pokrywa leżała dotąd na powierzchni wodnej zbiornika, lecz na ocieplanych mieliznach woda pozbawiona była lodu, więc mogłyby się tutaj już 61 64) Leśny Almanach pokazać dzikie kaczki. Jednakże żadna z nich nie pokazała się, zaś na krawędzi lodowej pokrywy poruszał się piżźmoszczur jako okrągłe stworzenie, co Indian, mimo znacznej odległości, rozpoznał na pierwszy rzut oka. Gdyby się przeczołgał wokół stawu, mógłby łatwo oddać celny strzał, lecz Indianin powrócił do wigwamu i zamienił strzelbę na broń swoich przodków - łuk, strzały i długi sznur rybacki. Szybko po kryjomu okrążył staw, aż dotarł na odległość dziesięciu metrów od zwierza, które ciągle jeszcze gryzło korzenie wodnej rośliny. Zwinięty sznur ułożył luzem na ziemi i jeden z jego końców przymocował do strzały. Naprężył łuk, strzała wyleciała, odwinęła błyskaw- icznie sznur i przeszyła piźmoszczura. W tej chwili zwierzę zniknęło pod lodem. Lecz drugi koniec sznura tkwił w ręce strzelca. Ciągnął teraz ostrożnie, aż się szczur pokazał nad powierzchnią wody. Kawałkiem drewna przybliżył zwierzę do brzegu. Gdyby strzelił piżmoszczura ze strzelby, na pewno by zwierzę zgubił. Powrócił do swojego wigwamu, zjadł lekkie Śniadanie i nakarmił małego żółtawego wilczura, przywiązanego przy wigwamie. Pieczołowicie ściągnął skórę z piżmoszczura - najpierw ostrożnie naciął skórę na końcu brzucha 1 potem ją przeciągnął jak rękawicę aż do nosa. Do skóry wsunął mocny zgię- ty pręt. Po upływie jednego dnia skóra będzie już sucha i nadająca się do sprze- daży. Następnie oczyszczony tułów zwierza zawiesił w cienistym miejscu z przeznaczeniem na późniejszy posiłek. Ernest Thompson Seton: „Rolf w lasach” (fragment) 62 65) Indianie jako sportowcy INDIANIE JAKO SPORTOWCY Podobnie jak na całym świecie, największą ciekawość amerykańskich widzów i fanów przyciągają zawsze sportowcy w blasku jupiterów na boiskach piłki nożnej i baseballu, tej słynnej amerykańskiej narodowej gry w piłkę. W taki sposób byli z entuzjazmem podziwiani indiańscy olimpijczycy Jim Thorpe i maratończyk Louis Tewanima. Prócz tego tysiące Indian w całych Stanach Zjednoczonych Ameryki uczestniczyły w ciągu dwudziestego stulecia w profesjonalnych, jak też półprofesjonalnych sportowych walkach i spot- kaniach. W sportowych konkursach amerykańskich średnich szkół wysyłały indi- ańskie college z Carlisle i Heskell prawidłowo drużyny o wysokim sportowym poziomie i stawiały również gracze dla zawodowych drużyn. W walce w piłkę nożną zwyciężała drużyna ze szkół indiańskich z Carlisle w spotkaniach z Harvardem. Wiele nieindiańskich college'ów i uniwersytetów, jak Notre Dame, Georgia Tech, Minnesota, Dartmouth i innych wzmacniało swoje sportowe szeregi graczami indiańskimi. W czasie, kiedy w USA Afroamerykanie nie mieli dostępu do uczestnictwa w meczach sportowych, było w tych spotkaniach uczestnictwo Indian zjawiskiem powszechnym. W meczach profesjonalnych baseballu często nie pominięto zapraszać drużyny z indiańskich szkół średnich — college'ów 1 wzywano do pomocy narybek graczy z rezerwatów. Szeroko znani gracze superligi /Major League/, jak John Meyers /ze szczepu Cahuilla/, Louis Sockalexis /szczep Penobscot/ i Charles „Chief” Bender /szczep Chippewa/ - który został przyjęty do drużyny baseballowej w Fame - byli dla publiczności widocznymi kolegami licznych anonimowych indiańskich graczy w niższych sportowych klasach i klasach półprofesjonalnych. Oprócz piłki nożnej i baseballu byli Indianie bardzo pomyślnymi uczestnika- mi w zawodach lekkoatletycznych i tam w różnych dyscyplinach zdobywali częste sukcesy, jak na przykład w biegu maratońskim. Gracze w koszykówkę z rezerwatów narodu Dakota tworzyli wybitną drużynę Sioux Travelers, która okazyjnie walczyła z sławną drużyną Harlem Globetrotters. 63 66) Leśny Almanach Indianie do dziś prezentują się jako pierwszorzędni sportowcy. Drużyny wyższych szkół indiańskich z rezerwatów lokują się w walkach eliminacyjnych na znaczących miejscach. Zawody w bieganiu, uliczne konkursy biegaczy 1 mecze w koszykówkę są ciągle popularnymi dyscyplinami sportu indiańskiego. Turnieje w koszykówkę i biegi różnego rodzaju są częścią programów w większości szczepowych festynów. Sportowe spotkania i zawody przyczyniają się do wzmocnienia poczucia przynależności do społeczeństwa Indian. Sześć narodów indiańskich wysyła swoich członków do znaczącej drużyny w grze lacrosse w stanie Nowy Jork. Philip J. Deloria: „The Native Americans” 67) Co sobie najwięcej poważam w puszczaństwie CO SOBIE NAJWIĘCEJ POWAŻAM W PUSZCZAŃSTWIE Wysoko oceniam i poważam filozoficzno-etyczne prądy, które w dwudzie- stym wieku w różnej postaci i w różnych (bliskich sobie) ruchach realizują myśli Komeniusza, Rousseau, Thoreau, Setona i innych pisarzy i wychowaw- . ców. Poważam woodcrafterów, którzy w czeskiej Lidze leśnej mądrości i poza nią wprowadzają w życie Ustawę Czterokrotnego Ognia i wszystkie te szla- chetne reguły życia w przyrodzie i z przyrodą; poważam również tych trampów i wędrowników, dla których pobyt pod błękitnym niebem i poznawanie tajem- nic przyrody jest nad wszystkie inne rzeczy i którzy nie mają nic wspólnego z trampami ciągnącymi od knajpy do knajpy (aczkolwiek nie mam przy tym nic przeciw spędzeniu kilku chwil w wiejskiej restauracyjce, gdzie po długiej wędrówce zaspokajamy głód i pragnienie). Sam już przez długie lata usiłuję jak najgorliwiej szerzyć idee puszczaństwa w skautingu; te idee mają tam od początku swoje miejsce, przecież Ernest Thompson Seton uważany jest przez skautów za jednego z założycieli ich ruchu. Co więc najbardziej szanuję w puszczaństwie? Im bliżej końca naszego stulecia pełnego techniki, wojen i nadmiernej konsumpcji na nie- których „wybranych” ziemiach (pewnie dlatego że starzeję się, to pewne rzeczywiste wartości widzę wyraźniej, a wszystkie pseudowartości oceniam bardziej surowo), tym bardziej pojmuję puszczaństwo jako jedną z szans - i chyba z największych szans - na to, aby odwrócić nonsensowny rozwój cywilizacji, która coraz szybciej zmierza do ogólnej katastrofy ekologicznej i moralnej. Oby nas było więcej - tych, którzy pojmują przyrodę nie jako targowisko czy złotodajną kopalnię, którą można w bezwstydny sposób wydobyć aż do dna! Oby było nas więcej - tych, którzy pojmują ścisłe więzy między ludźmi i każdym żywym stworzeniem na Ziemi; tych którzy pojmują ten braterski łańcuch wszystkich: roślin, ptaków, owadów, zwierząt i ludzi. I którzy - jak kiedyś biedny mnich Franciszek z Asyżu - będą widzieć brata i siostrę również w studzienkach, skałach, pachnącym wiosennym wietrze - we wszystkim, co 65 68) Leśny Almanach jest pierwotne i szczere, nieudawane, prawe. I którzy pojmują głęboki sens życia pod błękitnym niebem. Człowieka często ogarnia sceptycyzm: jest nas mało, tylko garstka tych, którzy to wszystko wyznajemy - i do tego jeszcze między nami nie ma pełnego zrozumienia ... Podczas gdy po stale szerszych betonowych i asfaltowych dro- gach pędzą w kilku kolumnach lśniące samochody, ciągle droższe i lepiej wyposażone; jest już w nich wszystko: klimatyzacja, bar z chłodziarką, automatyczne kierowanie, magnetofon, odbiornik radiowy, telewizyjny ekran, telefon komórkowy. Ale jestem pewien, że prosty pątnik niegdyś powoli wędrujący przez świat 1 od czasu do czasu zatrzymujący się, żeby zetrzeć pot z czoła, był bardziej szczęśliwy! On wędrował, podróżował, żył: nowoczesny człowiek lecący w Concordzie i niecierpliwie patrzący na swój zegarek i na kolana z kompute- rowym notebookiem, ze świeżym faksem z giełdy w kieszeni, jest trans- portowany; on nie żyje - on jest przesuwany od przedsiębiorstwa do przed- siębiorstwa, a jeśli pozwoli sobie potem na dwa tygodnie leniuchowania gdzieś na Bermudach czy na Hawajach, również tam przyłapią go telefony i faksy, również tam czyta wiadomości z giełdy, również tam będzie pił Johnny Walkera (Jasia Wędrowniczka), zamiast sam być tym wędrowcem, który piłby czystą wodę z leśnego źródełka ... Można powiedzieć, że przesadzam. Tylko, że ten model życiowy jest coraz bardziej propagowany w naszym kraju. Nie mówi się o konieczności ogranicza- nia potrzeb, ale tylko i wyłącznie o rozwoju i wzroście. O wzroście produkcji, wzroście kosztów, wzroście zysków; zupełna wzrostomania! Droga do istnego piekła, oznakowana wzrostem konsumpcji i przesytu! Może ktoś w tym miejs- cu powie, że tym razem mieszam się do polityki: a przecież jest to polityka najrozmaitszych interesownych i żądnych zysku grup (tj. „lobby”), która nam narzuca przy pomocy wścibskiej reklamy we wszystkich środkach masowego przekazu ów niezdrowy styl życia! We wszystkich kolorowych magazynach (pięćdziesięciu różnych, ale wyglądających tak samo — pod względem formatu, opracowania graficznego i treści) roi się od „topmodelek” i bezdusznych manekinów. Przy tym ich styl życia jest przedstawiany jako wzór godny poza- zdroszczenia. Młodzież jest w ten sposób niepostrzeżenie, ale skutecznie odwracana od naturalnych wartości oraz życiowych zasad i norm. Wierzcie, sytuacja jest poważna — z tym zgadzają się pedagodzy, socjolodzy 1 uczciwi ekonomiści — ci, którzy nie siedzą w bankach czy radach nadzor- 66 69) Co sobie najwięcej poważam w puszczaństwie czych. Sytuacja jest bardzo poważna i na przełomie stuleci można już będzie spodziewać się kryzysu społeczności. Również luksusowy transport samo- chodowy dozna nagłej klęski i załamania: autostrady na wjazdowych trasach do megamiast zadławią się. A do czego doszłoby, gdyby w krajach trzeciego Świa- ta wszystkie rodziny chciałyby posiadać co najmniej jeden samochód, jak ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych Ameryki? A gdzieś na skraju tego do otchłani zbliżającego się świata istnieją małe grup- ki zapaleńców, którzy uparcie dążą do zachowania zdrowego rozsądku i jak najbardziej naturalnego sposobu życia. Powrót do źródeł — tak, to jest droga puszczaństwa, woodcraftu, skautingu i polskiego harcerstwa leśnego, to jest droga pod prąd współczesności. Jest to roztropna, wypróbowana i równocześnie jedyna droga powrotu do czystych zdrojów naturalnego, wspaniałego życia. I wiem, że jej realizowanie będzie coraz bardziej uciążliwe, ale nie dajmy się wyprowadzić w pole tym wszystkim, którzy dziś mają przewagę! Większość nie musi mieć racji i jeśli zwariuje nawet cały „cywilizowany” świat — nie jest to jednoznaczne ze słusznością jego drogi! Gdyby już niczego innego nie było — puszczaństwo i leśna mądrość jest dziś przynajmniej propozycją. Jest kierunkiem właściwego i słusznego, mądrego chociaż skromnego czyli dobrowolnie ograniczającego się w potrzebach i dla- tego właśnie pełnego życia. Ja będę bronić szlachetnych zasad puszczaństwa, będę wyjaśniać i propagować wszędzie tam, gdzie będę miał do tego sposob- ność. I wam, młodzi przyjaciele — woodcrafterzy, skauci i leśni harcerze — życzę szczęśliwej drogi do tego wspaniałego celu! Ladislav Rusek - Śaman 67 70) Leśny Almanach POCHWAŁA BOSYCH NÓG Celem mojego rozważania nie jest wzywanie do ignorowania sklepów z obuwiem, a cóż dopiero w niepoważny sposób dotykać się cnego rzemiosła szewskiego. Chcę tylko przypomnieć jedno zapomniane dobro. Chłodzące dotknięcie rosy i przyjemne wzruszenie, kiedy bosą nogą wstępuję rankiem na łaskawą ziemię. Nasi przodkowie wymyślili buty i pewnie dobrze wiedzieli, dlaczego. Spróbujcie iść dziesiątki kilometrów po bezdrożach, spróbujcie ciężko praco- wać, na przykład ryć ziemię szpadlem - boso, spróbujcie bez butów w mrozie włóczyć się zaśnieżonym krajem i czatować na zdobycz. Tak jak mnóstwo pierwotnie dobrych rzeczy, tak również buty człowieka zupełnie zniewoliły. Buty - nasz dawny pomocnik, stał się z biegiem czasu naszym panem. Ilekroć widziałem już podobne sceny ! Chłopak w przepięknej letniej pogodzie potrzebuje dojść około dwadzieścia metrów od swojego namiotu. Szybko i automatycznie zaczyna szukać tenisówek - przecież w swoim wychowaniu ma utrwalone, że bez butów się nie chodzi. Iść boso - to byłoby chyba jak iść nago ! Czy inny przykład: grupka trampów dociera do lasu, rozbija swój biwak - i przez dwa dni chodzą tutaj wszyscy obuci w ciężkich sznurowanych butach z cholewami do pół łydek. Ci nie będą wiedzieli, czy kroczą po mchu lub igliwiu, nie będą wyczuwać, czy ziemia grzeje lub chłodzi. Doskonale izolowani od przyrody, do której każdego piątku wyjeżdżają, ale która staje się tylko czymś w rodzaju kulisy. Nie mówiąc już o zaparzonych nogach. I wreszcie: para małżeńska wychodzi z wody na zaporze wodnej i zmuszona jest przejść drogę do swojego koca na plaży. Na plaży, która wszak jest odd- zielona dwumetrowym pasem żwirowego chodnika. Idą, przy tym kręcą się, boleśnie ściągając twarze, przewracają oczyma i syczą z bólu, jakby poddawano ich groźnym torturom. Byłoby to wszystko komiczne, gdyby to nie było tragiczne. Czy buty naprawdę są zawsze i wszędzie nieodzowne? Czy dla nas są zawsze tym najlepszym? Czy niezbędne są przypadkowo również dla tego, iż dla wię- 68 71) Pochwała bosych nóg kszości nas są pewnym znakiem dobrobytu - pokazaniem naszego - nie duchowego - bogactwa: - Ja mam wyższe obcasy - ja mam piękniejszy wzór na mokasynach - popatrz, jakie ja mam ładne buty! Widuję na „indiańskich” obozach, gdzie byłoby można zupełnie dobrze chodzić na bosaka, że osobista własność mokasynów indiańskich /im więcej par, tym lepiej/ uważana jest za wielką cnotę - i odwrotnie. Ile razy przy obozo- waniu rozpakowałem w namiocie swoje potrzeby i ułożyłem swoje mokasyny przy płachcie rośnej namiotu, aby je przy odejściu z obozu znów zapakować między inne rzeczy /z „gardym” westchnieniem, dlaczego biorę ze sobą na obóz tyle zbędnych rzeczy/. Bowiem w lesie żadnego obuwia nie potrze- bowałem. A więc: brakuje nam zahartowania czy skromności? Niech brakuje nam tego i owego, niech obojga, zapewne brakuje nam tez wolności, zdrowia i wielu kolejnych dobrodziejstw. Dążymy powracać do przyrody, ale wciąż izolujemy się od niej: bronimy się przed kontaktem z nią ! Dlaczego nie współodczuwamy z nią? Chłód, wilgoć, ciepło, miękkie pogłaskanie? Dlaczego nie przyjmujemy dobrej energii, która przypływa do nas z ziemi? Chcemy uzdrawiać swoje dusze i ciała przez powrót do naturalnego życia - więc dlaczego nie skorzystać z daru bosych nóg? Z punktu widzenia lekarza można wymienić wiele argumentów za: masaż stóp, skąd prowadzą energety- czne drogi do wszystkich wewnętrznych organów; chodzenie po nierównym terenie stymuluje i wzmacnia drobne mięśnie stóp, tym umacnia się łuk sklepienia stóp; zahartowaniem podwyższamy ogólną odporność organizmu, itd. I argument przeciw, iż może nastąpić zranienie nóg? Tutaj trzeba wspomnieć na prace polne przed drugą wojna Światową na wsi /i właśnie też za dawnych czasów): kobiety i dzieci poruszały się po Ścierniskach , polnych i leśnych tere- nach, po drogach, pokrytych żwirem, dzieci wiejskie przeważnie chodziły boso i do szkoły aż do zimy. Tylko droga w niedzielę do kościoła lub na targ do mias- ta przewidywała u kobiet obucie. Buty mieli tylko mężczyźni, i to jeszcze dopiero od wieku młodzieńczego. Boso pracowano w chlewach, stajniach, ale też bose były kobiety przy wszelkich pracach w cegielniach i innych urządze- niach na prowincji. Naturalnie dochodziło do drobnych zranień, lecz ogólnie dzięki temu wszystkiemu lud wiejski był bardziej odporny. Wyjątkiem chyba były tylko osoby, cierpiące na choroby nóg, jak na przykład wrzód goleniowy czy przewlekle otwarte rany. 69 72) Leśny Almanach Ogólnie powiedziane: droga do doskonałości nie prowadzi przez doskonałe zewnętrzne środowisko, lecz przez doskonałego osobnika... Owszem, może dojść ku poranieniu. Lecz temu, kto obawia się większego poranienia nóg, niż wskutek kopnięcia palcem o gałąź, poleciłbym, aby w pierwszym rzędzie posprzątał okolicę swojego obozowiska. Jeszcze jeden wymiar „bosactwa” istnieje, wymiar, który nie można pominąć, chociaż jest zapomniany. Wymiar pokory. Od pradawnych czasów chodzenie na bose nogi - w Indiach, u Żydów, pogan, chrześcijan i gdzie indziej - uważane było za przejaw i znak pokory i skruchy. Tak na przykład do reguły zakonów ten obyczaj wprowadził święty Franciszek z Asyżu, który ze swoimi współbraćmi w 1209 roku odłożył obuwie i chodził boso. Za przykładem Franciszkanów - braci mniejszych /Minorytów/ szły kolejne reguły zakonne, w Polsce są na przykład znani Karmelici Bosi. Zakonnicy i zakonnice, którzy chodzili boso lub w sandałach drewnianych, skórzanych czy z łyka, nazywano „bosakami”. Chłodny klimat północnych krajów 1 różne reformy wewnętrzne zmusiły później zakony, aby chodzenie na boso zupełnie porzuciły lub ograniczyły i złagodziły na przykład noszeniem wymienionych sandałów; ci zakonnicy zwani byli jako „nie obuci”. Niedawno zobaczyłem film o Irlandczykach, Walijczykach i Bretończykach - ostatnich celtyckich narodach Europy - jak rok w rok pielgrzymują do swoich miejsc pamięci. Większość pielgrzymów szła boso, po długich kamienistych drogach, z nogami poranionymi do krwi. Przyszło mi na myśl, czy nie byłoby przy odbywaniu naszych leśnych spotkań lepiej zamiast przesadnego nawlekania pstrych strojów i wszelkiego zdobienia przystąpić do uroczystego przebiegu obrad boso, lecz z podniosłym uczuciem w sercu? Powiedziałem już, że buty spełniają swoją niezastąpioną rolę w naszym życiu. Ale są chwile i miejsca - na chacie czy chałupie, przy obozowaniu i na biwakach, za ciwepłej i mniej ciepłej aury /to według naszego zahartowania/, na wycieczkach, spacerach i wszędzie, gdzie dążymy być bliżej przyrodzie i sobie nawzajem - kiedy chodzenie boso może być dla nas dobrodziejstwem. Więc: dlaczego nie zrezygnować? Można usłyszeć pozornie podstępne, lecz niestety szczerze mniemane pyta- nia, jak: „Pokora - dlaczego i przed czym?” lub „Dlaczego miałbym chodzić boso, kiedy mogę chodzić w butach?” itp. 70 73) Pochwała bosych nóg Wszakże o tym już rozważałem: dlaczego mielibyśmy chodzić pieszo, gdy możemy jeździć samochodem? Frantisek Kożiżek - Biminiji opracował Wayseeker 71 74) Leśny Almanach SPOTKANIE ŚWIATÓW Pisał się rok 1849. Miejscem wydarzenia był Szlak Kalifornijski tam, gdzie przechodził przez rozległą pustynię krzewin i potasu. Szeregom jeźdźców, którzy spieszyli się za fortuną ze Wschodu ku nowo odkrytym kalifornijskim kopalniom złota, nie wydawał się żaden z odcinków ich trasy tak niebez- pieczny, jak właśnie ten niegościnny kawał drogi. Nie tylko, że było tu bardzo mało miejsc, gdzie można było naczerpać potrzebnej wody - ta pusta kraina jeszcze ku temu pełna była „podstępnych dzikusów” - pieszych band Północ- nych Pajutów, Bannocków i Zachodnich Szoszonów. Biali porównywali ich - kosztem ich renomy - z odważnymi, konnymi, łowiącymi bizony szczepami Bloni i nazywali ich pogardliwie „diggers” czyli kopaczami, ponieważ wykopywali przy pomocy kijów korzenie, które były głównym źródłem ich pożywienia i które im przez dziesiątki tysięcy lat umożliwiały przeżywać w szorstkim środowisku Wielkiego Basenu. W zapiskach podróżujących, w gazetach i listach - które pozostały przez całe generacje głównym źródłem informacji białych ludzi, ci Indianie zostali opisani jako „żałośni degeneraci” 1 „godni pogardzenia”, „ci najbardziej podli Indianie, jacy istnieją”, którzy w ciągu dnia ukrywają się i dopiero po zapadnięciu zmroku opuszczają swoje kryjówki wśród stepowej wegetacji, aby wczołgać się do obozu wychodźców, ulokowanych wzdłuż pustynnej drogi, i tam kraść bydło i żywność. Bojaźliwi i podróżą zmęczeni biali zmuszeni byli nocami stawiać warty, być czułymi na każdy szmer i każdy dźwięk, który przychodził z pustyni. Kiedy usłyszeli cokolwiek podejrzanego, strzelali w tym kierunku i nie rzadko przy wschodzie słońca znajdowali w niedużej odległości martwego Indianina. Niekiedy wszak był to trup dziecięcy, kobiecy lub jakiegoś zgrzybiałego starca - wystarczający powód dla podróżujących, że ci „kopacze”, obojętnie jakiego wieku, nie byli niczym innym niż około skradającymi się złodziejami. To, co się tutaj odgrywało, miało dla Indian wcale odmienny sens. Nadaremnie szuka się tego w książkach o tematyce historycznej. Dopiero w czasie późniejszym ci, którzy przeżyli - między nimi bardzo wymowna Sarah 72 75) Spotkanie światów Winnemucca z Indian Pajutów, która miała w 1849 roku pięć lat i żyła ze swoją rodziną na Oregońskim Szlaku - wyjawili swoje gorzkie i straszliwe wspom- nienia: oni przedstawili nocne strzały w innym świetle. Tymi „wokoło skradającymi się złodziejami” i mordercami były w rzeczy- wistości głodujące i przestraszone rodziny indiańskie, próbujące przekroczyć bez szkody Szlak, który biali ludzie bezwiednie założyli w poprzek stuletniej indiańskiej życiowej przestrzeni. Tam szukali pożywienia i tam odprawiali swoje ceremonie. Szlak białych ludzi ograniczył możliwość poruszania się Indian, którzy przeżywali lęk przed prądem ku strzelaniu ochotnych białych podróżnych. Byli przez nich strzelani jak króliki polne. Przy próbie dotrzeć obok białych z jednej strony ich terytorium na drugą, gdzie mieli swoich krewnych lub gdzie znajdowało się nagle potrzebne źródło pożywienia, zatroskani indiańscy rodzice ze swoimi dziećmi ukryli się w ciągu dnia w pustynnych krzewach. Nocą przeczołgali się młodsi z nich szybko przez Szlak koło obozu białych. Na drugiej stronie Szlaku zmuszeni byli znów ukryć się i czekać, aż starsi, jeden po drugim, przyjdą. Biali ludzie puszczali swoje bydło na wybieg i wypas i niektórzy odważni młodsi Indianie nie widzieli nic złego w tym, że odegrali się na tej czy innej krowie, które niszczyły roślinność, będącą źródłem ich pożywienia, i które zanieczyszczały wodne zdroje Indian - w mniemaniu tych młodych chodziło tylko o sprawiedliwe wyrównanie. I w ten sposób byli „najbardziej podli Indianie, jacy istnieją”, tylko ludźmi, dążącymi utrzymać się przy życiu, cóż nie zawsze im się udawało, bowiem nie poruszali się nocą zupełnie po cichu. 73 76) Leśny Almanach W historii narodów indiańskich nie jest Szlak Kalifornijski zjawiskiem osamotnionym. Od 1492 roku, kiedy na zachodniej półkuli ziemskiej pojawili się pierwsi Europejczycy, zaznaczyły te historię niezliczone podobnie haniebne zajścia, przy których nieuzasadnione lęki, uprzedzenia i nieporozumienia w stosunkach do Indian, prowadziły do tragicznych wydarzeń. I tak to pozosta- ło po dziś dzień. We wszystkich tych czasach pojawiali się jednak na obu stronach ludzie i grupy, mające szlachetne cele i najlepsze zamiary, które mogły przynosić zaufanie i wytworzyć zgodę. Niestety nie były one nigdy liczne, mocne lub dosyć realistyczne, aby mogły mieć wpływ na cokolwiek. Dla Indian był ów „nowy świat” naturalnie światem bardzo starym. Miliony ludzi żyły w nim 1 niezliczone, bardzo rozwinięte i kwitnące kultury i cywilizacje wypełniały czas tego starego Świata. W dużej mierze decydującym problemem był i jest eurocentryzm przy- byszów, głęboko zakorzenione przekonanie, że mają przewagę nad Indianami, co dotyczy ich kultury, wiary, sposobu bycia, ich pojęcia wartości, zdolności I nabytku. To wszystko sprzedawali potem swoim amerykańskim potomkom: przeto uważali Indian za ludzi podlejszych, a ich kultura wydawała im się jako nic nie znacząca, barbarzyńska i zagrażająca cywilizowanej ludzkości. Bardziej decydującym jest, że przez długie wieki nienaruszalna wiara w włas- ną przewagę usprawiedliwiała w oczach białych zaborców zniewolenie Indian, odebranie im ich ziemi i ich zasobów materialnych, a w końcu zniszczenie ich porządku społecznego. W rzeczywistości wszak zderzyły się w 1492 roku dwa światy, bogate, kompleksowe społeczności i postępowe kultury na obu stronach, kazda z nich ze swoimi niezmiennymi dziedzictwami i własnymi światopoglądami. Europejczycy przejęli dziedzictwo starych kultur Bliskiego Wschodu i cywilizacji Egipcjan, Greków i Rzymian i w etycznym i religijnym względzie dziedzictwo judaizmu i chrześcijaństwa. Swoje struktury gospodar- cze obejmowali dzięki strukturom feudalnym i ekspansywnego kapitalizmu. Dla Indian było to wszystko równie obce jak na drugiej stronie dla białych były obce prastare, chlubne indiańskie tradycje. Część indiańskiego dziedzictwa rozwinęła się już przed tysiącami lat na Syberii; resztka była wynikiem godnych uwagi przedkolumbowskich kultur, których rozmaite społeczne i myślowe systemy zostały wytworzone tysiącami generacji w zupełnie odróżniających się środowiskach życiowych. Z punktu widzenia Indian doszło do spotkania z białymi na bazie równorzędności. 74 77) Spotkanie światów Zaborcy z Europy umyślnie tego nie spostrzegli. Przyszli uzbrojeni po zęby w broń palną i stałowe miecze, z bitewnymi rumakami i bojowymi psami, przywlekli zakaźne choroby, które nieoczekiwanie, lecz w sposób pomocny, zagarnęły całe indiańskie narody. Niewątpliwe i jawne rasistowskie zachowanie Hiszpan wobec Indian Karaibów i południowych obszarów Północnej Ameryki przejęły w ten sam sposób inne europejskie mocarstwa. Chyba nikt na stronie białych ani okiem nie mrugnął, kiedy obserwował pustoszące konsekwencje europejskiego przenikania. W ciągu pierwszych stuleci kontaktów działały pandemiczne choroby jak ospa i odra, wobec których Indianie nie posiadali obronności. Po stronie Europejczyków przyczyniały się do tego chciwość zysku, religijna nad- gorliwość i nietolerancja i użycie przeważających środków militarnych, co miało dla tubylczej ludności katastrofalne następstwa. Całe grupy ludności zostały zmasakrowane, indiańskie miasta i osiedla zburzone i wydane na żywiołową pastwę. Święte budynki zostały zbezczeszczone i wyplądrowane, polityczni i duchowni wodzowie wymordowani, konfederacje i naczelne struk- tury przemocą rozpędzone. Zdezorientowane i pozbawione kierownictwa grupy zniewolone, zmuszone do ucieczki lub doprowadzone do przyłączenia się do innych grup. Często byli ci ludzie po upadku ich świata zmuszeni powrócić do prymitywnego sposobu bycia, jak polowanie i zbieranie dzikich plonów. Według demograficznych ocen, w samym szesnastym stuleciu w działaniach wojennych i operacjach okupacyjnych, z powodu chorób, zniewolenia i przez brutalność Europejczyków uśmiercono i zmarło ponad 50 milionów Indian, co było największym holocaustem w dziejach ludzkości. Świat przedkolumbowskich Indian zniknął, a eurocentryzm trwał i nie ustał w zupełnym wyeliminowaniu historii, kultury i zdobyczy świata Indian. Hisz- panie spalili i zniszczyli na Jukatanie w ramach swych chrystianizacyjnych posunięć wszystkie świątynie Majów. Jeszcze niedawno nie potrafiła potomność wobec ogólnego spalenia przeczytać glify pisma Majów, które nam oznajmiają prawdziwą historię i znaczenie tej szeroko promieniującej przedkolumbowskiej cywilizacji.

  • * *

Kiedy się purytanie z zatoki Massachussets w Nowej Anglii zgodzili na tym, że na mocnych Indian Pequotów należy spojrzeć jak na „dzieci Szatana”, próbowali nawet ostatni ślad ich egzystencji wytępić ogniem i mieczem. W 1637 roku napadli Pequoty w „Świętej wojnie” i zmasakrowali ich setki. 75 78) Leśny Almanach Ci nieliczni, którzy przeżyli, zostali rozdzieleni do innych szczepów w marnej nadziei, że w ten sposób samo nazwisko Pequot zniknie. Tylko nieco mało Europejczyków na obu amerykańskich kontynentach uznało za warte fatygi, zostawić dla potomnych generacji doniesienie o „osobliwych” społeczeństwach Indian, które zniszczyli. Kiedy państwa kolonialne zostały zastąpione przez nowe państwa, jak USA, tylko mało zmieniło się w przekonaniu białych, że Indianie są społeczeństwem ludzkim o mniejszej wartości i że ich zadaniem jest albo odłożyć swój indiańs- ki sposób bycia i przystosować się do białych, albo zginąć. Tam, gdzie zostało zapowiedziane uzgodnienie i zrozumienie, pokazywało się w ciągu całego XIX wieku stale większe rozdarcie. Z. powodu ciągle zmieniających się granic dochodziło do rabunku ziemi Indian przez białych i było próbowane, Indian przez „przesiedlenie” lub przymusowe przystosowanie się przyzwyczaić trybu życia białych, lub ich mordowaniem doprowadzić do zagłady. Andrew Jackson przyrównał Indian do wilków i generał Philip Sheridan żartował, że jedynym dobrym Indianinem jest martwy Indianin - pogląd, który podzielała większość Amerykanów. Na wschodzie Stanów Zjednoczonych, gdzie Indianie nie byli już tak liczni, aby mogli zagrozić nowej nieindiańskiej społeczności, dojrzała niezdolność zdobywców do zrozumienia Indian, do zupełnie groteskowych skutków. Tam rozpoczęto z nostalgicznym i romantycznym wystawieniem Indian w „szla- chetne dzikusy”. Również ci, często zupełnie życzliwi marzyciele, nie znali z największej części niczego o Indianach i byli przekonani, że pierwotni obywatele w końcu jednak byli „dzicy i prymitywni” i dlatego - niestety - musieli ustąpić. Chociaż rasizm po porażce ostatniego indiańskiego oporu ke końcu zeszłego stulecia stracił na swojej gwałtowności, nie był jeszcze wcale martwy. I tak została również pierwsza połowa XX wieku opieczętowana próbą likwidacji indiańskiej tożsamości - wyraz anglosaskiego poczucia nadrzędności, która ledwie coś indiańskiego posądzała jako zdolnego do zachowania. W tych straszliwych czasach obniżyła się liczba Indian w USA na 250 tysię- cy głów, najniższy w ogóle stan. Również standard moralny tych ludzi osiągnął dna. Teraz stali się oni „umierającymi Amerykanami”, którzy trochę mniej niż jeńcy, żyli i umierali w rezerwatach i nie byli przez większość nieindiańskich mieszkańców w ogóle dostrzegani. Często cytowane amerykańskie ideały religijnej wolności, samorządności i samoorganizowania się były dla nich 76 79) Spotkanie światów ważne, a stosunki z białymi pozostawały na minimalnym poziomie. Nie tylko -__ dlatego, że owe kontakty były ze strony białych ograniczane; bowiem jeśli biali w ogóle myśleli o Indianach, czynili tak pod wpływem stereotypowych wyobrażeń według zasługujących na potępienie wzorów, jak „indiański pijaczyna”, „leniwy Indianin”, „Indianie, którzy w przeciwieństwie do nas nie płacą żadnych podatków”. Mimo szybko przebiegającej asymilacji i gro- madzenia Indian i mimo gwałtownych i podstawowych zmian, które nastały w stosunkach między Indianami i białymi Amerykaninami w połowie naszego stulecia, stale jeszcze są między większością nieindiańskich mieszkańców rozszerzone jak przedtem antyindiańskie wrogości, uprzedzenia, pobłażliwe zachowania i dyskryminacja - skutek eurocentryzmu. Owe przekonania, które codziennie w różnoraki sposób ujawniają się, pod- minowują walkę Indian o równość szans i uznanie. Zdolnemu, doświadczone- mu i ogólnie poważanemu indiańskiemu mecenasowi, który ubiegał się sto lat po bitwie na Wounded Knee o miejsce w urzędzie ministerstwa sprawiedliwoś- ci w stanie Idaho, wyjaśnili biali przyjaciele: - Uważamy cię za najbardziej przydatnego kandydata, i ty byś swój urząd piastował wprawdzie wyśmienicie, ale nie możemy się po prostu zdecydować na to, aby interpretacje prawa powierzyć Indianinowi. - Dzięki uczciwości decyzji, chociaż nie za tą tkwiącą duchowną podstawą, potrzymał Indianin swoją kandydaturę - 1 wygrał. W pewnym znaczącym mieście, kuratorzy słynnego przyrodoznawczego muzeum dumnego ze swoich indiańskich eksponatów, przestraszyli się na myśl o tym, że by do kuratorium przybrać Indian, ponieważ „Indianie są jak dzieci, które nie wiedzą, jak kierować muzeum”. Kuratorium pozostało białe. Nic dzi- wnego, że dziś trzeba uczciwie powiedzieć, że dla większości nieindiańskich Amerykanów są Indianie „znajomymi obcymi” - pierwsi Amerykanie, w rzeczywistości, lecz przez wszystkie części amerykańskiego obywatelstwa, acz jest to ironią, najmniej znani. Eurocentryzm nie minął się swoimi skutkami: za legendami i mimo mitów tylko niektórzy nie-Indianie znają rzeczywistość.

  • *k *

Równocześnie wielu ludziom było od dawna jasne, że stereotypowe myślenie białych nie tylko przysparza Indianom duże szkody, ale również przy trwającym nieporozumieniu białych Amerykanów, kiedy Indianie próbują bronić się przeciw niesprawiedliwościom, aby zająć im należące miejsce w społeczności. Biali ze swojej strony, odmawiając indiańskiej historii i kul- turze jakąkolwiek wartość, negują tysiąclecia indiańskiej wiedzy i indiańskich 77 80) Leśny Almanach doświadczeń oraz ogromne bogactwo duchowne i wieloraką twórczość indiańskiego życia. Poczynając od ogromnego skarbu indiańskich mitów i historii, z których czerpią dzisiejsi indiańscy malarze, pisarze, muzycy, dramaturdzy, tancerze, artyści- jubilerzy, filmowcy, rzeźbiarze i inni twórcy artystyczni, aż po prakty- czne użycie stuletnich znajomości o rybołówstwie, lasach a nawet pustyniach, jest indiańskie uniwersum napełnione wiedzą dla nowoczesnego świata. Ignorować owe niezmierne Źródło jest prawym marnowaniem. Nikt nie może twierdzić, że zna się na historii, jeśli również nie użyczył indiańskiej historii z pełnym poważaniem, bez wykrzywień i przeinaczeń. Zadaniem ówczesnych fachowców i uznanych uczonych jest dziś podchwy- cenie całej historii narodów Północnej Ameryki, obejmującej 20 tysięcy lat napiętych dziejów, tych najwcześniej znanych przodków zachodniej półkuli, aż po nasze czasy, i to w sposób dokładny i zrozumiały oraz - co jest najważniejsze - ujętych z indiańskiej perspektywy. Jest to cel jasny: ich praca ma pomóc, aby pokonać na nieporozumieniach i fałszywych wyobrażeniach polegające białe miejsca w porozumieniu, które tak mocno obciążyły stosunki między Indianami i białymi. Będzie to chyba możliwe przy użyciu najnowocześniejszych metod i szeroko pojętej współpracy interdyscyplinarnej. Archeolodzy, antropolodzy, genetycy, fizycy, etnologowie, geologowie, mikrobiołogowie, botanicy, zoolodzy, ling- wiści i inni naukowcy z wielu rozlicznych gałęzi fachowych mogą w ramach swoich odkryć i interpretacji historycznych wykonać ogrom pracy. Przy tym odgrywaliby Indianie wybitną rolę, gdyż staraliby się mocniej jak przedtem, przybliżyć pozostałemu światu swoje kulturowe dziedzictwo i opowiedzieć swoje dzieje. W partnerskiej współpracy z nieindiańskimi naukowcami mogą indiańscy autorzy, artyści, naukowcy, nauczyciele, stróże tradycji i naczelnicy rodów i szczepów wyjaśniać swoje indiańskie poglądy na przeszłość. Wiele, co dotąd po stronie białych było niezrozumiane, może być w ten sposób udostęp- nione. Przy tym mogą oni przedstawić indiańską historię w detalach i w całości o więcej obiektywnie i prawdziwiej niż ich biali koledzy - naukowcy. Przed nami stoją jeszcze nie odkryte dane i nowe perspektywy, które będą równocześnie interesujące i nowe dla samych naukowców. W ten sposób dotrą oni do pobudek, które nie były opublikowane w ogólnej literaturze, bowiem dotąd istniały tylko w formie dyskusyjnej i badania odpowiedniej materii nie zostały jeszcze zamknięte. 78 81) Spotkanie światów Ciekawym przykładem, który potwierdza słuszność wzmiankowanej badaw- czej drogi, jest dramatyczne odkrycie wynalezionej uprawy roli /bez uprawy kukurydzy/ przez przedkolumbowskich Indian północnowschodnich terenów leśnych. Jako drugi taki przykład można wymienić nowe informacje naukowe o społeczeństwach budowniczych nasypów Hopewell i Missisipi, czy kultura Chaco na południowym Zachodzie. Kończąc tę uwagę, przytaczam słowa Indianina Kote Kotaha z narodu Czumasz: „Nie ma żadnego „lepsze” lub ,gorsze”, są tylko różnice. Muszą być respektowane, obojętnie czy chodzi o kolor skóry, sposób bycia lub o idee”. Alvin M. Josephy, Jr.: „The Native Americans” 79 82) Leśny Almanach PEMIKAN Indianie konserwowali wszystkie swoje potrawy poprzez suszenie. Ususzone mięso jest bardzo trwałe, lekkie i ładowne. Jeśli jest przechowywane w suchym miejscu, wytrzymuje najmniej dwa lata, przy czym jego wartość odżywcza jest bardzo wysoka. Po udanych łowach kobiety indiańskie większość mięsa suszyły i układały, do późniejszego użycia do parfleszów - skórzanych skrzyń, pudeł i toreb. Prócz tego, że ów sposób konserwowania jest dla nas niezwykły, możemy mięso przechowywać jako smaczną rezerwę żywnościową. Pół kilograma mięsa wołowego bez kości rozkroimy w połowie po włóknach I cięcie zakończymy pół centymetra od brzegu mięśni. Dalej rozrzynamy po włóknach każdą połowę mięsa /widz rysunek/. W ten sposób powstanie długi, pół centymetra gruby pas mięsa, który rozkroimy po włóknach na paski. Prążki mięsa rozwiesimy i suszymy na silnym słońcu przez kilka dni. Na noc mięso zdejmiemy, zawiniemy do płótna, aby nie zawilgło. Przy niesprzyjającej aurze możemy mięso suszyć przy ogniu, lecz nie opiekamy go. Podobnie możemy mięso suszyć w piekarniku tak samo jak suszy się owoce. Usunięte z kości i dobrze oczyszczone ryby suszymy w jednakowy sposób. Przy suszeniu konsekwentnie dbamy o to, aby uniemożliwić nie pożądanym owadom dostęp do mięsa. Ususzone mięso musi być dokładnie pozbawione wilgoci, aby nie doszło do niebezpiecznego dla naszego zdrowia zepsucia 80 83) Pemikan mięsa po jego zmagazynowaniu. Ususzone mięso możemy konsumować bez przyrządzania lub możemy je gotować. Pemikan jest starym indiańskim pokarmem, który wojownicy brali na wojenne wyprawy. Służył również pokrzepieniu się w trakcie długich marszów, gdy niemożliwy był postój i ugotowanie zwykłego pokarmu. Pemikan ma wysoką wartość energetyczną. Oferujemy tutaj trzy sposoby, przygotowania tego tradycyjnego indiańskiego pokarmu na obozach. Pierwszy przepis polega na użyciu około 1 kilograma ususzonego wołowego mięsa, do którego wmieszaliśmy szklankę rodzynek. Mięso z rodzynkami rozdrabniamy, ułożymy na patelni i zalewamy roztopionym smalcem lub łojem w takiej ilości, aby rodzynki połączyły się z mięsem. Masę mieszamy, pozostawiamy, aby wystygła i w takim stanie magazynujemy. Przy drugim sposobie przygotowania ususzone mięso podsmażamy 1 zosta- wiamy, aby wystygło. Potem je rozdrabniamy i mieszamy z ususzonymi jagoda- mi / owocem jarzębiny, czarnej jagody lub czereśni/. Całość dokładnie mieszamy z roztopionym tłuszczem i z powstałej masy formujemy małe bochenki o kształcie kurzego jajka. Magazynujemy w chłodnym miejscu. Według trzeciego przepisu skład pemikanu tworzą ususzone wędzone ryby, pozbawione kości, głów i ogonów. Ryby rozdrabniamy i kładziemy do rozpuszczonego tłuszczu. Dokładamy ususzonych jagód i cukru i dokładnie mieszamy. Pemikan nalewamy do przygotowanych naczyniek i zamrażamy. Pemikanem posługiwali się w czasie kolonizacji Ameryki również biali, na przykład traperzy, pogranicznicy czy wojskowi zwiadowcy. W amerykańskich sklepach z żywnością możemy często spotykać się z paczuszkami z napisem „Dry meat”, zawierającymi jako smakołyk suszone konserwowane mięso. Podobne do pemikanu są południowoamerykańskie potrawy tassajo i charque, jak również południowoafrykański bitong. Old Kap: „Leśnym śladem” 81 84) Leśny Almanach GŁÓD POD GWIAŹDZISTYM SKŁONEM Stewardesa lotniczej spółki Egypt Air na trasie Frankfurt nad Menem - Kairo jest zupełnie zdziwiona: - Nie będzie pani jeść kurczaka? Ani wołowiny? W ogóle niczego? - Pasażerowie rzędu 17 patrzą na tę scenkę zdecydowanie: jedzenie? Tego więc naprawdę nie! Sześciu obywateli Niemiec siedzi cicho obok siebie, wściekłość w twarzy. Jest to początek ich urlopu, a wszyscy wiedzą: ten będzie twardy. Od następnego dnia pożegnają błogosławieństwa cywilizacji i dobrobytu. Oddają się cali pustynnej nędzy półwyspu Synaj i postowi. Całych siedem dni nie będą spożywać niczego pożywnego i połowa ich grupy woli przetrwać w poście nawet dwa tygodnie. To nie koniec wyzwania, planują jeszcze codzienne wędrowanie przez sześć godzin po pustynnych górach. Będą biwakowali w górskich warunkach, przy ognisku w „hotelu tysiąca gwiazd”, pod gołym niebem. Kto wytrzyma, powró- ci do domu zahartowany, oczyszczony i lżejszy o kilka kilogramów. To jest znane z literatury i z życia religijnego, czterdzieści dni pościł na pustyni Synaj nerwowy Mojżesz, pilot wybranego ludu na jego drodze do ziemi obiecanej. Potem pokazał się Bóg i oddał mu tablice z dziesięcioma przykazaniami: od tej chwili panował znów obyczaj i porządek w mruczącym tłumie. Jezus pościł czterdzieści dni i nocy na pustyni, aby potem przeciwstawić się kusicielowi : „Jeśli jesteś synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby stał się chlebem”, tak wezwał szatan głodującego. Jezus odpowiedział przypowieś- cią, która ważna jest po dziś dzień: „Napisane jest: nie samym chlebem żyje człowiek”. Upojność „próżni i trzeźwości”, jak jest opisywany w sanskrycie post, przeżywa dziś swoje odrodzenie: tysiące Niemców rezygnują na jeden czy więcej tygodni z jedzenia, i to nie tylko z powodów swej wiary. Głodują w domu na kanapie, kupując sobie „uzdrawiający post na Majorce” lub schodzą do organizowania przymusowych marszów w ojczystych górach. Ciało otrzymuje, tak twierdzą tak zwani postni lekarze, rodzaj wypoczynku: przez całe lata nagromadzone „szlaki” zostaną „wypławione”, umysł zjaśniony, przebieg równy jest „operacji bez noża”. Dochodzi do „odrodzenia 82 85) Głód pod gwiaździstym skłonem poszczącego”, człowiek czuje się znów młody, wyprostowany i zdolny do pokonywania życiowych trudności. Również uczestnicy małej niemieckiej postnej grupy spodziewają się odświeżenia ciała i ducha po powrocie z pustyni. Pani Gudrun ze Szwabii /61 lat/ oczekuje nie tylko banalnego odtłuszczenia, ale też przeżycia „czegoś dzikiego”. Prawnik z Hamburga, badawczy dziwak Peter /55/, dysponuje post- nymi doświadczeniami w jednym z hiszpańskich klasztorów i planuje, również tym razem „skoncentrować się na podstawowych kwestiach egzystencjalnych” - „wcześniejsza emerytura: tak czy nie”. Norymberska pielęgniarka z przedszkola, Doris, 42 lat, szuka w wiecznej ciszy Synaju „odstępu od prowadzenia gospodarstwa domowego, od psa i rodziny”, a Alexandra, 26 lat, pracownica w produkcji automatów w Hamburgu, żywi nadzieje odpowiedzi na pytanie: „Czym jestem tutaj doprawdy”. Prawie wszyscy są prawdziwymi mistrzami w poszczeniu. Jako członkowie tajemniczej naukowej społeczności porozumiewają się krótkimi fachowymi zdaniami, w jakim stadium postnego kunsztu nachodzą się na tej wspólnej wycieczce. Który z nich nie jest jeszcze „odciążony” długodobowym kon- sumowaniem ryżu, owoców i jarzyn z kwaśno-gorzkimi solami z apteki, który z nich jeszcze „nie odprowadził”, tego teraz oczekuje najbardziej twarda próba. Trzydzieści gramów soli glauberowskiej, rozpuszczonej w półlitrze wody, pije się w małych łykach, co prowadzi do dławienia. Gorzka sól, używana w poleconych dawkach, powoduje natomiast tylko lekkie nudności. Doświadczeni ludzie, jak dowiaduje się laik, dają pierwszeństwo „lekkiemu przebiegowi”. Ostry roztwór solny wypłukuje kiszki jak nic innego. „Być pustym” jest warunkiem dla udanego poszczenia, ogłasza kierowniczka grupy Christine Herz, 43 letnia pracownica w branży medycyny naturalnej i bioterapeutka z Hamburga. Tylko w ten sposób można zapobiegać gryzącemu głodowi. Z bulgotającymi brzuchami asceci jadą taksówką w nocy z lotniska Szarm-el-Szeich pustynią do beduińskiego hotelu „Shark's Bay”. Wioska z chatami krytymi palmowym listowiem na południowym cyplu pustynnego trójkąta, skromne zakwaterowanie prosto u brzegu morskiego daje przedsmak życiowego stylu, który oczekuje przybyłą grupę. Śniadanie składa się z ziołowej herbaty, w południe jest ćwierć litra soku owocowego, wieczorem spożywa się kolację w postaci „postnej zupy”. 83 86) Leśny Almanach O jedzeniu w ogóle nie wypada rozmawiać. Na pytanie, jak gotują się najlep- sze gołąbki, „namiętna kucharka” Szwabka Gudrun daje nam do zrozumienia, że na ten temat wolałaby po prostu nie mówić. Po dwóch godzinach jazdy samochodem, mijając białe mielizny i faliste górskie skały dotarli do St. Katherina, wioski z 800 mieszkańcami w pobliżu Gór Mojżeszowych, gdzie już od wczorajszego dnia oczekiwał ich beduiński przewodnik, 43 letni Awad. Awad nosi granatowy kaftan, pod nim długie kalesony z grubej surowej wełny i na nogach rozlazłe sportowe buty z chole- wami. Przeszło 20 lat prowadzi zmęczonych cywilizacją turystów przez doliny i wąwozy gór Synaju. Prócz izraelskich turystów, przyciąga cisza gór zwłaszcza turystów niemiec- kich. W ostatnich pięciu latach gwałtownie powiększyła się liczba milczących i poszczących podróżników. Kiedyś w rejonie szejka Mussy Awada Hassana, 42 letniego menadżera turystyki tutaj panującego szczepu Dżabalija, umie- szczono 150 wielbłądów. Dzisiaj jest ich już 400. Uderzający jest fakt ogromnej ilości mężczyzn, szukających tutaj „swoich korzeni”, aby potem mogli powrócić bez skrupułów do swojego otoczenia - wyjaśnia szejk Mussa. - Oni wszyscy mają te same problemy, nie rozumieją się nawzajem ze swoimi żonami. Podobne nieszczęścia są w kraju beduinów zupełnie nieznane. Małżonki - jest ich aż czterech na jednego moslemina — stoją na uboczu, nie uczestnicząc w podobnych zabawach. Od czasów średniowiecza mało się tutaj zmieniło. Chleb - główne pożywie- nie, piecze się codziennie z papki zrobionej z mąki i wody na żarze ogniska obozowego. Beduińscy smakosze kłócą się, gdzie rozszerza się smak chleba bardziej intensywnie: czy w żarzących odchodach osłów, czy w łajnie wielbłądów. Poszczącym turystom jest ta kwestia obojętna: spopielone chle- bowe płaty, których oni naturalnie nie śmieją jeść, wydają się nagle być smakowitymi i godnymi pożądania, jak nic innego. Za ostatnimi lepiankami wsi kończy się cywilizacja. Powolnie stąpa Awad do stromego szutrowego stoku. Mała karawana za nim, na końcu kuchenny wielbłąd Abdul, z olbrzymią butlą gazową, balansują między jego garbami. Niemcy z północy swojego kraju, jak Jever z Hamburga, najradziej widzieli- by się w ojczystych równinach. Oni najmniej są skłonni do zawrotów głowy i popatrzeń. Podróż od pierwszego grzbietu górskiego do doliny jest dla nich 84 87) Głód pod gwiaździstym skłonem kompletnym horrorem. Nawet dobrze wytrenowana Gudrun z górskiego południa Niemiec jest zirytowana: „Tutaj jest ostrzejszy reżim podróżowania niż w Alpenvereinu - w Wspólnoalpejskim związku”. W trzy godziny później grupa dociera wśród kamienistej krainy do pustyn- nego ogrodu: w soczystej zieleni między różowymi krzewami i rozsadą gruszy stoją wyrośnięte figowce, orzechy i brzoskwinie, które przynoszą bogaty owoc. Takie małe rajskie miejsca ciągną się wzdłuż Góry Synaj. Wszystkie są uprawiane przez beduinów, którzy utrzymują szeroko rozgałęziony system nawadniający. Tylko oni znają źródła wodne 1 oazy. Podróżujący padają ze zmęczenia na swoje karimatki. Zostaje rozbity nocny biwak. Poszczący oczekują z niecierpliwością na kolację — samo obieranie ziemniaków i cukini stanowi uspokajające działanie, bowiem podany zostanie tylko wywar z tych jarzyn. Podróżnicy „żują” łykami, i to zupełnie świadomie, jak poleca kierująca postem Christine, Nawet później wzniecone obozowe ognisko nie zadziała na podniesienie humorów - poszczenie widocznie osamot- nia człowieka. Wszyscy idą wcześnie spać. Księżyc świeci tak jasno na wysokim, bezchmur- nym firmamencie, iż jego światło odbija się na gładkiej powierzchni skał i same gwiazdy bledną w świetle. Powietrze pachnie po habaku czyli bazylii i saatorze czyli tymianie. Tyle piękna, ciszy, samotności - poszczący wzdycha teraz głęboko i spokojnie zasypia. Pewnie chodzi tu o stale w literaturze powtarzaną postną euforię, która o dwa dni później wynosi lekkim krokiem na 2285 metrów wysoki masyw Mojżeszów. Ostatni etap, z tak zwanego Eliaszowego obszaru wyżynnego o budowie płytowej, oddzielonego od otaczającego terenu 2000 granitowymi schodami aż po wierzchołek, zostanie pokonany w szybkim tempie. Teraz jest wszystko jasne: dla czegoś wprawdzie wielkiego, świętego, nie mogło by być nie umiejscowione w magicznym miejscu, jakim jest właśnie ono, przede wszystkim kiedy słońce zachodzi i wieczna pustynia tonie w różowo- niebieskim świetle. Lecz akurat teraz wybucha pomiędzy poszczącymi różnica poglądów na temat stylu całej wycieczki. Peter, obeznany w postnych zmaganiach, mniema, iż jest to ostatnia wspólna wycieczka. W ciągu jednej takiej postnej tury wisiał na stromych ścianach Dolomitów i na obecnej wycieczce chciał przede wszy- stkim „milczeć i medytować”. Zatem obecne panie gawędzą na tym szalonym Mojżeszowym masywie, jakby były na wieży widokowej w hannowerskim 85 88) Leśny Almanach Buxtehude na południe od Hamburga. W ten sposób wyjaśnił się tylko ten wyćwiczony asceta, a tacy są wszyscy ludzie tutaj w Synaju - z wyjątkiem turystów. Bez względu na religijną przynależność, wszyscy tubylcy praktykują od stuleci swoje ascetyczne rytuały, aby oczyścić ciało i duszę. Muzułmanie w miesiącu ramadan rezygnują z jedzenia i picia począwszy od wschodu słońca do jego zachodu. - Wolimy cierpieć jak nędzni, abyśmy nie zgubili swojego współczucia i humanitaryzmu, mówi szejk Mussa, który w poszczeniu widzi raczej funkcję socjalną. Ortodoksyjni chrześcijanie w klasztorze świętej Katarzyny, stojącym na miejscu, gdzie miał Bóg wyjawić się Mojżeszowi w postaci krzaku gorejącego, mają nadzieję, że przez ascezę przybliżą się bardziej do Boga. Nie jedzą więc ani mięsa ani tłuszczów czy jaj, tylko trochę jarzyn i chleba. Klasztorne społeczeństwo pości dwa razy w tygodniu, w środy i piątki, na pamiątkę uwięzienia Chrystusa i dnia jego ukrzyżowania. Prócz tego cztery tygodnie przed świętami Bożego Narodzenia czyli w okresie adwentu, dwa tygodnie w sierpniu, dwa tygodnie przed i po Wielkiej Nocy i dwa tygodnie w czerwcu na cześć apostołów świętych Piotra i Pawła. A więc stale. Spożywanie pokarmu nie jest dla nich „big thing”, jak mówi ojciec Peter Justin z amerykańskiego Bostonu. A że wewnętrzna pustka napełnia go całkowicie, widzimy z blasku jego oczu i młodzieńczej cery w wieku 48 lat, co jest skutkiem umiarkowanego jedzenia. Czy zatem dieta przybyłych niemieckich turystów jest naprawdę zdrowa, o to uczeni do dziś prowadzą spory.- Szlaki? To jest straszliwy nonsens - sądzi profesor medycyny Karl - Martin Pirke z uniwersytetu w Trewirze, który przez długie lata bada przyczyny zakłóceń przyjmowania pokarmu. Kiszka nie jest „rurą do pieca”, która miałaby być czyszczona, wyjaśnia berlińska lekarka-specjalistka dla spraw żywieniowych i sceptyczka w sprawach postu, Hildegard Przyrembel z Federalnego Instytutu do spraw zdrowotnej ochrony konsumentów. Najpóźniej w ciągu roku przybędą znów kilogramy, których pozbyto się - co poszczący podróżnicy mogą potwierdzić. Dla beduina Awada była ta wycieczka od początku nie udana - jego osobiste pożywienie, złożone z resztek jarzyn, pozostałych po gotowaniu postnych zup, było wyraźnie cienkie. Można sobie wyobrazić coś lepszego niż ciągnąć się górami z garstką milczków, którzy wieczorem padają do łóżek, bez jakiegokol- wiek pożywienia. Po wykonanej turze lubi siedzieć przy trzaskającym ogniu, patrząc w gwiaździste niebo, wesoło gawędzić i piec koźlątko, zwłaszcza że 86 89) q Głód pod gwiaździstym skłonem znany jest ze swego kunsztu kulinarnego i gościnności.- Przyjdźcie znów, przy- jaciele - mówi - ale w imieniu Boga, jedzcie ! Susanne Koelbl, Hamburg /Niemcy/ 90) Leśny Almanach ALCHEMIA WOODCRAFTU Ernest Thompson Seton był tajemniczym mistykiem i prorokiem, mężczyzną, który o wiele wyprzedził swoje czasy. Rozsiał w swoim dziele dobrze skryte klucze ku ścieżce, która - jeśli zostałaby rozpoznana i potem uczciwie tropiona - prowadziłaby poszukiwacza ku wymarzonemu celowi. Zasłony chmur, tajemnice, wysiłek i walki, burze i miejsca wypoczynku, nowe perspektywy i ze zmęczonym i znów orzeźwionym ciałem, z zagojonymi ranami, ścieżka wije się dalej, do Góry Poznania. Wydaje się, iż poselstwo, które Seton pozostawił, zostało w pełni rozpoznane 1 zrozumiane tylko przez niewielka ilość ludzi. Nie myślę przy tym, że ja sam zrozumiałem tę pozostawioną Tajemnicę, tylko dążę do rozstrzygnięcia tego, co odczuwam i co widzę. Woodcraft jest drogą, ale niestety wiele ludzi zdolnych jest pokusić się o jej początek, czyli to co czytaliśmy w „Zwitku kory brzo- zowej”. Owi ludzie czytali nawet całe wydane dzieło Setona i widzą Setona jako wielkiego przyrodnika, narratora, artystę, jednego z pierwszych wojowni- ków przeciw okrucieństwom, popełnionym na północnoamerykańskich Indianach. Ci ludzie uświadamiają sobie, iż Seton był również jednym z pier- wszych propagatorów potrzeby ochrony przyrody, że był ojcem dzisiejszego ruchu ochrony środowiska. . . ale on był jeszcze czymś więcej. To, co czytamy w „Zwitku kory brzozowej” i w „Księdze leśnej mądrości”, jest tylko „podstawowym przeszkoleniem” i wskazówką dla młodych wood- crafterów, którzy udają się w drogę by szukać i odkryć Tajemnicę. Są to tylko podręczniki edukacyjne, przygotowanie na ciężkie próby, którym prawdziwy poszukiwacz musi przeciwstawiać się, osiągając wyższe pozycje przy wspina- niu się po ścieżce. „Zwitek” jest przewodnikiem przy rozwijaniu ogromnej iloś- ci fizycznych i psychicznych umiejętności, ale stronę duchową i ezoteryczną pozostawia w samych tylko zarysach. Fizyczne ciało wymaga siły, udoskonale- nia zdolności przeżycia w twardych warunkach, jeśli ma z sukcesem postępować po wąskiej ścieżce, wiodącej ku oświeceniu i jeśli ma osiągnąć wewnętrzną alchemię, przy której ciało rozpoczyna spotykać się z duchem. Nigdy nie rozumiałem, dlaczego Seton nie napisał jakiegoś dzieła obej- mującego całość swej wizji, która byłaby kombinacją mądrości tylko dla 88 91) Alchemia woodcraftu wąskiego kręgu wtajemniczonych, łączącej wiedzę starożytnych cywilizacji, z poznaniem sił przyrody i spirytualizmem północnoamerykańskich Indian. Myślę, że Seton był świadom tego, iż mało ludzi będzie pojmować woodcraft w jego pełni i głębi i nigdy nie liczył się z tym, że woodcraft stanie się organi- zacją międzynarodową, osiągającą sukcesy. Historia woodcraftu często była burzliwa i niespokojna, przecież do wzruszeń i niepokojów często dochodzi tam, gdzie spotyka się ludzi - zwolenników myśli, którzy przekonani są, iż znają odpowiedź dotyczącą podstawowego sensu egzystencji - drogę. Owa droga nie ma znaczenia bezwzględnego wzorowania się na dawnym sposobie życia północnoamerykańskich Indian, nie oznacza też uczestniczenia w nowoczesnej postaci ograniczonych zasad starych zakonów rycerskich. Owa droga jest alchemią przeistoczenia surowego metalu Jczym jesteśmy my sami/ w złoto, drogą legend, mitów i opowieści. Bardzo wiele o tym rozmyślałem. Jestem tylko pątnikiem na drodze, lecz jest to moja droga; każdy z nas musi przejść swoją własną drogę do Poznania. Możemy wzajemnie komunikować się, każdy z nas może podzielić się ogólny- mi doświadczeniami ze swojej własnej drogi, swoim własnym intensywnym poszukiwaniem sensu Życia. Seton miał za sobą bitwy duchowe i fizyczne i działo się to na poziomach, których większość z nas chyba nigdy nie osiągnie. Był olbrzymem swoich cza- sów i przewidywał to, gdzie będziemy znajdować się dziś i dokąd wiedzie droga woodcraftu. Więc, gdzież ona jest i dokąd zmierza? Sadzę, iż woodcraft nigdy nie zostanie zupełnie związany z jakąś pewną organi- zacją, nigdy nie będzie mieć swoją definitywną podobę. Nigdy nie będzie obo- zowy ogień łączył wszystkich ludzi wyznających tę wiarę. Jest przeznaczony do tego, aby z niego czerpało mnóstwo indywidualności i nigdy nie będzie zależeć od tego, jak daleko oni na swojej drodze postąpili. Będzie miał różną twarz, różną treść, może też o wiele oddaloną i nie podobną do tego, co zawarte jest w „Zwitku kory brzozowej”. W Ameryce Północnej i prawdopodobnie gdzie indziej, woodcraft będzie zmuszony walczyć o miejsce na słońcu z nie- zliczoną ilością alternatywnych systemów wychowawczych, które pojawiają się wszędzie, a niektóre z nich oparte są na mądrości indiańskiej. W Europie widzę postępujące zainteresowanie ortodoksyjną indiańską podobą woodcraftu - jest to szukanie czegoś prastarego i dawno zanikłego: chodzi tu o wyraz marzenia człowieka za ścisłym osobistym kontaktem ze światem przyrody, co stanowi podstawę ludzkiej egzystencji. Niemniej jednak, zdaje mi się, iż temu poniekąd kurczowemu łączeniu się ze światem już nie istniejących Indian 89 92) Leśny Almanach brakuje duchowego wymiaru. Lecz ów duchowy wymiar zanikł dziś także wśród większości istniejących dziś szczepów indiańskich w Ameryce Północnej. Jaki więc będzie woodcraft w XXI wieku? Po pierwsze pojawia się jeszcze jedno pytanie: czy będzie nasz ludzki gatunek istniał w owym XXI wieku? A jeśli tak, to ile z tego stulecia uda mu się zobaczyć? Jednak pozostaję raczej optymistą. Jaka jest więc przyszłość woodcraftu? Będzie to szereg wielobar- wnych, a może też głęboko myślących wariantów na podstawowy temat? Stawiam więc, sobie pytanie, do jakiego stopnia ci, którzy rzeczywiście wchodzą w głąb woodcraftu zdolni są zwrócić uwagę społeczeństwa na głębię, na duchową i ezoteryczną stronę woodcraftu. Chyba to, czego nam jest dziś potrzeba najbardziej, to nie „Zwitek kory brzo- zowej”, traktujący o tym, co Seton widział jako drogę do osobistego oświece- nia, ale zostawmy tę myśl, ponieważ za tymi przeróżnymi eksperymentatorami, grupami i organizacjami, które odczuwają, że jedynie one mają rację, może wyrośnie coś, co będzie podobne do dawnego Czerwonego Braterstwa /Red Lodge/, międzynarodowej wspólnoty tych, którzy znajdują się na drodze do „wspinania się na Górę”. Errol Bredin, Carberry /Kanada/ W końcowych słowach, autor nawołuje do wspólnoty ducha, nie zaś do nowego stowarzyszenia mistrzów ceremonii. Założyciel czeskiego woodcraftu, Miloś Seifert, jak i Errol Bredin przypisują woodcraftowi Setona wymiar, którego nigdy nie miał, ponieważ Seton sam poznał, iż pokusa o formalne utworzenie woodcraftu jako szczególnego kierunku duchowego za pośred- nictwem Czerwonego Braterstwa /Red Lodge/ nie udała się, i owe Braterstwo zniósł w swoim ruchu. Lecz właściwie o to chodzi: jeśli ludzie nie będą woodcraftu rozwijać, pogłębiać i przesuwać stale dalej i wyżej, jeśli nie będą przy pomocy nowych form reagować na nadchodzące warunki i wymagania, nie pomogą tym ani woodcraftowi, ani spuściźnie Setona i właściwie nawet sami sobie. Utrzymywanie przy życiu starych form już dawno nie wystarcza i woodcraft 90 93) Alchemia woodcraftu wnosi do przyszłego stulecia tyle nadziei i perspektyw, ile mają woodcrafterzy odwagi kroczyć po dalszej drodze. 91 94) Leśny Almanach STRYSZEK NA TRAWNYM Tego wieczoru spotkanie drużyny Nietoperzy zakończyło się dosyć późno a my jeszcze nie byliśmy w swoich śpiworach z pachnącym sianem pod plecami. Młodszym druhom zamykały się oczy ze zmęczenia i my jako starsi mieliśmy z tego powodu wyrzuty sumienia. Torowaliśmy sobie drogę z doliny rzeki Morawki od samotni u Morysa stale do góry gęstym świerkowym lasem bez latarek w kierunku gołego grzbietu Trawnego, który z wysokości 1201 metrów dominuje nad krainą śląskiego Podbeskidzia między Łysą Górą i Ropicą. Upłynęło kilka długich minut i wtedy wspólnie z Miłoszem i Robinem ustali- liśmy, że jednak w pierwszej kolejności znajdziemy ścieżkę prosto nad poto- kiem Właskim z Mogielnicy i stąd wybierzemy się na podłużny goły wierz- chołek Trawnego, gdzie oczekiwał nas wymarzony stryszek na siano. Musieliśmy przyznać, że właściwie trochę zbłądziliśmy pogardziwszy uciążliwszym, niemniej jednak bezpiecznym chodnikiem z doliny Właskiego. Patrzyliśmy przez korony świerków na ciemny nocny firmament i czekaliś- my, aż las trochę przerzedzi się i pokonamy ostatni kawał drogi po gołym grzbiecie góry, gdzie znajduje się tyle oczekiwany przez nas stryszek. Druhowie kroczyli chwiejnym ruchem zasłaniając sobie oczy przed kłującymi konarami młodniaka. Nikt nie zaświecił latarki w celu ułatwienia sobie drogi. To było wtedy niepisane prawo drużyny - znaleźć drogę po ciemku, bez latar- ki, i to nie tylko w naszym Beskidzie. Nareszcie staliśmy na chodniku i wybraliśmy się do góry. Noc była rzeczy- wiście ciemna i szliśmy wzdłuż jaśniejszego pasa między koronami drzew. Z ulgą wyszliśmy na wolną przestrzeń górskiego grzbietu, porośniętą turzycą i krzaczkami czarnych jagód, i po stu metrach byliśmy u celu dzisiejszej podróży - u starego stryszku na Trawnym. Kiedy dotarliśmy ku stryszkowi, on przywitał nas uchylonymi drzwiczkami na swoim piętrze. Stryszek stał na górskiej równinie rozkraczony jak kwoka, przygotowana chronić przed słotą swoje kurczęta. Zaczęło padać i pomyśleliśmy z wdzięcznością o złotym stryszku. Po cichu wyszliśmy po żłobie na piętro, rozłożyliśmy płachty namiotowe 1 śpiwory na warstwie siana na podłodze z desek. 92 95) Stryszek na Trawnym Kiedy to było? Popatrzyłem do swoich notatek z tamtego czasu: tak, było to w 1940 roku, w ostatni dzień kwietnia, w wigilię pierwszego maja. W szkołach iw pracy było wprawdzie wolne, lecz nasi śląscy robotnicy i pracujący nie świętowali - był drugi rok niemieckiej okupacji i Niemcy mieli inne kłopoty niż obchody pierwszego maja. Stryszek na Trawnym nie witał tylko nas, on przyjmował w czasie niepogody każdego, kto przyszedł. Swoją przyjaźń dzielił między leśniczych i leśny naród. Raczej powiedziałbym, że do tych ostatnich chował więcej sympatii, i to było dla niego wreszcie fatalne. Bowiem w końcu został znienawidzony przez Niemców - w 1942 roku władze nazistowskie zarządziły likwidację stryszku wobec faktu, że akurat w tych górach pokazał się sowiecki wywiad kapitana Niszczimienki i partyzanci z brygady imienia Jana Żiżki z Trocnowa. A stryszek wówczas pewnie gościł nie jeden zwiad sowieckiej armii i czeskich partyzantów. W tych latach nie było wskazane odwiedzać nasze ukochane beskidzkie góry i właściwie podlegało zakazowi wchodzenie na górskie tereny. Wtedy były one domeną leśnych ludzi, walczących przeciw okupantowi i peryferyjne części lasów i górskich masywów przeczesywane były przez oddziały gestapo i esesmanów. Jak szły lata po wojennej zawierusze, jakoś nasz szczep nie pamiętał wiele o Trawnym 1 o stryszku na nim. Lecz w latach pięćdziesiątych, kiedy odby- wałem turystyczną podróż po grzbietach Beskidu od Kniahyni, Smreku i Łysej Góry aż po cieszyński Jaworowy, szliśmy z doliny Mogielnicy przez Trawny do Uspolki i dalej w Beskid Cieszyński. Był wtedy przepiękny dzień i las był żółtawy przez urodę pyłku ze świerków i sosen, jaką chyba nikt z nas jeszcze nigdy nie widział. Dotarliśmy na wolną przestrzeń grzbietu Trawnego, na bezleśną równinę porośniętą turzycą i krzaczkami czarnych jagód. Zamiast stryszka zobaczyłem tylko puste miejsce porośnięte trawą. Zrobiło mi się tak smutno, jak smutno bywa ludziom, kiedy przekonają się, że skończyło się coś, co miało w ich życiu jakieś znaczenie. Franciszek Noszowski 93 96) Leśny Almanach PIASKOWY OBRAZ CZTEROKROTNEGO OGNIA Pewnym totemowym specyfikiem, dotyczącym personifikacji przyrody, jak i duchów, czczonych przy ceremoniach, były u Indian społeczności Navaho, słynne skomplikowane obrazy, bardzo interesująco plastycznie rozwiązywane i wytwarzane poprzez sypanie kolorowych piasków i proszków na podłodze czarodziejskich chatek. Dla obrazowej prezentacji woodcrafterskich ustaw używany jest przy obradach zmodyfikowany rysunek Navahów. Umieszcza się go na podłodze w kręgu obecnych członków ruchu i ma on zwykle wielkość do jednego metra średnicy. W zamkniętych pomieszczeniach może być trwale namalowany na tablicy lub płycie i w sposób ceremonialny ułożony na swoim miejscu od początku obrad. Pod gołym niebem można go za każdym razem wytworzyć za pomocą piasku czy proszków, można również stosować kamionki, polanka, gałązki choiny ściętych iglastych drzew, drobne owoce leśne i szyszki, przy czym obrazowi w ten sposób wytworzonemu dajemy zawsze pierwszeństwo. Każdy członek ruchu musi umieć wytworzyć obraz bez specjalnego przygo- towania. W pomieszczeniach obraz tworzony jest przez krąg o średnicy około 20 cen- tymetrów, który symbolizuje ogień i realizowany jest zwykle żarówką, pokrytą 94 97) Piaskowy obraz Czterokrotnego Ognia jedwabnym papierem pomarańczowego koloru. Żarówka może zostać zastąpiona przez inny stosowny zdrój światła. Przy obradowaniu, odbywanym pod gołym niebem, krąg ma takie rozmiary, aby w swoim środku obejmował ogień, w którym będzie palić się drewno podczas trwania obrad. Ów ogień powinien być tak wielki, aby nie naruszał wytworzonej symboliki Czterokrotnego Ognia i aby swoja wielkością nie stał się nieprzyjemnym dla dookoła siedzących. Ogień rozpala się w sposób ceremonialny tarciem drzewek. Ów ogień jest symbolem Wielkiego Ducha. Z kręgu wychodzą cztery Drogi na zewnątrz zwężających się ramion. Owe Drogi są czterema kierunkami, którymi miałby udawać się każdy, kto dąży do osiągnięcia doskonałości. Drogi te noszą nazwy: Droga Ciała, Droga Myśli, Droga Ducha i Droga Służby. Zawsze są sytuowane w jednoznaczny sposób i w tej samej kolejności. Piaskowy obraz kształtuje się na terenie zawsze w ten sposób, aby skała obrad i miejsce naczelnika były sytuowane między pierwszą i czwartą Drogą. A więc Droga Ciała znajduje się bliżej lewej ręki naczelnika i Droga Myśli po lewej jego stronie. Droga Służby zaś znajduje się bliżej prawej ręki naczelnika i Droga Ducha po prawej jego stronie. Na końcu każdej z tych Dróg usytuowany jest mały krąg symbolizujący Światło, do którego prowadzi Droga. A więc Droga Ciała prowadzi do Światła Piękna, Droga Myśli do Światła Prawdy, Droga Ducha do Światła Siły i Droga Służby do Światła Miłości. Przy każdym z tych Świateł znajdują się trzy promienie, symbolizujące trzy Ustawy leśnej mądrości. Ogółem jest więc dwanaście Ustaw leśnej mądrości. Ernest Thompson Seton: „Zwitek kory brzozowej woodcraftu” - Dział organizacyjny 95 98) Leśny Almanach LEŚNA CISZA W lesie można przeżyć większe szczęście niż gdzie indziej, bowiem tam nawet dusza bardzo nieczuła lub cyniczna odczuwa, iż las jest prapierwotnym domem ludzi, jakkolwiek oni dziś dają pierwszeństwo komfortowi w murach budynków. Ponieważ w lesie znajduje się łaźnia, w której dusza obmyje się z kazdego cynizmu i znieczulicy. Wiele osobników miałoby tam przychodzić, aby stać się bardziej „ludzkimi”. Las nie jest tylko wytwórnią drewna. Właśnie z tej przyczyny, kiedy siadam na skraju poręby i wyrzucam z siebie wszystek brud uliczny, zaczynam czerpać z ciszy leśnej. Jest to taka rozkosz, że człowiek rad byłby podzielić się nią: pójdźcie, ludzie, i rozkoszujcie się wraz ze mną ! Leśna cisza nie jest niema, ale gdzież tam. Po zimowej elegii rozbrzmiewa od wiosny do jesieni kantata zielonego Światła. Do męskiego chóru świerków, jodeł, sosen i modrzewiów, do kobiecych głosów liściastych i do dziecięcego głosiku strumyka dołączają się na przemian radosna partia rzekotki, fortissimo drozdów, pianissimo gajówek, w umiejętnym kontrapunkcie, który nigdzie indziej nie jest do znalezienia. Jest to wspaniały hymn radości. Niemniej jednak mamy uczucie, że panuje cisza: ponieważ ów Śpiew jest jak muzyka sfer, jest jak powietrze, którym oddychamy i którego nie odczuwamy, a które uświadamiamy sobie dopiero wtedy, kiedy nam zabraknie. Jaromir Tomećek: „Cuda przyrody” /fragment/ 99) James Fenimore Cooper - piewca amerykańskiego człowieka natury JAMES FENIMORE COOPER — PIEWCA AMERYKANSKIEGO CZŁOWIEKA NATURY James Fenimore Cooper urodził się 15 września 1789 roku w miejscowości Burlington w amerykańskim stanie New Jersey, sześć lat po oficjalnym uznaniu niezawisłości Stanów Zjednoczonych. Ojciec jego, sędzia William Cooper, uzyskał w czasie rewolucji i wkrótce po niej rozległe dobra ziemskie u jeziora Otsego w środkowej części stanu nowojorskiego. Zaludnienie ziemi przez białych szybko się w tych czasach powiększało i pierwotnie zasiedlony wąski pas wybrzeża Oceanu Atlantyckiego stał się za mały dla nich. Granice cywilizowanej ziemi zaczęły się przesuwać w zachodnim kierunku, dalej ku centralnemu lądowi. Wiele rodzin udało się wówczas na poszukiwania nowego domu. Jednym z najbardziej pomyślnych założycieli nowych osiedli / a równocześnie jednym z najmądrzejszych handlowców majątkami ziemskimi/ stał się sędzia Cooper; sprzedawał nowym osadnikom swoje parcele i w rok po urodzeniu Jamesa przeprowadził się z całą rodziną do krainy, którą przedtem z sukcesem zasiedlił nowymi ludźmi. Osiedlił się w wiosce, która po nim została nazwana Coopertown. W tej małej pionierskiej osadzie wzrastał James wśród kontaktu z przyrodą i z typowymi, „szorstkimi ludźmi”. Bowiem tylko tacy mogli wtedy osiągnąć sukcesy w krainie, gdzie można było polegać tylko na własnych rękach, na wła- snych umiejętnościach i pracowitości. Przez krainę przechodzili doświadczeni przewodnicy osadniczych ekspedycji, ciągnących dalej na Zachód. Z, głębokich lasów powracali do zamieszkałych miejsc drwale i łowcy. Chyba potrafimy sobie wyobrazić, z jakim natchnieniem przysłuchiwał się mały chłopak ich opowiada- niom o Indianach, o życiu w lasach, o łowieniu zwierzyny. Takie środowisko było jak gdyby stworzone dla przyszłego pisarza powieści, których wielkim atutem był porywający opis piękna amerykańskiej przyrody, tak jak widzieli ją pierwsi biali mieszkańcy. Cooper wyrastał na samych krańcach dziczy, w zupełnej wolności, w której towarzyszami jego dziecięcych gier były słońce i wiatr. Bogata, życiem kipiąca i dotąd ludzką ręką nie dotknięta przyroda amerykańskiej ziemi zaczynała się wnet za progiem ojcowskiego domu. Coś z tej wolności przeszło również do literackiego utworu pisarza w obrazach, które nas 97 100) Leśny Almanach i po tylu latach napełniają entuzjazmem — chyba również dla tego, że na tych miejscach stoją dziś miasta i fabryki. Jedynym zajęciem Cooper'a nie były wszak tylko gry i zabawy. Uczęszczał do wiejskiej szkoły, później został wysłany na wychowanie do Albany, stolicy stanu Nowy Jork, i do Yale collegeu w New Haven w stanie Connecticut. Rygorystycz- na dyscyplina, która tam panowała nie przypadła do gustu chłopakowi, który wy- rastał w zupełnie odmiennych warunkach. Po jakimś swawolnym czynie zmuszo- ny był uczelnię opuścić i ojciec zdecydował, że będzie z niego marynarz. W ten sposób w 1806 roku Cooper znajduje się na statku, płynącym do Anglii i połu- dniowej Ameryki. Odbył swoje „zielone lata” na morzu, pewien czas służył na je- ziorach Champlain i Ontario, lecz jego żeglarska droga wkrótce skończyła się. W I81I roku ożenił się i osiedlił na majątku ziemskim swojej żony. Po kilku latach spokojnego życia z zupełnie przypadkowej inicjatywy stał się z ziemianina powieściopisarzem, chcąc dowieść swojej żonie, że potrafiłby napi- sać równie dobrą /czy chyba równie złą/ powieść towarzyską, jaką była ta, którą akurat żonie odczytywał. Dowiódł tego. Jego drugie dzieło rozsławiło go już w kraju i za granicą. Była to powieść pt. Szpieg /The Spy/ wydana w 1821 roku. Amerykańskie poczucie godności narodowej, rosnące z rozwojem gospodarczym ziemi, domagało się literatury, która mogłaby stanowić przeciwieństwo powieści angielskich, zwłaszcza wtedy bardzo popularnych dzieł autora powieści Waltera Scotta. Dlatego ta księga, której temat wzięty jest z amerykańskich dziejów, spo- tkała się w Stanach Zjednoczonych z wielkim sukcesem. W ciągu kilku lat napisał Cooper wiele książek, gorszych i lepszych. Najbar- dziej godny pamięci czytelników jest pięcioksiąg indiański: Pionierzy /The Pioneers, 1823/, Ostatni Mohikanin /The Last of Mohicans, 1826/, Preria /Prairie, 1827/, Tropiciel śladów /The Pathfinder, 1840/ i Pogromca zwierząt /The Deer- slayer, 1841/, który jest połączony centralną postacią „zalesiaka” — trapera Skórzana Pończocha. Pięcioksiąg stał się czymś w rodzaju epopei początków amerykańskiego życia białych. Po raz pierwszy została do literatury wprowadzona puszcza 1 preria, ciężkie i mozolne życie pionierów walczących z Indianami. Cooper przedstawił w sposób mistrzowski naturalne piękno swojej ojczyzny. uwiecznił wrażenie, którym działało na przybywających osadników spojrzenie na bezgraniczne, falujące morze liściastych lasów amerykańskiego środkowego Zachodu. W swoich dziełach przedstawił czar dzikiej przyrody, która wszak była stale wypierana przez postępującą cywilizację. Skórzana Pończocha był też bohaterem naszych dziadków i ojców a jego przygody będą z zainteresowaniem śledzić i następne generacje. James Fenimore Cooper zmarł 14 września 1851 98 101) James Fenimore Cooper - piewca amerykańskiego człowieka natury roku w Coopertown. Stał się mimo to twórcą literatury marynistycznej pisząc powieść pt. „Sternik” / Pilot, 1823/. Największą zasługą Coopera jest wprowadzenie do literatury postaci Indianina, co miało również znaczenie społeczne. Jego powieści zwróciły uwagę na los „dzikusów” w szerokich warstwach amerykańskiej i światowej publiczności. Jest prawdą, że Cooper życie Indian poniekąd upiększył i skupił się najwięcej na szla- chetnych i bohaterskich cechach ich natury. Jaka byłaby to wszak powieść przy- godowa, gdyby nie miała wszechobecnego i wszechwiedzącego bohatera, który w każdej sytuacji potrafi sobie ze wszystkim poradzić i pokona zwycięsko wszel- kie krzywdy i bezprawia. Pisarskie błędy i niedostatki możemy Cooperowi wybaczyć. Ani podstarzała ociężałość jego wyrażania się i pewna niezgrabność tworzenia charakterów nie ujmują mu niczego z nieśmiertelnych zasług, które uzyskał tym, że wprowadził do młodej amerykańskiej literatury zupełnie nowe środowisko, do tej pory w literaturach światowych nieznane. Przedstawił w swo- ich dziełach okres niepowtarzalnej historii amerykańskiego kontynentu, życie pierwszych pionierów i osadników w ciężkich warunkach na skraju cywilizacji, walki i cierpienia, przyjaźń i bohaterską ofiarność. Nakreślił piękno przyrody w krainie, gdzie dziś stoją mury wielkich przemysłowych miast. Stworzył obdarzonego wszelkimi męskimi cnotami bohatera, który stał się wzorem dla tysięcy chłopców i dorosłych. Swoje dzieło tworzył z myślą o zwycięstwie sprawiedliwości i dobra nad złem. W szeregach polskich harcerzy leśnych, woodcrafterów, miłośników przyrody i ciekawych przygód nie będzie zapewne nikogo, kto nie znałby bohaterów książek Coopera i nie zachwycił się szlachetnymi postaciami człowieka amerykańskiej natury — Indianina i białego trapera — „zalesiaka”. Igor Hajek opracował Wayseeker 99 102) Leśny Almanach ZAPACHY LATA Idziesz polną Ścieżką. Po prawej stronie ciągną się niekończące zagony ziemniaków, na lewo gołe Ściernisko. Pozornie nie ma tu niczego interesującego, myślisz o tym, co zobaczysz i przeżyjesz w lesie, dokąd właśnie wędrujesz. Nagle twoje marzenia zakłóci przenikliwy zapach. Wznosi się go cały obłok. Z nudów zaczynasz szukać jego źródła. I skonstatujesz, że prąd letniego zapachu złożony jest z wielu małych źródełek. Każde z nich ma trochę inny odcień. Szczególnie upojny zapach wydają przed burzą filigranowe kwiatuszki na długich łodygach. Może nawet nie wiesz, że jest to przytulia, ale zapamiętasz ją. Będziesz się z nią spotykać wszędzie na miedzach, na skrajach polnych dróg, wpol ci się do pamięci jako zapach gorącego lata. Wnet obok zagonka przytulii odkryjesz między kamieniami wysepkę macierzanki. Rozetrzyj trochę drobnych listków, poczujesz najpiękniejszą woń lata. Kładziesz się na trawę i obserwujesz płynące białe obłoki. W głowie ciągnie się łańcuch wspomnień. Są to raczej fragmenty niż spoiste myśli. Pierwsza wiosenna wyprawa do gaiku za miastem pozostanie w twojej pamięci na zawsze połączona z przenikiwym zapachem czosnaczku. W maju wycieczka w niezna- ne zaprowadziła cię do nie przebadanych lasów na wschód od twojego domu, kwitły tam zagony konwalii, ich przyjemny dech napełnił cię cichą radością. W wigilię nocy Świętojańskiej, przy zbieraniu czarodziejskich kwiatów paproci, zadziwił cię mentolowy zapach liści mięty pieprzowej. Obłok miodowego zapachu wznosił się koło kwitnących lip na pierwszej wakacyjnej wycieczce, której celem było przeżycie prawdziwej przygody. Ernest Thompson Seton w „Dwóch dzikusach” tak wypowiedział twoje dzisiej- sze uczucia: - Wpływ węchu na pamięć jest bardziej znaczący, mocniejszy i więcej rzeczywisty niż wpływ któregokolwiek innego zmysłu. Indianie to wiedzą. Wielu z nich od czasu do czasu odkryje zapach, który im przywołuje najbardziej szczęśliwe chwile i niosą go przy sobie w czarodziejskiej torebce, w amulecie. Owa garść igliwia, kawałek piżma czy ułamek jodłowej żywicy jest dla nich drogocenną rzeczą. Ów zapach przywołuje błogie wspomnienia i marzenia. 100 103) Zapachy lata Przychodzi mi na myśl, a gdybyś też sobie zrobił taką torebkę. Ułożysz do niej pęk macierzanki, dwa listy olchy, kuleczkę smoły sosnowej, trochę ususzonych kwiatów rumianku. Płócienny woreczek z pachnidłami przyrody nie będziesz nosił na karku jak Indianie, powiesisz go w domu nad swoim stolikiem roboczym. Chociaż jego dech po pewnym czasie osłabnie, jednak aż do czasu zimowego będzie ci przypominał szczęśliwe dni wakacji i dalekie wędrówki przez szeroki kraj. Miłoś Zapletal 101 104) Leśny Almanach GRA W GWIAŻDZISTY KAPELUSZ Motto: Miej namiot, przez który wiatr przewiewa, on jest wdzięczniejszy niż wspaniały zamek. Um-Jesid, matka szóstego kalifa Noce są węgielnymi kamieniami podróży, królewskimi grami. Dni mogą być gorące lub dżyste, nużąco długie i podobne do jedwabnego okamgnienia, wesołe i monotonne, ale ich niespodziankom pątnik przeciwstawia się w stanie czuwają- cym. Kroczy bezbronny, wystawiony na pastwę ciemności. Kiedy zbliża się wie- czór, staje się niespokojnym jak cielna łania — nastał czas by iść spać. Ogląda krainę innymi oczyma, lasy przybierają przed przyjściem nocy inne oblicze. Jeśli wieczór jest ciepły, to i lasy wydają się być przyjazne, kiwają mi. Suche skraje boru rozpościerają się jak wabiące rusałki leśne, ale jeśli idą w karpackim grado- biciu mętnymi, obcymi górami, wtedy mgła, poprzedzająca noc na wysokości dwu tysięcy metrów, wzbudza poczucie strachu. Zionie z niej niepewność, zagła- da. Byłbym szczęśliwy będąc daleko stąd, przy ludziach, w słonecznym poranku, ale nie można wybierać, pora iść spać, pora szukać sobie dobrego noclegu. Nie obawiaj się, bojaźliwy braciszku, do tej pory zawsze spałem i każdego ranka budziłem się! Im mniej zabieram ze sobą w podróż, tym bardziej zdany jestem na łaskę matki natury i niezwykłe przeżycia. Kiedy mam namiot, to jestem milionerem, obojętny, nie zwracający na nic uwa- gi, pewny siebie. Dojdę dokąd mi się spodoba, rozwinę zielony pałacyk, strach z nocy znika. Trzeba dbać tylko o arabskie polecenie: Najpierw przywiąż wiel- błąda mocno do drzewa i dopiero potem oddaj go pod opiekę Boską. Rozbiję więc i wzniosę mocno swój namiot i polegam zuchwale na miłosierdziu nocy, będzie bowiem długa. Lepiej spać niż w ciemnościach łatać rozerwane płótno, po błoniach z wichrem zganiać rzeczy, którym narosły skrzydła wietrzne, wylewać wodę ze śpiwora. Potem dopiero kładę się do snu. Namioty są jak przybywający z innych krajów, każdy pachnie inaczej, ale wszystkie wspaniałe. Każdy w inny sposób przepuszcza słoneczny blask, ranki 102 105) Gra w gwiaździsty kapelusz maja w nich rozliczne kolory. Dziwne — istnieją ludzie, którzy nigdy nie zasypiali w powietrznym pałacyku. Ubodzy! Jeśli mam tylko jedna płachtę, jestem jeszcze nadal bogaczem. Płótno długości dwa 1 szerokości dwa metry, mały i lekki ttumoczek i nie muszę się obawiać nocy. Leżę pod płachtą i przeżywam dwojaką radość, szczęście bogacza i szczęście bani- ty. Mam dom, ałe też wiatr i gwiazdy. Jestem jak u Pana Boga za piecem, chociaż w deszczowej aurze nie trzeba mi oglądać się za odrobiną wody. Krople wody - w namiocie z podłogą rzecz poważna - wsiąkną do ziemi, teren wyschnie, przesta- nie padać i gwiazdy znów się pokażą. Wychodzę z pod płachty, na twarz mi tu i tam kapnie z konarów, ale kto troszczyłby się o to, czy ciało zostało suche. Niesamowi- te - na Świecie są ludzie, którzy nie zasypiali z oczyma zapatrzonymi uważnie w nie- bo. Super ubodzy! W końcu przyjdą podróże, przy których nie mam niczego. Jestem bez namiotu, bez płachty i przygotowuję się do nocy. Źle jest kroczyć naprzeciw długiej, dźdży- stej nocy. Wzrok błądzi po niebie, po chmurach, po gęstwinach. Jest to dobre, chmury z prawego południa wieczorem rozpłynęły się, rozpuściły w blednącym błękicie, prędko oziębia się. Noc będzie pogodna 1 zimna, lecz chłód nie przeszka- dza, szybko się do niego przyzwyczajam. Pocieszam się wspomnieniem o Tarasie Bulbie: nocny mróz na Dzikich błoniach rozochocił kozackie kości. Zdejmuję plecak, dzień jest już poza mną. Kula ziemska dotańczyła swój codzienny słonecz- ny taniec, zatoczyła krąg przed swoją gwiazdą, jej twarz gaśnie, nadchodzi noc. Osobliwe — istnieją ludzie, którzy nie mają plecaka, którzy nie mogą i nie potrafią nosić ze sobą wszystkiego, czego potrzebują w życiu. Arcyubodzy! Łamię Świerkowe konary, aby nimi podłożyć śpiwór. Błogosławione kraje, gdzie to mogę w ogóle robić. Jeśli łamię gałęzie w lasach karpackich, jest to tak jakbym wyrywał sam sobie kilka ostatnich włosów z własnej głowy. Świerkowe łoże w przerzedzonym europejskim lesie — to jest skubanie ostatnich szczecin staremu mężczyźnie z jego ciężkiej, pochylonej głowy. Przed nadejściem nocy znoszę drewno, przygotowuję wielki ogień, rumuński „foc mare”. Błogosławione kraje, które mają jeszcze dostatek drewna dla noc- nych pątników! Ogniska zasłużyłyby na specjalny rozdział, opowiadający o naj- wspanialszej, migocącej nocnej grze. Ognie są radosne i czyste, godzinami mogę na nie patrzeć, miałbym je pamiętać jak dobrych ludzi. Ciche ognie z trzech polan, u których spałem w Połoninach. Tajne wartownicze ogieńki w leśnych pa- rowach, w skalnych dołach. Pachnące ognie z drzew w południowym krasie sło- wackim. Pełgające ognie z drewna sosnowego pod wapniowymi ścianami Wiel- 103 106) Leśny Almanach kiej Fatry, pod piaskowymi występami skalnymi w Ścianach Dieczyńskich, któ- re oświetliły i ogrzały kamienne schronienia. Ognie z drewna, nanoszonego prą- dem rzeki Cisy na jej piaszczyste mielizny, zapach ryb, bagien, wolności i słoni- ny na wierzbowym pręcie, gorący proch stadnin i błoni. Jasne ognie z drewna bo- browych budynków na polskiej Suwalszczyźnie, gdzie do stromych, pustych brzegów głębokich jezior biją przezroczyste wody i nad powierzchnią niesie się krzyk ptaków wodnych. Pasterskie ognie z jałowcowego drewna, z różanecznika 1 kosodrzewiny w Karpatach Siedmiogródzkich i w macedońskim Pirinie. Ogień i owce - kojący, bezpieczny zapach. Tysiące lat w ten sposób żyliśmy, tych kilku lat w kamiennych i betonowych ścianach miasta nie mogą rzucić słodką przeszłość. Zasypiam wśród pasterzy u cichych stad, owce pobekiwają ze snu, tu i tam po- trząsną głową, ciche dzwonienie, pies poliże rękę obcokrajowcy. Cicho. Wielkie dobro umyka przed słowami, wcale nie dosyć wychwalałbym wszystkie ognie, to najstarsze dobro, które od wieków wygania zwierzę z człowieka, strach z duszy, chłód z ciała. Nie dograłbym się najmigotliwszych ogniowych gier, wspaniałych i przy tym pożytecznych. Dlatego już ani słowem więcej o nich, mój pierzyno- milny braciszku! Ale aż tobie znudzą się pierzyny i łóżka, nałóż sobie na głowę szeroki gwiaździsty kapelusz. Pod takim szerokim kapeluszem zasypiali na swo- ich podróżach poeci w czasach odrodzenia narodowego, pod takim szerokim kapeluszem pokładają się do snu pątnicy z najdawniejszych czasów. Ale aż cię znudzi świat, wsadź swój szeroki kapelusz głęboko na czoło! Połóż się pod księży- cową skalę, ułóż się na południowym ugorze, ziemia jest sucha i twarda, pod twoją głową pachną korzennie niskie przyległe byłiny. Nad takimi noclegami świecą gwiazdy najjaśniej i pełnia lśni jak okno ciemnej barki płynącej po Bałtyku. Leżę na błoni i powtarzam sobie nazwy gwiazdozbiorów. Kiedyś znałem je wszystkie i z zadowoleniem uczyłem się o nich, ale dziś widzę, że to nie jest potrzeb- ne. Również co się tyczy gwiazd — i nie tylko ich -, jest dobrą rzeczą, i w młodości nawet zupełnie nieodzowne wiele znać, lecz jeszcze lepsze jest w starości świado- mie zapominać o nieważnych rzeczach. Pozostaje tylko to co ożywia wnętrze. Tak jak dla kwiatów, zwierząt i gwiazd nie są najważniejsze ich nazwy, tak nie jest dła nich ważne, do jakich sztucznych grup ludzie je zakwalifikowali. Wystarczy pod ni- mi leżeć, „paść” myśli na zielonych pastwiskach, czyny zostawić, by piły w czystych wodach. Słowa dziękczynnej wieczornej pieśni lecą jak srebrne jaskółki. Ażeby cię nie zrazić do nocnych podróży - inne noclegi niż te pod gwiaździstym kapeluszem również są wspaniałe! Często budzę się pod gwiaździstym kapeluszem, badam nocne podmuchy wiatru i patrzę na chmury. Również głosy ptaków nocnych budzą mnie, pod szerokim gwiaździstym kapeluszem śpię lekko jak zwierzę przygo- 104 107) Gra w gwiaździsty kapelusz towane do wszystkiego, przygotowane szukać kryjówki czy schronić się przed ulew- nym deszczem, burzą, niebezpieczeństwem. Wiedz zatem mój wygodny braciszku, iż najlepiej zasypia się na sianie, w suchej trawie. Chyba dlatego, że rodzaj ludzki pochodzi z ciepłych wschodnich stepów. Jesteśmy braćmi koni. Do siennicy, stare- go strychu na siano z dziurawym dachem pada światło księżycowe. Powietrzem cienko ciągnie się miły zapach wonnego ciepła i świeżej nocy — głębina bezpie- czeństwa. Jeśli ci ktoś przed zaśnięciem położy ciepłą łapkę koło karku, o to lepiej, o to wiele lepiej, mój wrażliwy braciszku. Stryszek na siano, najwspanialsze połączenie przyrody i cywilizacji, trawy i pomysłowości. Leżę zmęczony. nasycony. Wszystko, co miało się stać tego dnia, stało się, jest wykonane. Ostatni głęboki wydech i całym ciałem rozleje się pełny i suwerenny smak odchodzącego dnia. wszystkich jego dobrodziejstw. Zrównoważony smak czosnku i czekolady. Dwa pozornie przeciwstawne zapachy połączyły się w jedwabny sposób. Leżę i uważnie słucham: czy nie tańczy ktoś na polu w szarości? Nie tańczy. tylko trawa ucieka przed nocnym wiatrem. Dziwne, że nie wierzę w rusałki z rzeszy traw, przecież wszystko potrzebne dla ich zrodzenia i istnienia, dla ich tańca, jest właśnie pod gwiazdami wszechświata w zasięgu ręki. Nie wierzę w nie tylko dlatego, że oczy ich nie widzą, podobnie jak nie można uwierzyć bez odbiornika w radiowe fale, które obchodzą koło kuli ziemskiej i niesłyszalnie grzmią również w cichym, Świa- tłem księżyca zalanym stryszku na siano. Potem już cicho spoczywam bez jakichkol- wiek myśli, zalewa mnie gnuśność, ciężka i ciepła jak roztopiona cyna. Nie można już poruszyć ręką, zasypianie jest słodkim odejściem. Z lasów przyszła do strychu noc, ciemna siostra czasu. Przyległa do mnie, przymknęła się, nie utrzymam otwartych oczu, nadaremnie jej przypominam słowa Proroka, iż modlitwa lepsza jest niż sen. Uśmiecha się, ma gorące ciało, którym napełnia głębinę bezpieczeństwa. Nadchodzi jej królestwo, władza snu, władza... właa... Miloslav Nevrly - Naćelnik: „KMarpatskć hry” /fragment/ 105 108) Leśny Almanach SZTUKA WĘDROWANIA Leśny harcerz — wędrownik. Czy umiemy rzeczywiście podróżować, umiemy ze świadomością włóczyć się, umiemy przeżywać i rozkoszować się swoim chodzeniem po tym Świecie? Nowoczesny Świat ze swoimi środkami lokomocji ową prastarą sztukę prawie zupełnie usunął z ludzkiego doświadczenia. Autostrada, to jest tylko asfaltowy czy betonowy pas z mnóstwem znaków i zapowiedzi komunikacyjnych, z kulisa- mi tablic reklamowych, które przejeżdżającym narzucają się, odprowadzając uwagę od krainy, także podróżujący postrzegają ją jakoś peryferyjnie. A samolot — jeśli w ogóle siedzisz przy okienku — szybko zmieniający się widok z ptasiej I nadptasiej perspektywy — to już nie jest w ogóle wędrówka! Piesza wędrówka ma w sobie niezmierny czar dla tego, kto potrafi ocenić pięk- no krainy, tyle zmienne i różnorodne w różnych godzinach dnia, w różnej aurze i różnych porach rocznych. O własnych siłach przewędrujesz w ciągu dnia dwadzieścia, trzydzieści, mało kiedy więcej kilometrów /bo usilne pięćdziesiątki turystyczne są sprawą sportową, nie zaś wędrowną/, zatrzymasz się wszędzie, gdzie ci się spodoba, rozejrzysz się w czasie wędrówki i wypoczynku gdzieś na wzgórzu, przez które prowadzi twoja podróż. Wcześniej bywały na wszystkich „panoramicznych widokach” ławeczki, które tam zbudowali dobrzy ludzie, chętni bez wynagrodzenia myśleć o innych; dziś jest to coś niezwykłego, raczej znajdziesz tam kolorowy kiosk ze zwykłymi upominkami, mniej więcej kiczowa- tymi widokówkami, drogimi napojami i przekąskami i nie posprzątaną okolicę. Prawdziwy wędrownik — tułacz ominie takie miejsca, lub nie zatrzyma się w nich na dłużej. Wybiera raczej mało uczęszczane Ścieżki, stare wąwozy, dawne brody, ledwo dostrzegalne dróżki na skraju lasu czy łąk. W czasie jesien- nym, po zbiorach, nie waha się skierować swych kroków ku horyzontowi przez ścierniska czy opuszczone pastwiska pełne zimowitów jesiennych, pozbiera kilku zapomnianych ziemniaków 1 opiecze ich w żarzącym popiele ognia z naci; w opuszczonych alejach lub sadach podniesie z pożółkłej trawy kilka ostatnich jabłek — podelektuję się nimi w dalszej podróży. Brata się z macierzanką, wrzosem, z zółto kwitnącą przytulią, obserwuje szczygle na skupisku ostów - 106 109) Sztuka wędrowania postrzega, podziwia, nic i nikogo nie skrzywdzi, sam jest częścią krainy, przyro- dy, życia; jego serce współbrzmi ze wszystkim, co stworzone. Na noc taki wędrownik przykryje się płachtą namiotową lub kocem, który nie- sie ze sobą, czy zbuduje sobie improwizowany daszek — z byle materiału, który znajdzie; rankiem, pokonuje wilgotną od rosy trawę lub wody strumienia; w południe wypoczywa gdzieś w cieniu sosen na skraju lasu i korzysta z wolnej chwili, by zanotować swoje przeżycia w dzienniku. Nie omija wsi i miasta, jeśli zamierza zapoznać się z pamiątkami kulturalnymi — klasztorami, zamkami, kościołami, arboretami, gdzie hodowane są różne gatunki drzew 1 krzewów, muzeami, panoramicznymi widokami miast w ogóle. W przyrodzie wszak czuje się najwolniejszy i jest w niej najbardziej szczęśliwy. Miły druhu, możesz podróżować sam lub z przyjacielem po polskich wsiach i miasteczkach, pójdziesz po drogach polnych i po starych dróżkach, będziesz się zatrzymywał przy starych kapliczkach i krzyżach na rozstajach, przy chronionych wiekowych drzewach, które pamiętają dawne czasy. Będziesz rozmawiał z ludź- mi, z miejscowymi kronikarzami, z pamiętnikami dawnych czasów, z nauczycie- lami, starymi rolnikami i rzemieślnikami. Nocleg przyjmiesz na probostwie czy w starej karczmie. Zapiszesz sobie byle jaką historię regionalną i nazwiska godnych uwagi osobistości. Narysujesz każde pamiętne drzewo, Bożą Mękę, bramę zamkową czy tylko kawał panoramy krainy. W ten sposób poznasz wartość i piękno krainy, do głębi odczujesz swoją ojczyznę. Ucz się wędrować. Wierz, że tutaj w rodzimym kraju znajdziesz wszystko - również to, co będziesz na próżno szukał na niespokojnych, drogich wycieczkach na obczyznę. Ladislav Rusek — Saman 107 110) Leśny Almanach ŚCIEŻKA WTAJEMNICZENIA Każdy, kto chce być zaliczany do kręgu woodcrafterów, powinien przejść ścieżkę wtajemniczenia, aby udowodnić, jak jest przygotowany do pokonywania życiowych trudności. Kto potrafi przejść całą ścieżkę wtajemniczenia, potrafi również płynąć w gwałtownym prądzie życia. Kandydat powinien przejść ścieżkę wtajemniczenia po uprzednim podjęciu decyzji szczepu o przyjęciu go do szczepu. Oznacza to, że jego imię znajdzie się na desce totemowej przez okres paru dni. Na obozie może być ów czas z inicjatywy naczelnika skrócony. Forma egzaminu powinna być uchwalona przez naradę szczepową. Zwykle ustala się następujące egzaminy: EGZAMINY BRACTWA WIELKICH Ślad milczenia. Jeżeli zapytał ktoś Indianina, co to jest milczenie, on odpowie- dział: -Jest to wielka tajemnica, a milczenie jest jej głosem. — A jeżeli ktoś zapytał, jaki jest owoc milczenia, odpowiedział: -Prawdziwa waleczność, wytrwałość, cierpliwość, dostojność i uczciwość. — Zachowaj w ciągu dnia na obozie zupełne milczenie podczas sześciu godzin i bierz udział w tym czasie w pospolitym życiu obozowym. W mieście zachowaj milczenie od końca nauki do chwili, kiedy pójdziesz spać. Ślad uprzejmości. Świat cierpi dlatego, że brakuje mu miłości. Woodcerafter jest bratem każdego człowieka dobrej woli. Kto nie potrafi być uprzejmym, powinien starać się o to podczas pory, postanowionej przez naczelnika. Ślad posłuszeństwa. Posłuszeństwo jest warunkiem społecznego życia. Jest oznaką siły, karności i porządku. Egzamin ustanawia naczelnik. Ślad myślącej ręki. Dziś jest na świecie dużo ludzi, którzy mają głowę nałado- waną wiedzą, nie potrafią jednak umiejętnie temperować ołówka czy udowodnić, 108 111) Ścieżka wtajemniczenia że mają „myślącą rękę”, że potrafią wytworzyć coś praktycznego lub artystycz- nie pięknego. Ślad dobrego obozowicza. Nasza droga prowadzi przez las. Musisz nauczyć się żyć wśród przyrody w ten sposób, abyś się tam zachowywał jak w kościele, a prócz tego czuł się jak w domu — jest to jedno z głównych wymagań. Ślad dobrego obozowicza znałazł ten, kto obozował najmniej siedem nocy w namiocie i podróżował przez trzy dni w nieznanym mu kraju, przy tym spał na zewnątrz i jedzenie nosił ze sobą. Ślad sumienności. Na sumienności spoczywa całe powodzenie woodcraf- terskiego wychowania. Sumienność jest dokumentem charakteru i honoru woodcraftera. Ten, kto w określonym czasie wykonał jakąś wyjątkową, wyznaczoną przez naczelnika pracę lub obowiązek, przeszedł ślad sumienności. Ślad wyrzekania się. Dla człowieka niezbędne jest nauczenie się panowania nad swoją wolą. Tym wychowuje sam siebie. Jest to sens „wspinania się na Górę”. Dla chłopców i dziewcząt zadaje się na przykład na czas jednego miesiąca wyrzeczenia się jakiejś materialnej przyjemnej rzeczy, która jest zbędna dla życia. Tabu. Tabu oznacza wszystko to, co szkodzi zdrowiu, narusza ustawę piękna, prawdy, siły i miłości, na przykład palenie tytoniu, spożywanie alkoholu w jakiej- kolwiek formie, niewstrzemięźliwość, kradzież, nieszczerość, zdrada, nieumiar- kowanie seksualne. Nowicjusz czyni postanowienie by unikać tabu przez całe życie. Ślad miłości do przyrody. Woodcrafter posadzi co najmniej pięć drzew lub krzewów w wolnej przyrodzie i stara się o nie, aż zakorzenią się. Lub zasieje nasiona ziół leczniczych i stara się o nie, aby się przyjęły. Może również starać się w czasie zimowym o karmniki dla ptaków czy dzikich ssaków. Ślad opalonej skóry. Wielu ludzi cierpi w mieście na skutek niedostatku powietrza i słońca. Woodcrafter jest przeważnie zmuszony żyć w tym niezbyt zdrowym środowisku, potrafi jednak dać sobie radę. Wszystkie swoje wolne 109 112) Leśny Almanach chwile przeznacza na rekreację i uprawianie sportów. Uzyskuje dzięki temu zdrowe ciało, jasną myśl, opalona skórę i w ten sposób poznaje radosny ślad Ścieżki wtajemniczenia. Ślad samotnego obozowicza. Wybierz się do lasu po zachodzie słońca tak daleko. aby nie mieć w zasięgu widzenia i słyszenia obozu i wszystkich ludzkich mieszkań. Weź ze sobą koc, siekierę, zapałki itp. i urządź się wygodnie na noc, powracając do obozu dopiero ze wschodem słońca. EGZAMINY BRACTWA MAŁYCH - Wstawaj przez cały tydzień o potrzebnej porze tak, aby nie trzeba cię było budzić więcej niż jeden raz. - W ciągu dwu miesięcy nie wolno ci spóźnić się do szkoły. - Cały tydzień miej ręce i twarz umyte do każdego posiłku i przed wyjściem do szkoły. - Sprzątaj kuchenne naczynia po każdym posiłku przez cały tydzień. - Naucz się nie płakać i nie gniewać rodziców, rodzeństwa i przełożonych przez cały tydzień. - Przez cały tydzień zachowuj swój kącik w domu z wszystkimi swoimi rzeczami w zupełnym porządku. - Przez cały miesiąc chodź uczciwie do szkoły i pełnij wszystkie tobie powierzone zadania. Śladami ścieżki wtajemniczenia przechodzi się na szczepowych spotkaniach, na wycieczkach i obozach, a pełnienie tych śladów tworzy część szczepowego programu. Ślady te nie maja nic wspólnego z egzaminami szkolnymi. Jest to w sumie radosna gra, pełna wzruszeń i małych przygód, która ukrywa w sobie wartościowe skarby. Nowicjusz nie powinien przechodzić wszystkimi śladami. Jeżeli jest on z natury uprzejmy i milczący, naczelnik wygłosi, że te śłady egzaminu uważa za spełnione i zadaje mu takie, które dotyczą jego niedostatków. Wówczas będzie musiał wykazać, że rzeczywiście jest godzien zaliczać się między woodcrafterów. 110 113) Ścieżka wtajemniczenia Ścieżka wtajemniczenia jest ukończona, gdy naczelnik uzgodni to ze szczepowa radą. Ernest Thompson Seton: „Zwitek kory brzozowej woodcraftu” - Rozdział pierwszy: Leśna mądrość 111 114) Leśny Almanach SAMOCZYNNE OGNISKO Po przeczytaniu tego tytułu pewnie zwątpicie w jego prawowitość: jak przecież może być ognisko, które urządzamy na naszych obozach i wędrówkach, samo- czynne? Znamy już dziesiątki różnych sposobów i pomysłów, których często używamy przy obozowaniu, lecz samoczynne — i tutaj więc będzie lepiej zapo- znać się ze stosownym wnioskiem leśnych harcerzy, który sprawdził się w naszej praktyce zawsze wtedy, kiedy nasze jedzenie wymagało dłuższego czasu gotowa- nia. Na wstępie powtórzymy raz jeszcze zasady, które pomogą w gotowaniu na sa- moczynnym ognisku. Są to zresztą zasady obowiązujące zawsze przy stosowaniu najróżniejszych typów ognisk. Oto one: - Ogień potrzebuje dostępu powietrza. - Twarde drewno daje lepszy żarzący popiół niż miękkie. - Potrzebny jest odpowiedni zapas drewna. - Rozłupane grube drewno pali się lepiej. - Cienkie konary dają szybki płomień i światło, lecz mało żarzącego popiołu. Po ponownym uświadomieniu sobie owych znanych zasad wykopiemy w terenie okrągłą jamę o głębokości ok. 30 cm i średnicy ok. 45 cm. Wysiłek, połączony z wykopaniem /i późniejszym zasypaniem i zrównaniem terenu/ jamy przyniesie nam zysk w czasie, w którym nie będziemy zmuszeni pilnować ognia i czas ten wykorzystamy inaczej. Do jamy o prostopadłych ścianach ułożymy i podpalimy drewno, które zosta- wimy, aby się przepaliło. Potem do jamy zawiesimy kociołek i powstałe szczeli- ny między kociołkiem wypełnimy pionowo ułożonym drewnem. Powoli palące się drewno zapobiega dostępowi powietrza do popiołu, utrzymującego żar. Ogień wytrzymuje przez godzinę I więcej, bez dokładania następnej dawki drewna. Ważne jest usytuowanie kociołka w jamie — to wymaga trochę doświadczenia. Na zawiasie ze świeżego drewna robimy dwa karby: na górny karb zawieszamy kociołek w trakcie gotowania, na dolny w przypadku, gdy tłumimy ogień. 112 115) Samoczynne ognisko Aby wynik gotowania był jak najlepszy, używamy najlepiej twardego drewna z osiki, jesionu, buku, brzozy, wiązu, klonu lub dębu. Z naszych doświadczeń wynika, że twarde drewno daje wystarczającą ilość popiołu. On jest bowiem czynnikiem decydującym o sukcesie przy użyciu samoczynnego ogniska. A więc — powodzenia przy gotowaniu i smacznego obiadu! Wayseeker 113 116) Leśny Almanach OBOZOWY RANEK Ziemia powoli kręci się i zdąża ku białemu dniu. Budzi mnie dziwny turkot. Za nami została noc gorąca jak w tropiku, śpimy na wiklinowych łóżkach (przeważ- nie w spodenkach gimnastycznych) okryci kocami, bowiem w śpiworach byśmy się ugotowali... Turkotanie nasila się, jednak powoli oddala się i ucicha. Uświadomiłem sobie, że był to obozowy wózek - służba wyjeżdża na zakupy i to jeszcze przed ogłoszeniem pobudki. Równocześnie z tą myślą odczuwam łekkie muśnięcie na ramieniu, to osta- tnia „„czujka” daje mi znak, że czas jest wstać. Biorę do ręki bębenek i wymykam się z namiotu na zewnątrz, i dopiero teraz przecieram sobie oczy. Zroszona trawa przy- jemnie chłodzi bose stopy. Nad skrajem lasu spostrzegam w różanej mgiełce słońce, młode 1 jeszcze słabe - mogę na nie popatrzeć bez przymykania oczu. Po drugiej stronie nieba można jeszcze ujrzeć obok wąskiego prążku dymu z obozowej kuchni ledwo widoczny obraz księżyca. Przez chwilę przeżywam uskrzydlające uczucie, Jakbym był jednym z wierzchołków trójkąta: słońce - księżyc - i ja. Ale za sekundę to uczucie ginie i ja zaczynam rytmicznie bębnić i wyśpiewywać poranną piosenkę: 4 Andante 23 > „Jest ranek, jest ranek, jest biały dzień, jest ranek, jest ranek, bądź pozdrowien! [: Obudź się, braciszku, za małą chwileczkę pójdziemy do lasu hen!: ]” 114 117) Obozowy ranek I już przy pierwszych uderzeniach bębenka i pierwszych tonach piosenki ukazują się z namiotów rozczochrane głowy małych leśnych harcerzy. Za pięć minut zaczyna się gimnastyka poranna. Obóz nagle jest pełen życia, cudowna zmiana łiryki w epikę, wszędzie pełno jest szczebiotania i hałasu. Przeciągamy sobie mięśnie i lekkim kłusem biegniemy do stawu. Śniade ciała tylko migną, kiedy chłopcy skaczą z wysokiej deski i z brzegu do wodnej toni, do wody, która w czasie zimnej nocy nie zdążyła się jeszcze ochłodzić. Spokój ducha opanował cały obóz. Chłopcy wracają do namiotów. Ciała osu- szyło im słoneczko. Przed śniadaniem została jeszcze poranna higiena i porząd- ki. Wszyscy cieszą się z powodu nadchodzącego turnieju koszykówki i trwają dyskusje, która drużyna zwycięży. Grupa niknie w cieniach leśnej Ścieżki. Przeżyłem takie ranki już wiele razy, 1 zawsze mam wrażenie wolnego zycia, szczęścia mojej dzikiej młodości. Czuję się oczyszczony nie tylko fizycznie. Cały kurz cywilizacji odpłynął gdzieś za ho- ryzont, do naszych zakurzonych mieszkań, do miejsc naszego ponownego powrotu. Idę ścieżką za grupą chłopców i wiem, że znów dotknąłem światła życiowej siły, czarodziejskiej różdżki poznania sensu wszystkiego koło nas, wielkiej tajemnicy Stwórcy, której nie można słowami wyrazić. Czyste niebo spogląda na nasz obóz. Rozpoczyna się piękny dzień. Josef Bláha — Reśetlák opracował Wayseeker 115 118) Leśny Almanach WOODCRAFT - LEŚNA WIEDZA I LEŚNE BRATERSTWO Kilka rozważań o ruchu woodcrafterskim, zwłaszcza o czeskiej odmianie „leśnej mądrości” Wstęp Czeska Republika, kraj naszych południowych sąsiadów, jest kołyską i ojczyzną czeskiego ruchu woodcrafterskiego. Dlaczego akurat ten mały kraj, usytuowany prawie w samym „sercu” Europy, przy tym ze względów kulturowych i geograficz- nych tak bardzo oddalony od miejsca powstania amerykańskiego ruchu woodcra- fterskiego, założonego przez Ernesta Thompsona Setona /1860-1946/, stał się tą kołyską i ojczyzną czeskiego ruchu woodcrafterskiego? Na to pytanie nie znajdzie- my już dziś, po roku ł912, który jest rokiem powstania tego ruchu w Czechach, zadowalającej odpowiedzi. Nie mogę się niestety wdawać w szersze rozważania, dotyczące bogatej historii powstania i dziejów tego ruchu od samych jego początków. W tym miejscu odsyłam więc czytelnika do polskiej, jak i obco- języcznej literatury na ten temat. Na wstępie krótko tylko powiem, iż ruch woodcrafterski, w Czechach bardziej znany jako ruch leśnej mądrości, czyli puszczaństwo, był od początku i jest do dzisiejszego dnia inspirowany przez dzieło Ernesta Thompsona Setona, który na przełomie XIX i XX stulecia w amerykańskim środowisku wytyczył ideały wycho- wywania, zbliżonego do przyrody w warunkach pierwotnego bytu człowieka, w tym przypadku północnoamerykańskiego Indianina, praobywatela tego konty- nentu. Zarysy etnicznych i humanistycznych założeń Setona przejawiły się mocno 1 jednoznacznie w edukacyjnych i organizacyjnych statutach czeskiego ruchu wo- odcrafterskiego, reprezentowanego przez stowarzyszenie „Liga lesni moudrosti” /Liga leśnej mądrości/. Do tego przyczynił się również fakt znaczącego wpływu książek i esei Setona na czeską młodzież i zainteresowaną publiczność. Zarówno w Europie, jak i w skali Światowej nie ma kraju, który mógłby poszczycić się taką ilością wydanych książek Setona, jak Czechy. Wystarczy stwierdzić, iż liczba 116 119) Wooacrafi - leśna wiedza i leśne braterstwo nakładu dzieł Setona, wydanych w Czechach tylko po drugiej wojnie światowej, przekroczyła milion egzemplarzy. Cała plejada działaczy w dziedzinie idei i meto- dyki woodcraftu, na czele z założycielem czeskiego ruchu woodcrafterskiego, profesorem Miłoszem Seifertem /1887-1941/, kształtowała duchowe i materialne założenia ruchu i organizacji „Liga lesnf moudrosti”. Podstawą tego działania były dwa elementarne, wielkie podręczniki Setona: ,„Zwitek kory brzozowej woodcra- ftu” /Birch Bark Roll of Woodcraft Indians/ oraz „Księga leśnej wiedzy i indiań- skiej umiejętności” /The Book of Woodcraft and Indian Lore/. Idea i metodyka — myśli, cele i sposoby Na podstawie wzmiankowanych dzieł Setona czeska Liga kieruje się w swojej działalności dziewięcioma głównymi Zasadami i Regułą leśnej mądrości. Do realizacji tychże Zasad i Reguły służy „„Księga Orlich Piór”, która jest częścią „Zwitku kory brzozowej woodcraftu” i obejmuje system 669 Czynów i Wielkich Czynów w 92 różnych dziedzinach działania oraz 46 Mistrzostw leśnej wiedzy, przedstawiających całkowitą umiejętność w danej dziedzinie. Wznowione i przy- bliżone do współczesnej rzeczywistości brzmienie „Księgi Orlich Piór” / polski przekład ,,„Zwitku kory brzozowej woodcraftu” wydała katowicka Biblioteczka Walden w 1992 roku/ zawiera wszechstronny system sprawności, wiedzy, umie- jętności i służby, ukierunkowanych na przyrodę oraz różne dyscypliny sportowe, prace rękodzielnicze, kulturę, jak również zadania natury technicznej. Dalszą działalnością charakterystyczną dla czeskiej Ligi leśnej mądrości jest pobyt na łonie przyrody — idealnym środowisku, gdzie kamieniem węgielnym jest obozowanie, realizowane zwykle w postaci grupy namiotów tipi, które wyznaczają ton i rodzaj obozowania, charakteryzujący się umiarkowanym prymitywizmem i malowniczością. Całość ma liczne oznaki kolorytu indiań- skiego. Nieodzownym elementem pracy edukacyjnej w ruchu leśnej mądrości jest system szczepowy i stanowienie samorządu kierowanego przez doświadczonych, zwykle starszych wiekiem członków. Do malowniczości należy cały wachlarz ceremonii, zwykle skupionych koło ognia obozowego. Należy tu zwłaszcza uroczystość nada- wania leśnego imienia oraz poszczególnych leśnych tytułów, oznaczających drogę woodcraftera w jego wspinaniu się do wierzchołka Góry Poznania. Ponadto należy tu całe mnóstwo pieśni pierwotnych narodów, np. Indian i ludów z wszystkich krań- ców świata, oraz bogaty repertuar pieśni, tańca i muzyki ludowej, w tym różnych narodów Europy i innych kontynentów. 117 120) Leśny Almanach W życiu szczepowym i poszczególnych klanów /zastępów/ znamienne jest funkcjonowanie systemu wyróżnień według kryteriów, ustanowionych w „„Księ- dze Orlich Piór”. Należy podkreślić, że celem nie konkursowych egzaminów jest przede wszystkim doskonalenie samego siebie poprzez formy samokształcenia ducha i ciała, a nie pokonywanie przeciwników. W ramach danej ceremonii dokonuje się odznaczenia za osobiste osiągnięcia. Korzenie czeskiego woodcraftu Na duchowe i organizacyjne założenia ruchu woodcrafterskiego w Czechach, a przede wszystkim na powstanie organizacji „Liga lesnf moudrosti”, jednoznacz- ny wpływ wywarł amerykański woodcraft Ernesta Thompsona Setona. Natomiast wpływ jednego z działaczy wooderafterskich, Johna Hargrave'a, angielskiego pisarza, grafika oraz założyciela i wodza organizacji Kibbo Kift Kindred, jak też angielskiej organizacji „„Zakon Rycerstwa Leśnego” /Order of Woodcraft Chivalry/, nie był na tyle znaczący, aby pozostawił w założeniu czeskiego wooderaftu trwalsze ideowe ślady. Wyjątkiem była książka Hargrave'a pt. „Listy z wigwamu”. która w czeskim tłumaczeniu została wydana w 1925 roku i która przez krótki okres czasu wywierała pewien wpływ na część członków Ligi. Charakterystyczne było to, że w okresie od założenia woodcrafterskiej organi- zacji w Czechach w 1912 roku, do początku drugiej wojny światowej panowała zdecydowana negacja skautingu Baden-Powella, reprezentowanego w najwięk- szej mierze przez „Svaz junaku skautd a skautek” / Związek junaków skautów I skautek/, zresztą ze strony tego związku odwzajemniona. Nie dotarły również z Niemiec, zresztą bardzo inspirujące i głębokie w założe- niach ideowych i metodycznych, myśli ruchu niemieckich nowych skautów „Bund deutscher Neupfadfinder” lat dwudziestych naszego stulecia. Wymienione stanowisko i ideowo wychowawczy profil czeskiego ruchu wood- crafterskiego spowodowały dotkliwą izolację ruchu i organizacji wobec czeskie- go społeczeństwa i były przyczyną nieprzyjaznych zwrotów, od początkującej tazy rozkwitu aż do okresu upadku i milczącego zahamowania rozwoju. Tak niewiele, ale chociaż tyle trzeba było powiedzieć, aby przystąpić do opisa- nia sytuacji po roku 1989, kiedy skończyła się w Czechach, podobnie jak w in- nych krajach pozostających dotąd pod wpływem komunizmu era podporządko- wania się sowieckiemu dyktatowi w „czasach nieżyczliwych” lat 1948 do 1989. 118 121) Woodcrafi - leśna wiedza i leśne braterstwo Zdrój leśnej mądrości Powstały na przełomie XIX i XX stulecia (konkretnie w 1902 roku) ruch wood- crafterski skierował się ku wrażliwym sercom ludzi na całym Świecie i do dnia dzisiejszego jego nie słabnąca moc przynosi nowoczesnemu człowiekowi głębokie doznania prawdy, piękna, siły i miłości. Kiedy E. T. Seton tworzył zasady 1 reguły ruchu woodcrafterskiego, w bardzo szczęśliwy sposób zostały połączone: element pobytu na łonie przyrody z mądrością narodów Indian oraz drogą poznania 1 roman- tyczną malowniczością. Po wielu skomplikowanych dziejowych przejściach i zda- rzeniach woodcraft dotarł do punktu, który jest zwiastunem jego przyszłej drogi. Współczesny Świat pozostaje w oczekiwaniu trzeciego tysiąclecia. Obecnie ob- serwujemy czas komputerów, thrillerów filmowych, narkotyków, ale również czas lawinowo narastającego problemu podatności na subkultury młodzieżowe, demoralizacji, patologii i przemocy, powodowanej brakiem jakiegokolwiek wzorca wychowawczego i refleksji nad celem i sensem życia. Jaką więc przy- szłość ma dziś przed sobą Światowy, w tym i czeski woodcraft, jak widzimy i oceniamy jego sytuację? Oto jest pytanie! Ogień, rozniecony czystą iskrą, powstałą poprzez tarcie drzewek, oświetla krąg doradczy woodcrafterów i ogrzewa ich twarze taj samo jak ogień rozpalony za- pałką. Ogień powstały przez tarcie drzewek według sposobu pierwotnych naro- dów, nie posiada żadnych fizykalnie wymierzalnych wielkości i wydawałoby się, iż te dwa ognie w niczym się od siebie nie różnią. A jednak chodzi tutaj o ogień inny dla każdego, kto kryje w sercu myśli leśnej wiedzy — puszczaństwa. Ogień ten jest symbolem filozofii woodcraftu i w bezpośrednim kontakcie również bar- dzo ważną rzeczą. Ognie obozowe, rozpalane przez tarcie drzewek, przeszły całą historię ruchu woodcrafterskiego. W czasach rozwoju i dojrzewania organizacji, prowadzonej charyzmatycznym duchem E. T. Setona, woodcraftem zainteresowa- ło się wielu ludzi z wielu krajów całego świata. Powoli jednak zainteresowanie wygasało i po śmierci Setona w 1946 roku płonęły już tylko osamotnione ognie. Pojedyńczo można było zauważyć je tylko w USA, Wielkiej Brytanii i w małym kraju wśród Europy — w Czechach. Jak Feniks z popiołów Woodcraft był zawsze udziałem niedużej grupy szczepów, które w swoich szeregach miały wybitnych myślicieli 1 działaczy. Ich wpływ nie skończył się 119 122) Woodcraft - leśna wiedza i leśne braterstwo wraz z zakazem czeskiego woodcraftu w 1948 roku, lecz trwale działał w półle- galnym środowisku obozowiczów, sportowców, turystów i skautów. Tam leśna mądrość rozwijała się zwłaszcza w łonie dziecięcych szczepów. Bardzo poważnym wydarzeniem w 1970 roku, w atmosferze totalnego komuni- stycznego tłumienia wolnego myślenia, było wydanie czeskiego przekładu „„Księ- gi leśnej mądrości” Setona w opracowaniu Miłosza Zapletala, zasłużonego pisarza i skautowego działacza. Nie małym osiągnięciem czeskiego woodcraftu było roz- powszechniające się używanie przy obozowaniu indiańskich namiotów tipi, przy czym obok elementów zewnętrznych folklorystyki indiańskiej między czeską młodzieżą zapuścił swoje korzenie model indiańskiej wiedzy według Setona. Wydarzenia „aksamitnej rewolucji” w byłej Czechosłowacji umożliwiły ożywienie organizacji woodcrafterskiej — Ligi leśnej mądrości. Ognie nowej wolności zapłonęły jasnym płomieniem na czeskich i słowackich terenach: w Czechach, Morawach, na Śląsku Opawskim i Cieszyńskim. Dnia 2 czerwca 1990 roku wyzwolona została tłumiona przez lata myśl puszczańska. Jak bajkowy egipski nieśmiertelny ptak Feniks, powstały z własnych popiołów i odmłodzony, tak ruch woodcrafterski odtworzył się z kilku szczepów, które przetrwały „czasy niesprzyjające”. Ruch ten powstał głównie z praskich i wywo- dzących się z okolicy Pragi, grup pracujących dotąd pod egidą sportu i turystyki. Powstał zarząd Ligi i zaczęło wychodzić czasopismo „Bizonf vitr" /Wiatr bizoni/ i informator „Totemovą deska /Tablica totemowa/. To odrodzenie poprzedzone było długą drogą woodcraftu do serc czeskich i słowackich obozowiczów, trampów, skautów i woodcrafterów. W tym wzglę- dzie zasłużył się wielce Miłosz Seifert, który udostępnił myśli woodcrafterskie, przetłumaczył podstawowe dzieła E. T. Setona 1 wzbogacił je swym własnym poglądem na program ruchu. Czas sukcesów i niepowodzeń Opisane w poprzednim rozdziale okoliczności spowodowały wzrost sympatii do nielegalnej dotąd Ligi leśnej mądrości, napełniony entuzjazmem, ofiarnością i wspaniałymi momentami niepowtarzalnego ,,po raz pierwszy” tych wszystkich, którzy o puszczaństwie dotąd tylko marzyli, niestety bez możliwości wzajemnej refleksji i bez kontynuowania wspólnego postępu. Po 1990 roku, w życiu Ligi leśnej mądrości, wystąpiły oprócz niewątpliwych sukcesów również pomyłki i błędy. Ze strony praskich organizatorów został 120 123) 124) Leśny Almanach popełniony - dziś niestety już nie do naprawienia - błąd, spowodowany fałszywym poczuciem wyłącznego prawa wykładania teorii i praktyki woodcrafterskiej. Po prostu odmówiono /nawet na pryncypiach federatywnych, połączenia Ligi z wcze- Śniej i niezależnie powstałą na wiosnę 1990 roku na Ziemi Ostrawskiej organiza- cji typu woodcrafterskiego. Organizacja ta po swoim zarejestrowaniu skupiła około dwóch tysięcy członków, a wiec więcej niż kiedykolwiek liczył poczet członkostwa Ligi. Pod nazwą „Woodcrafter — liga leśnej mądrości dzieci i młodzieży” w ciągu lat stopniowo odstępowała od pierwotnie przyjętego programu setonowskiego woodcrattu. Dziś pracuje raczej jako organizacja masowego typu, praktykując nowoczesne dyscypliny sportowe 1 rekreacyjne. Dalszym dużym błędem kierownictwa Ligi w dziedzinie ideowo metodycznej treści działania było uparte dążenie do ortodoksyjnego trzymania się reguł seto- nowskiego woodcraftu lat trzydziestych, w czym wyróżniła się kierująca grupa Ligi, reprezentowana przez naczelnika, ogniowca i przez nich popieranego euro- indiańskiego szczepu „Biały Wampum”. Nie wzięto pod uwagę potrzeby objęcia swoją działalnością czeskiego pojęcia leśnej mądrości według Miłosza Seiferta, a ponadto zignorowana została droga dziecięcych szczepów lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Rozłam, który powstał w wyniku postaw ówczesnego kierownictwa Ligi, spowodował nie tylko odpływ członków, w tym wybitnych działaczy Ligi, lecz również stał się przyczyną stagnacji ideowej w organizacji. Do tego dołączył się spór o wprowadzenie niezbędnych zmian w przestarzałych tekstach „Zwitku kory brzozowej woodcraftu”, błędnie uzasadniany potrzebą na- zbierania doświadczeń w tej zasadniczej kwestii. W związku z tymi pomyłkami, doprowadzonymi arogancją w kierowaniu organizacją przy poczuciu suwerenno- ści, nastąpiło w Lidze 1deowo-organizacyjne zahamowanie, doprowadzając do licznych rezygnacji szeregu wartościowych woodcrafterów i całych szczepów z uczestnictwa w życiu Ligi. Woodcrafterska bibłlia-„Zwitek kory brzozowej” Podstawowym źródłem ukierunkowania drogi woodcraftera jest wzmiankowa- ny już „Zwitek kory brzozowej woodcraftu”. W „Zwitku” opisane są warunki osiągnięcia poszczególnych Orlich Piór za „czyny” i „wielkie czyny”. W porównaniu do skautingu Baden-Powella metody wychowawcze woodcraftu posiadają bardziej wyrazistą indywidualną i psychologiczną podstawę, realizowaną na zasadach koedukacji. Prócz demokratycznej struktury szczepowej, skompono- 122 125) Woodcraft - leśna wiedza i leśne braterstwo wanej z różnych grup wiekowych, istnieje w nich rzeczywiste wodzostwo, nie narzucane, nie dyrygowane przez dorosłych i zakładające respektowanie zdolno- Ści i fachowości osobnika. Sukces metodycznych założeń przejawia się w nara- stającej samodzielności, pewności siebie i w poczuciu prawdziwości, otwartości i dostojności członków woodcrafterskiego klanu i szczepu. Teksty tego wielkiego podręcznika — „„Zwitku” przedstawiają orientację na „rycerski ideał wychowawczy” z współczesnego punktu widzenia jako problema- tyczną i wyrażają się krytycznie wobec Baden-Powellowskiego „obywatelskiego wychowywania”. Czynią to dlatego, iż wychowywanie w lojalności Baden- -Powellowskiego typu w połączeniu z forsowaniem takich cnót, jak posłuszeństwo, podporządkowanie się autorytetowi oraz gotowość do służby i poświęcenia się nie mogą już w dzisiejszych czasach być wyłącznym celem edukacji, bowiem — jak historia uczy — nie wykształcona politycznie młodzież może być użyta jako narzędzie w złym celu. Wychowywanie do demokracji /również jako sposób życia/ wymaga pojęcia między innymi kompetencji, jak na przykład umiejętności do krytyki, decydowania i postępowania. Socjalne i polityczne nauczanie zawarte w tekstach „„Zwitku”, wyjaśnia drogi edukacji w poznawaniu demokracji. Pozostaje pytanie, czy system Orlich Piór jest dostateczną motywacją dla współczesnego młodego człowieka. Wydaje się że tak, ponieważ odpowiada wartkim i współzawodniczącym charakterom tak samo, jak rozważnie postępują- cym osobnikom. Probłem stanowiły przede wszystkim przestarzałe warunki dla osiągnięcia Orlich Piór czy Mistrzostw leśnej wiedzy, jak również ich zaszeregowanie, na którym czas wycisnął swoje piętno. Po latach metodycznego zastoju Liga wydaje nowy „Zwitek” w 1997 roku, gdyż jego wcześniejsza treść była sformułowana przez Setona ostatnio w 1930 roku. Jest to czyn, który swoim znaczeniem przybliży czeski woodcraft dzisiejszym czasom. Mistyka Ogniowiec wrzucił do ognia obozowego wiązkę polan i łuna zalała krąg siedzą- cych postaci. Naczelnik — starszy, majestatyczny mężczyzna upewnia się raz jesz- cze, czy kandydat do otrzymania leśnego tytułu Sagamora spełnił wszystkie po- trzebne warunki w sposób honorowy i uczciwy. Dziesiątki oczu śledzą w napięciu prosty ceremoniał. W tym wspólnym spojrzeniu tkwi siła, która umożliwia pokonać przestrzeń, prowadzącą na Górę Poznania i zająć miejsce między 123 126) Leśny Almanach innymi pątnikami. Za każdy wykonany „czyn” lub „wielki czyn” przybywa Orle Pióro do fikcyjnej indiańskiej przepaski, a pątnik postępuje o kroczek wyżej po stokach Góry. Leśny tytuł oznacza miejsce, które pątnik do tej pory osiągnął w drodze na Górę Poznania. Chyba nie ma wątpliwości, że woodcraft nigdy nie będzie ruchem masowym. Jego metodyka nie jest usposobiona do prostego przekazywania, więc każdy powinien dotrzeć do celu własną drogą. Kiedy mówiliśmy o rzadkiej, wspólnej sile chwili, która pozwała opuścić zwykły przedział powszednich trosk, to wtedy wielką rolę odgrywa mistyka woodcraftu. Ta kwestia jest złożona, lecz w bardzo prosty sposób można powiedzieć, że nieodzowna atmosfera ceremonii i obfitość mistyczna jest opoką woodcraftu. Przy tym niezbędna jest znajomość i respektowa- nie pewnej granicy, która powinna w sposób wrażliwy wyznaczać przestrzeń dla fantazji, malowniczości i „podnoszenia duchowego. Dla każdego z nas ta granica leży gdzieś indziej i nie można jej — szczególnie u dzieci — dowolnie przesuwać. W ruchu woodcrafterskim malowniczość ma magiczny wpływ na podświadome cechy osobiste i dotyczy leśnych imion, barwnych strojów, obrzędów, mistyki ognia obozowego oraz malowniczego i dostojnego zachowania woodcrafterów. Dla zrównoważenia mistyki w woodcrafcie XXI wieku jest jeszcze dużo przestrzeni i ta kwestia nie będzie chyba przyczyną podstawowych rozbieżności. Będzie też w pełni przestrzegana reguła o respektowaniu wiary poszczególnych członków — woodcrafterów. Poselstwo Indianina Spostrzegawczy i uważny czytelnik dzieł Setona domyśla się, iż nawet taki marzyciel, jakim był Seton — Czarny Wilk, nie zamierzał zmienić zmęczonego cywilizacją białego człowieka w Indianina. Odwrotnie, ze wszystkich sił zbierał przykłady i dowody na to, jak można przedstawić Indianina jako wzór, godny naśladowania. Miał na myśli aktywne, przemyślane 1 pełne sensu naśladowanie Indianina, nigdy jednak jego ślepe kopiowanie. Nie przejmowanie jego kultury i duchowości, lecz polepszanie kultury i duchowości własnej. Nie dążenie do indiańskiego sposobu myślenia, lecz wzbogacanie własnej myśli o mądrości, którą w obfitej mierze znalazł w naturalnym społeczeństwie według wzoru idealnego czerwonego człowieka. Celem woodcraftu bowiem nie jest wychowywanie wood- craftera na Indianina, a jeśli taki obraz przeszedł do świadomości publicznej, jest to głęboki błąd, mający swoje korzenie w postawie byłego dowództwa Ligi w latach 1990 do 1996. A więc odwrotnie, podstawową myślą jest podniesienie ducha przez 124 127) Woodcraft - leśna wiedza i leśne braterstwo samego siebie. A jest obojętne, czy czerpiemy u tych czy innych pierwotnych narodów obraz „człowieka bez lęku, fizycznie zdatnego, łaskawego w życiu”, jak mówi Seton. Wydaje się, iż ten pogląd nie został jeszcze w szeregach członkowskich Ligi zupełnie przyjęty w pełnej swej treści. Stale jeszcze pojawiają się wyniki błędnego mechanicznego dzielenia charakteru poszczególnych woodcrafterskich szczepów na euroindiańskie, traperskie /,,zalesiackie / i te, które krzewią kulturę ludzi epok starożytnych /czeski szczep ,Neolit” wykazuje żywą aktywność i osiąga interesujące wyniki metodyczno-wychowawcze/. A okoliczność, że publiczność jeszcze stale posądza działalność Ligi jako dążenie do imitacji życia Indian łącznie z ich kulturą i kultowymi realiami, jest jednym z głównych grzechów wcześniejsze- go kierownictwa Ligi pod dowództwem jej byłego naczelnika i byłego ogniowca. Seton sam zaoferował poselstwo czerwonego człowieka, takie samo poselstwo możemy znaleźć u antypodów jak też u dawnych prasłowiańskich przodków w na- szym kraju. Droga ku korzeniom, pojmowana często jako pusty frazes, jest tutaj okazją do odnajdywania siebie samego. Bowiem nie imitacja, lecz inspiracja tymi korzeniami jest kamieniem węgielnym woodcrafterskiego wychowywania. Obozowanie na łonie przyrody Podstawowym elementem pracy woodcrafterskiej jest obozowanie. W tym sensie działanie czeskiej organizacji leśnej mądrości znajduje się na właściwej drodze. Bowiem tylko taki człowiek, który w bezpośredni sposób przeżył pobyt w przyrodzie, zdolny jest głęboko poznać myśli leśnej wiedzy. Obozowanie w przyrodzie jest środkiem tego poznania, nie zaś jego celem. Dlatego ważne jest obozowanie w umiarkowanie prymitywnych warunkach, powiązane z jak najmniejszym obciążeniem cywilizacyjnym. Jednakże w sposób rozumny należy wystrzegać się przekraczania miary prymitywizmu. Obozowanie w przyrodzie jest sztuką, nie zaś walką o przeżycie /survival/ za wszelką cenę. Równocześnie niezbędne jest praktykowanie nowoczesnych sportów, korzystanie z współcze- snego sprzętu i ekwipunku oraz uprawianie wszelkiego rodzaju turystyki. Perspektywy Drapieżnie i bez skrupułów przebiega życie z końcem dwudziestego stulecia. Mało kto znajduje czas, by popatrzeć w stronę wierzchołków drzew w lasach, by na chwilę zatrzymać się przy pożółkłym igliwiu i suchych konarach leśnych porostów, zniszczonych działaniem człowieka i zastanowić się, dlaczego tak jest. 125 128) Leśny Almanach A jeszcze mniej ludzi świadomych jest tego, co trzeba uczynić, aby świat nie staczał się ku zniszczeniu swojego ekologicznego systemu. Nastał czas, aby przyjąć zdecydowane stanowisko i popierać naprawę ogólnie zgubionego stosunku do przyrody. Liga leśnej mądrości powinna w jasny sposób sformuło- wać swoje poglądy i realizować je konkretnymi czynami. Chwalebną rzeczą jest takt, że w pracy poszczególnych szczepów pojawiają się programy ekologicznej aktywności, które są konsekwentnie realizowane. Jest rzeczą niezaprzeczalną, że każdy zwolennik puszczaństwa odnajdzie w pra- cy Ligi sens i wartość własnego życia. W nie zniszczonym zakątku przyrody, przy woodcrafterskich ogniach spotka go szereg przyjaciół i pozna duchową głębie setonowskiej sentencji, że „Woodcraft is lifecraft" — woodcraft jest mądrością życia pod błękitnym niebem, gdzie panuje szczery i inspirujący duch. Według Jerzego Cerwinki-Brka opracował Wayseeker Piśmiennictwo: 1. Ernest Thompson Seton: Zwitek kory brzozowej woodcraftu. Tłum. Milan Klimóanek. Katowice 1992 2. Ernest Thompson Seton: The Book of Woodcraft and Indian Lore. Londyn 1912 M. K.: E. T. Seton-dziedzictwo przyszłości. ,„Gość Niedzielny” nr 44. Katowice 1990 4. Deklaracja programowa Ligi leśnej mądrości — polska wersja. Katowice 1992 5. Kniha o woodcraftu. Żespół autorów. Katowice 1995 w 6. Daniel Rićan: Strućnć dójiny Geskoslovenskćho woodcraftu. Rękopis. Suchdol n/Odrou 1992 7. John Hargrave: Listy z wigwamu. Praha 1924 8. Kibbo Kift. Die Waldverwandtschaft. Berlin 1922 9. Statut organizacji Woodcrafter. Ostrava 1995 10. „Ćwik” — czasopismo leśnych harcerzy i woodcrafterów, nr 1 (22), 4 (25) 15 (26). Wrocław 1998 126 129) Totemowa tablica na obozie TOTEMOWA TABLICA NA OBOZIE Zawsze na każdym puszczańskim obozie przywiązujemy dużą uwagę do budo- wy totemowej tablicy, jak to czynili już dawni amerykańscy woodcrafterzy, znający ją jako „totem board”. Ona jest swego rodzaju wizytówką 1 dumą naszego szczepu. Jest właściwie reprezentacją naszego obozu, którą z zaintereso- waniem oglądają goście i inni przychodzący. Przed tablicą totemową każdy z nas leśnych harcerzy zatrzyma się zapewne kilkakrotnie w ciągu dnia; odczytamy tutaj różne informacje, jakąś interesującą nowość i tam, gdzie jest obóz większy i dysponuje zdolnymi druhami do redagowania obozowego zwitku ściennego, radzi przeczytamy codziennie zmieniającą się jego treść. Zawartość informacji i ewentualnego wątku o zabawnej lub nawet humory- stycznej nucie nie ma mieć charakteru chełpliwego czy pompatycznego i ma zachowywać dobrą miarę obrazu o naszym życiu w przyrodzie. 130) Leśny Almanach Nie lękamy się wykonania poniekąd wymagającej budowy totemowej tablicy. W tym przypadku proponujemy wyposażyć ją w solidny daszek z gontów dla ochrony przed deszczem. Na tablicy umieścimy hasło dnia, rozdzielenie różnych służb i ciąg nocnych wart, prognozę meteorologiczną, informacje o zaszczytach za wykonane na obozie czyny, wielkie czyny i o osiągniętych mistrzostwach leśnej mądrości. W zaciemnionym kącie tablicy umieścimy termometr i na dolnym brzegu tablicy skrzynkę pocztową na listy. W budowie przez nas projektowanej tablicy totemowej mogą uczestniczyć różni harcerze. Dla szczególnych kandydatów jest jej budowa okazją do spełnienia warunków czynu i wielkiego czynu w Czwartym Świetle „Księgi Orlich Piór” /Praca siekierą, punkt 1 i 2: ścinanie i obróbka drzewa, nacinanie gontów z kłody - „Zwitek kory brzozowej woodcraftu” str. 113/ oraz mistrzostwa łeśnej mądrości / Obozowy rzemieślnik - Eokid: prace z drewnem - „Zwitek kory brzozowej woodcrattu” str. 144/. Obozową tablicę totemową budujemy niedaleko totemu szczepowego. Pozostaje jeszcze kwestia „„patronatu” nad tablicą: o nią będzie troszczyć się strażnik totemu, który prócz tego ma na obozie wyznaczone jeszcze inne czynności. Jeśli wam uda się budowa pięknej tablicy totemowej, będziecie mieli możli- wość jej podstawowe części przenieść do waszej Świetlicy w mieście, gdzie wam równiez będzie dobrze służyła, będąc przypomnieniem letniego obozu. Old Kap: „Leśnym śladem” 128 131) Indianizm jako element wychowawczy w ruchu woodcrafterskim INDIANIZM JAKO ELEMENT WYCHOWAWCZY W RUCHU WOODCRAFTERSKIM Woodcraft założony jest nie tylko na skutecznych i bezpośrednich obserwa- cjach przyrody, lecz również na odkryciach nowoczesnej nauki przyrodniczej. Podstawą jego systemu wychowawczego jest teza, iż rozwój osobnika powtarza w formie skróconej rozwój gatunku. Chłopiec 1 dziewczyna, zanim dorosną i ujmą w swoje ręce funkcję w nowocze- snej społeczności, przechodzą złożony rozwój. Z przyjemnością podporządkują się prawom grupy rówieśników, zbliżając się do przyrody, do zwierząt, zajęci myślą o łowach i walce, chętni do wypróbowania podstawowych samozachowaw- czych funkcji: budowania mieszkania, przygotowania strawy, troski o odzież, obchodzenia się z prostymi narzędziami, ozdabiania swoich rzeczy i środowiska najprostszymi środkami, które są pod ręką, stowarzyszenia się w celu wzajemne- go wypróbowania sił i współpracy przy uroczystych ceremoniach. Młodzi ludzie przy tym poznają praktyczne działanie elementarnych reguł moralnych i zasad współżycia, a więc poznają to najważniejsze, czego będą w przyszłej życiowej ry- walizacji i politycznych wydarzeniach demokratycznej społeczności potrzebować. W ten sposób z egoistycznych, prymitywnych stworzonek stają się społecznie zorientowanymi ludźmi. Ernest Thompson Seton, z żywymi wspomnieniami junackich lat, jak je przed- stawił w „Dwu dzikusach”, „Rolfie w lasach” i w swojej autobiografii „Droga przez życie i przyrodę”, wszystko to dobrze pojmował i wyciągnął z tego praktyczne wnioski. Wiedział dobrze, że młodzieży potrzebny jest barwny, bliski 1 życiem kipiący, bohaterski i prostolinijny wzór, który można rozumieć i później naśladować w życiu na obozie. Sam Seton-Czamy Wilk wypowiada się o tym, jak szukał takiego konkretnego żywego wzoru, lecz wszystkie postacie białej rasy, które wchodziłyby w grę, po kolei odrzucił, widząc małą ich przydatność do tego celu. Zdecydował się na wzór Indianina, pierwotnego, bohaterskiego czło- wieka, żyjącego w prosty sposób w naturalnym środowisku i w harmonii z nim. Białą cywilizację uważał Seton w jej istocie za materialną /dziś powiedzielibyśmy konsumpcyjną/, natomiast kulturę czerwonego człowieka za wyraźnie duchową, 129 132) Leśny Almanach polegającą nie na gromadzeniu mienia, lecz na służbie współplemieńcom. Świadom różnorodności Indian, gdy nie wszyscy mogliby służyć jako wzór, postanowił jako programowe hasło dla wyboru elementów godnych naśladowania uznać: „To najlepsze od najlepszych Indian”. Załóżmy, iż Seton miał do Indian najbliżej ze swoimi chłopięcymi tęsknotami i ideałami i że działało tutaj również istnienie kontynentu Północnej Ameryki, gdzie przeżył najbardziej szczęśliwe lata swoich wolnych wędrówek za pozna- niem przyrody, i zbadajmy, czym dla nas może być wzór Indianina dawnych bohaterskich czasów swobody i wolności, tego prostego, naturalnego człowieka, użyteczny przy wychowywaniu woodcrafterskim. Stosunek do naturalnego i życiowego środowiska Żyjemy w świecie, z którego znika jeden naturalny gatunek za drugim jako nieodwracalna i niezastąpiona strata. Ci, którzy nie znają głębiej przyrody, nie mogą tego dobrze ocenić i nawet nie potrafią wyobrazić sobie, co to właściwie znaczy. Spójność poznania przyrody z szacunkiem do niej jest na tyle oczywista, że jest ona trafnie wypowiedziana słowami: „Poznaj i chroń!”. Indianie, jakkol- wiek ich leśne i preriowe szczepy żyły z łowów, mieli do zwierzyny łownej swo- je poważanie: uwazali siebie za zaprzyjaźnionych ze zwierzętami i chronili je przed wytępieniem. Potrafili je obserwować i blisko zapoznawać się z ich przyzwyczajeniami, z ich cyklem życiowym. Całe to czułe nastawienie, zakotwi- czone w legendach, mitach i symbolach /totemy z „przodkami” zwierzęcymi/ może młody człowiek od nich przejąć i przyjąć do swojego wnętrza na całe życie. Myśląca ręka i pierwotne rzemiosła W czasie pobytu na obozach i biwakach w przyrodzie sprawdzi się tylko ten, który nie przyzwyczaił się do tego, by polegać na zdobyczach technicznej cywilizacji i na służbie za zapłatę, ten, który przyswoił sobie podstawy samoobsługi. Jeśli bierzemy wzór z Indian, możemy od nich przejąć wiele z praktycznych metod budowania mieszkania, zakładania ognia, przystosowania strawy, higieny cielesnej i duchowej, wyrobu narzędzi i pomocy dla ćwiczeń I gier. To jest solidna podstawa dła życiowej drogi i dła opanowania naturalnych materiałów i naturalnych sił, chociażby na końcu tego procesu nauczania była nawet praca z komputerem. 130 133) Indianizm jako element wychowawczy w ruchu woodcrafterskim Wyszumienie się i kultywowanie sił instynktowych i instynktów

Nie tylko nasza fizyczna struktura i funkcja, lecz też wszelka ludzkość polega na pewnej organicznej istocie. Młodość nie powinna tłumić w sobie biologicznych impulsów, lecz pozwolić im działać w rozwijającej się nieszkodliwej formie gry i przeprowadzić ją do dojrzałości w transformowanym, uduchowionym podobień- stwie. W różnych częściach świata, nawet w Europie do dziś wybuchające wojny i zbrojne spięcia, doprowadzone całą grozą bestialskiej brutalności, pokazują ile tkwi w nas łowieckiej i walecznej agresywności. Można ją wszak wyładować w terenowych grach w przyrodzie i w przyzwoitej rywalizacji sportowej i wysubtelnić ją pod kontrolą intelektu, przyzwyczajonego do dotrzymania reguł „fair play”.

Indiańskie gry i gra w Indian są do tego jakby stworzone. Zauważmy tylko, jak rezonuje serce przy brzmieniu bębnów i bębenków, jak krew zacznie szybciej krążyć w rytm dzikiego tańca, jak wszechstronnie rozgrywa ciało indiański lakros! A co dopiero gry tropiące w wolnej, bogato ukształtowanej krainie!

Etos grupy społecznej — szkoła demokracji

Jeśli tutaj mowa o etosie, to chodzi tu o całokształt norm regulujących zachowanie członków danej zbiorowości. Amerykański badacz przeszłego stulecia, Lewis Henry Morgan, który został przyjęty jako członek równoprawny irokezkiego szczepu Seneca, a który na studium społeczności rodowej w pradawnej epoce ukazał, jak celowo, organicznie i z jakimi efektami demokratycznymi była organizowana rodowa społeczność indiańska. Wynikiem tej organizacji byli dumni, waleczni, zdyscyplinowani, lecz w swoich sercach wolni Indianie, których wytrzymałość i moralność podziwiamy po dziś dzień, chociaż owa instytucja społeczności rodowej należy już do przeszłości. Szczep podzielony na rody /klany/ jest podstawową jednostką organizacyjną życia woodcrafterskiego, naśladuje w celowo zmienionej formie społeczny ustrój indiański, ma swoje reguły wyrażone w systemie szczepowym w „Zwitku kory brzozowej woodcraftu” i w innych dziełach. Dobrowolne podporządkowanie się wszystkim tym regulaminom i postanowieniom szczepowym jest podstawową szkołą życia w społeczności demokratycznej, która jest potrzebna społeczności jak sól.

Tradycje woodcrafterskich sejmów, obrad, rozmów 1 rozlicznych ceremonii, ustanowionych przez Czarnego Wilka według indiańskich wzorców organizacyjnych są integrującymi, uszlachetniającymi i pociągającymi ramami tego uspołeczniającego wychowania demokratycznego. 134) Leśny Almanach Etos uświadomionego indywiduum — cel właściwego wychowania wszystkich czasów Przeciwległym i równocześnie logicznym wynikiem społecznej edukacji jest wszechstronnie rozwinięty osobnik. Kolektywizm i indywidualizm w mądrej wychowawczej koncepcji nawzajem uzupełniają się i ściśle współdziałają. Wychowujemy w grupie /kolektywie/ i dla społeczności, ale rezultatem naszego wychowania jest osobnik, ewentualnie zespół jednostek, które są wszechstronnie wyposażone, aby w takiej formacji społecznej, do której ich przyprowadzi życie odegrać według okoliczności czy potrzeb swoją pozytywną, twórczą rolę. Młody człowiek przygotuje się do życia tak, że próbuje i ćwiczy swoje siły, wybiera sobie w przebiegu swoich dotąd nie sprecyzowanych zainteresowań pole swojej działalności, marzy o swoim przyszłym życiu, ma o sobie pewne zdanie, które udoskonala, skupiony jest na swojej kształtującej się osobowości. O tym pamięta woodcrafterski system wychowawczy w mierze maksymalnej za pośrednictwem ścieżki wtajemniczenia poczynając, przez zdobywanie Orlich Piór, Mistrzostw leśnej wiedzy 1 zróżnicowanym systemem leśnych stopni /tytułów/ kończąc. Zauważmy, jak poważnym bodźcem w pracy nad sobą jest proces, w któ- rego ciągu młody „waleczny” człowiek dobiera sobie swoje leśne imię, identyfi- kuje siebie przybraniem symbolu podpisowego, wziętego z indiańskiego pisma obrazkowego, oswaja sobie znaczenie różnych /totemowych/ artystycznych wyrazów, które maja charakteryzować jego stosunki, ideały i typowe właściwości. Malowniczość we wszystkim — estetyczne i uczuciowe ramy ideałów woodcraftu Etos, jeśli ma stać się fundamentalną częścią osobowości, musi być w niej zakotwiczony i połączony w jedność uczuć, rozumu i woli, w systemie myślowym i w powiązaniach uczuciowych. Wzmacnia się je praktycznie w codziennym działaniu w kazdych okolicznościach. 132 135) Indianizm jako element wychowawczy w ruchu woodcrafterskim 2 Malownicze środowisko, wytworzone własnymi rękami, ewentualnie w współpracy wszystkich członków rodu czy szczepu, w świetlicy i na obozie, nawet w osobistym kąciku mieszkania, ułatwia owe zakotwiczenie przeżyciami estetycznymi, które następnie kolejno łączą zasady moralne w duchową pełnię. Tęskni do niej każdy człowiek wychowany w kulturze, nawet jeśli się do tego nie przyznaje, to dzieje się to w sposób podświadomy. „Woodcraft is lifecraft”, mówił Seton — leśna mądrość jest życiową mądrością Jewentualnie umiejętnością/. Schludnie zadomowione i ozdabiane wnętrze namiotu tipi, ubranie z drobnymi upiększającymi elementami, które mają osobiste znaczenie za pośrednictwem intymnie znajomej symboliki, ślady własnego wysiłku - w wolnych chwilach, niekiedy potajemnie zdobytych z obiegu powszednich pracowniczych dni - na przykład obozowe potrzeby poczynając od siekiery z własnoręcznie wyrobionym toporzyskiem, przez łuk i strzały aż po mokasyny - to wszystko to sercu drogie przedmioty, które nie tylko są narzędziami i rzeczami praktycznego użytku, lecz materialnymi przejawami ideałów młodości, które będą nas prowadzić przez życie jako drogie nam relikwie. One będą w nas zawsze rozpalać życiodajny ogienek naszej lepszej jaźni. Przez dziesiątki lat próbują woodcrafterzy na różny sposób rozwiązać w prak- tyce kwestię — nie bez ostrych starć poglądowych —: czy może tą rolę wzorca wy- chowawczego we wszystkich wspomnianych funkcjach reprezentować kultura pierwotnych naturalnych ludów i ludzi innej rasy, z innych epok i z innego kon- tynentu? W zasadzie trzeba odpowiedzieć na to pytanie pozytywnie. Kwestia przesuwa się potem raczej do pozycji: jak daleko? 133 136) Leśny Almanach Na pytanie, o identycznej treści, chociaż inaczej postawione, odpowiedział w takim samym duchu Seton czechosłowackim woodcrafterom w Pradze w 1936 roku. Pytali go: - Czemu dać pierwszeństwo: indiańskim czy słowiańskim elementom? - Odpowiedział im w następujący sposób: - U młodszych chłopców jest większe zainteresowanie elementami indiańskimi, ale dla starszych jest chyba stosowniejsze późniejsze studium folkloru własnego narodu. Wasz program musi być zdecydowanie elastyczny! Gdzie znajduje się więcej zaintere- sowania dla elementów słowiańskich, nie sprawiajcie im przeszkód, lecz odwrotnie. Ta wypowiedź nie rozwiązuje naszej kwestii do końca i raz na zawsze. Nie myślimy, że Seton jako dawno zmarły założyciel woodcraftu mógłby rozwiązać zagadnienia kolejnej ewolucji, która posuwa się naprzód własnym rozwojem nieustających zmian. Trzeba więc krytycznie ocenić, które realne okoliczności wchodzą w rachubę przy praktycznym rozwiązywaniu wyboru tego czy owego pierwotnego naturalnego narodu jako momentu inspiracyjnego przy wytwarzaniu woodcrafterskiego współżycia w szczepie, zwłaszcza o ile chodzi o jej zewnętrz- ne ramy — styl ozdabiania plastycznego, obrzędowość, muzykę, pieśni i tańce, przykłady historyczne, legendy i bajki. Na pierwszym miejscu stawiam fakt, iż kultura indiańska w epoce swojego pełnego rozkwitu Śśledzona i zanotowana została przez rozwiniętą europejską historiografię, etnografię i następne nauki społeczne. Mamy więc do dyspozycji bogaty materiał, z którego moglibyśmy czerpać. Owej pozytywnej okoliczność brakuje zwłaszcza u pierwotnych naturalnych narodów, które zamieszkiwały kontynent europejski, a więc i u naszych słowiańskich przodków — bieg czasu za- tarł znajomość bogactwa europejskiego i słowiańskiej pierwotnej kultury, podczas gdy od 1492 roku została cała kultura indiańskich narodów ujawniona nagłym odkryciem amerykańskiego kontynentu przez białą rasę. Egzotyczność sytuacji Indian jako ludzi naturalnych na kontynencie amerykań- skim, wywiera wielki wpływ na wyobraźnię młodzieży, zwłaszcza europejskiej. Pozostaje w niej dostateczna przestrzeń dla romantycznych wyobrażeń, włączając w to idealizację i mity. W samotnej Ameryce i w Kanadzie nie ma bezpośredniego kontaktu z dzisiejszymi Indianami — którzy w wielkiej części ulegli degenerującym wpływom cywilizacji białych — kontaktu, który sprzyjałby rozwojowi myśli indiań- skiej w woodcrafcie. W narodach czeskim, słowackim, polskim i chyba w innych narodach słowiań- skich, pozostaje znaczący wpływ i tradycyjne sympatie do Indian jako do naro- 134 137) Indianizm jako element wychowawczy w ruchu woodcrafierskim dów gnębionych, uciskanych i wyniszczonych, ze względu na analogiczne do- świadczenia historyczne narodu własnego, uciskanego przez potężnych sąsiadów. Jeśli patrzylibyśmy na indianizm oczyma następującej całoeuropejskiej integra- cji, posiada indianizm bezsporną zaletę, bowiem jest on dla wszystkich narodów europejskich kosmopolitycznym, skupiającym elementem, pozbawionym nacjonalizmu. Odwrotnie, dokąd mielibyśmy na myśli niebezpieczeństwo wynaradawiania i z niego płynącego lekceważenia czy ignorowania tradycji własnego narodu, przychylimy się na pewno ku elementom słowiańskim. W czeskim woodcrafcie odzywały się po pierwszej wojnie światowej w świeżo usamodzielnionym narodzie mocne odgłosy i tradycje pierwotnych drużyn czeskich Psiogłowców i słowackich Górnych Chłopców. Teraźniejszość kosmopolityczna naprzeciwko temu przeżywa eksplozję ortodoksji indiańskiej, w niepożądany sposób „pokrzepiony” przez euroindianizm. Na szczęście całkowity obraz czeskiego woodcraftu urozmaica szczep archeologii eksperymen- talnej, nawiązujący do tradycji naszych przodków, jak też niektóre szczepy i grupy „zalesiaków” londonowskich. Libor Pecha — Norek Samotól: „Kniha o woodcraftu”. Katowice, 1995 135 138) Leśny Almanach BENIAMINEK NA OBOZIE Każdy z harcerskich czy skautowych komendantów letnich obozów powinien przy przyjmowaniu przedszkolaka na obóz pamiętać o tym, iż jego rodzice chowają w swoich sercach marzenia, które w pewnym sensie są rozdwojone: chcieliby mieć dziecko sprawne fizycznie i samodzielne, lecz w podświadomości wystrzegają się sytuacji, w których dziecko mogłoby się zdolności fizycznej i samodzielności nauczyć. To dotyczy w stu procentach harcerskich czy podobnych obozów, gdzie komendant przyjmuje dzieci w przedszkolnym wieku. Rodzice takich uczestników obozowego życia wprost cieszą się, że dziecko na kilka dni opuści obszar ich pola widzenia i tym samym ich nadzór i opiekę wychowawczą. Z drugiej zaś strony obawiają się o dziecko. Ich obawy są największe o pociechy najmłodsze. Jeśli spytalibyśmy malucha, czy chętnie jechałby na obóz, usłyszymy najczę- ściej zaprzeczenie. Nie trzeba się tym zbytnio przejmować, takie zaprzeczenie dziecko wyraża wobec wszystkiego, co jest dla niego nieznane. W tej sytuacji współpraca instruktora harcerskiego łub wodza skautowego z rodzicami jest bardzo pożądana. Wspólnie przekonują dziecko i wyjaśniają mu, dokąd pojedzie, jak długo tam będzie przebywało, gdzie i jak będzie spać, co będzie jeść i jaki program zajęć obozowych go czeka. Jeśli chłopak czy dziewczynka nie będą się z góry z wyjazdem zgadzać, wtedy grozi całej akcji niepowodzenie. Nie można spodziewać się, że dziecko, które nawet przed wyjazdem na miejscu zbiórki będzie się wzbraniało, złagodnieje i zmieni zdanie po spojrzeniu na pachnący las i płomienie obozowego ogniska. Myślę, ze dobrze robi instruktor, który zadecyduje, że przyjmie na obóz dziecko, które już ukończyło pierwszą klasę — jest to mądrość, oparta na wielu doświadcze- niach. Bowiem przedszkolak jest uczuciowo jeszcze mocno związany z rodzicami i wobec tego tej różanej strony rozłąki w postaci przygód w przyrodzie nie przezyje. Pewnym lekarstwem na przyzwyczajenie się dziecka do rozłąki z rodzicami byłoby jego spędzenie przez nie kilku dni u babci, cioci lub w kręgu dobrych znajomych bez ronienia strumieni łez. Letni obóz nie jest bowiem idealną 136 139) Beniaminek na obozie premierą dla rozłąki dziecka z matką — taką rzecz powinien adept czy adeptka na uczestnictwo w obozie mieć dawno za sobą. Niejedno dziecko jest w dobrej psychicznej kondycji już po ukończeniu pierw- szej klasy, inne może potrzebować do niej jeszcze jednego roku. Tutaj wchodzi w grę zaufanie rodziców do instruktora, któremu na obozie przypada obowiązek stałej opieki nad grupą, w której będzie się znajdować ich dziecko. On w pilnym przypadku powiadomi telefonicznie rodziców o ewentualnej niekorzystnej sytu- acji, w której się dziecko znalazło. Myślę, że nie jest dla rodziców ani dla kierownictwa obozu kompromitacją czy wstydem, jeśli pierwszoklasista odejdzie z obozu przed jego zakończeniem. Z taką możliwością dobrze jest się liczyć z góry przed rozpoczęciem obozu. Nie można doradzić rodzicom takiego malca, aby sobie zorganizowali w tym samym czasie swój urlop — uważam to za zbyt ryzykowne. Wayseeker: „Leśnym śladem” 137 140) Leśny Almanach O ZNACZENIU WIGILII Wigilia — to jest bardzo stare słowo. Najczęściej wyjaśnia się je jako przed- dzień, — dzień poprzedzający, ma też znaczenie nocnego czuwania, połączonego z medytacją. O wigilii pisze się w najbardziej rozmaitej literaturze religijnej i historycznej, jest częstym obyczajem ceremonialnym, obchodzonym w niektórych religiach I wyznaniach. Słowo wigilia w życiu starych Rzymian znaczyło straż, czuwanie i była to część nocy równa trzem godzinom. W naszym polskim życiu wigilia jest dniem poprzedzającym święto kościelne, zwłaszcza przed świętem Bożego Narodzenia. Wigilia — aby uzupełnić znaczenie tego słowa, jest również tra- dycyjnym posiłkiem wieczornym w dniu, poprzedzającym święto Bożego Narodzenia. W woodcrafterskich obyczajach i rytach zakotwiczona jest wigilia jako dobro- wolne poddanie się rozmyślaniu i refleksjom w celu wyższego pojęcia sensu dro- gi na szczyt Góry Poznania. Wiemy też o wielu wielkich ludziach, często osobach świętych, którzy w zupełnej samotności, nie zakłóconej posiłkami, uciszali i wzmacniali rozmyślaniem i modlitwą swoją duszę. Przez medytację szukali ludzie wszystkich czasów, wszystkich narodów i wszystkich poważnych religii wyższego stopnia swojego myślenia, swojego zrozumienia i swojego pojmowania. Dwa są warunki do sukcesywnego realizowania jakiegokolwiek rodzaju wigilii. Pierwszym z nich jest pewna osobista gotowość do tak poważnej sprawy, drugim warunkiem jest możliwość fizyczna dla niezakłóconej samotności w przyrodzie. W czasie letnich obozów najlepiej znajdzie się stosowna chwila, kiedy wszystko sprzyja całonocnemu odosobnieniu dobrze przygotowanego człowieka — chłopca czy dziewczyny — na odpowiednim miejscu. Może to być na przykład osamotnio- ne wzgórze nie opodal obozu. W równinnym kraju leśna polanka czy łąka wśród lasów, bardzo przydatny jest też samotny brzeg jeziora. Tam, przy ognisku, utrzymywanym przez całą noc z szacunkiem dla ognia i w dowód nieprzerwanego czuwania — człowiek nie śpiąc rozmyśla. I bywa tak: jest noc, bezmierny nocny nieboskłon iskrzy się milionem gwiazd; z lasów, wydychających nocny chłód, tu i tam słychać odgłosy zwierząt. Przy małym ogniku siedzi młodzieniec, na ramionach koc, bowiem chłód nocy już 138 141) O znaczeniu wigilii dotkliwie go przenika, prawie że pełgający ogienek daje więcej światła niż ciepła. Ubiegło juz kilka godzin, od kiedy chłopiec odszedł z obozu, odprowadzony przez rady bardziej doświadczonych i przez życzenia sukcesu od ogółu... Lecz co jest tym sukcesem, i czy on musi każdym razem przyjść? Tak jak powoli uspokaja się myśl, przepełniona wrażeniami z przeżytego dnia, tak jak coraz więcej zaczyna działać czar samotności i bezmierna sugestia firma- mentu nad głową / a bezchmurna noc jest wprawdzie najskuteczniejsza, nie jest to wszak warunkiem /, przychodzą nowe, zupełnie inne myśli, odróżniające się od tych, które na bieżąco zajmują człowieka wśród ludzi, zadań i przeżyć obozo- wych. Człowieka ogarnie coś świętego, czego nie da się wypowiedzieć słowami. Nie zawsze dojdziemy ku jakiemuś „uniesieniu” czy „zachwytowi” lub ku jakiemuś wyższemu pojęciu i zrozumieniu. Przemawia do nas noc, głosy lasu, a najbardziej cisza, która po kolei przenika wszystkie zmysły i w końcu też serce. Wszystkie powszednie, pospolite uczucia milczą, aby ustąpić przebłyskom wyższego poznania. Nie spodziewajcie się zawsze jakiejś wizji czy „głosów”. Ci, którzy rzeczywiście coś świętego przeżyli, nie będą o tym nigdy mówili w sposób chełpiący czy lekkomyślny. Tylko samo przeżycie wielkiej samotności, działanie czaru nocy, sam fakt rozważania wśród majestatyczności przyrody jest unikalną wartością. Oczyszcza duszę i serce, wyzwala od małostkowości, uczy pojmować nowe i wyższe kryteria i rozmiary życiowe. Powróci zawsze wzbogacony, kto idzie z otwartą duszą i prostym, czystym sercem na swoje samotne miejsce nocnej wigilii. Jest to — w małej skali — kawałek realizacji idei wspinania się na Górę Poznania. Nie bądź zawiedziony, jeśli przy swojej pierwszej wigilii nie dojdziesz jakiegoś wyjątkowego, olśniewającego, wzruszającego psychicznego przeżycia! Spróbuj tego znów kiedyś indziej, postaraj się innym razem lepiej się przygotować. Chyba przyjdzie taka chwila i zupełnie spontanicznie, nieoczekiwanie, choć przy nocnym czekaniu na pociąg w zapomnianej stacyjce kolejowej na prowincji. Czy w godzinie, kiedy przy późnym powrocie do domu zatrzymasz się chociaż u jeziora, abyś godzinkę, czy dwie posiedzieć na jego brzegu. Nigdzie nie stoi napisane, gdzie, kiedy lub jak długo musisz czuwać, abyś znalazł zrozumienie, abyś usłyszał głos ciszy i samotności. Tej świętej chwili nie musisz nazywać wigilią — to wszystko są tylko pomocnicze, nie trafne słówka. Ważne jest tylko to, jakiego uniesienia i jak głębokich uczuć i zrozumienia doświadczysz. Najgorsze co mogę sobie wyobrazić, to jakieś zaplanowane wigilie, wykony- wane rutynowo według ustalonego przepisu, z celem pochwalenia się i „„zgłosze- 139 142) Leśny Almanach nia” na wyższe „miejsca ”: spełniliśmy w tym roku tyle i tyle wigilii, nadaliśmy tyle i tyle leśnych imion. Po prostu, aby z tak poważnej sprawy stała się sprawa masową czy nawet przedmiot osobistej pychy. Wystrzegaj się takiej organizacji, gdzie owe wzniosłe rzeczy, bardzo osobiste, chciałby ktoś w ten sposób zrozu- mieć czy przepisywać. Do potrzeby wigilii musi każdy dotrzeć sam. Nie wszyscy będą mieć takiego marzenia, nie wszyscy będą mogli zrozumieć ich sens i znaczenie. A ich rezultat — jeśli będzie taki — poniesie każdy w swoim sercu i wywrze wpływ na całe jego przyszłe życie. O majestatycznych, doniosłych głosach, którymi do nas ludzi przemawia Tajemnica, nie opowiada się. Ladislav Rusek — Śaman 140 143) Czytanie o pisaniu (kroniki) CZYTANIE O PISANIU (KRONIKI) Zachować w sobie radość z pięknych i szczęśliwych przeżyć dla chwil mniej radosnych, jest marzeniem ludzi od niepamiętnych czasów. Dlatego juz człowiek pierwotny swoje bohaterskie czyny rzeźbił w skale łub rył w wilgotnym ile. W ten sposób zachowywał je na przyszłość, gdy mogły mu w tej postaci dodatkowo i powtórnie dostarczyć radość i zadowolenie. Praca harcerskich drużyn i woodcrafterskich szczepów na wycieczkach i obozach — ile tu wesołych chwil, barwnej działalności i przygód! Nic dziwnego, że również tutaj sięgamy po środki, które umożliwiłyby nam zachowanie nawet części tego bogactwa i rozmaitości przeżyć na przyszłość. Dlatego w ciągu naszego programu rysujemy, małujemy, modelujemy, fotografujemy, filmujemy, piszemy osobiste dzienniki, drużynowe i obozowe gazetki i czasopisma. Jeśli myślimy o kronice, tu chodzi nam o coś większego. Przemyślana i dobrze prowadzona praca na kronice jest olbrzymim źródłem, które napędza twórczość i aktywność całej drużyny czy szczepu. Dobrze przygotowany plan działalności drużynowej lub obozowej kroniki przewiduje zatrudnić harcerzy i woodcrafterów dla ich wielostronnej i różnorodnej twórczej działalności literackiej, plastycznej, jak i naukowej. Na jaki rodzaj kroniki zdecydujemy się? Ile drużyn, szczepów i obozów, tyle różnych rodzajów kronik. Zalezy to od wielu czynników. W pierwszej kolejności trzeba wziąć pod uwagę nasze mozżli- wości techniczne i materialne. Musimy mieć do dyspozycji zapas farb, kred, 141 144) Leśny Almanach papierów, klejów itp. Zważymy, czy mamy możliwość korzystania z pracy amatorskich fotografików, rysowników, poetów, reporterów i innych. Koniecznie musi być również ktoś ze starszych druhów czy braci, bardziej doświadczonych, zdolnych zająć się kierowaniem kroniką i potrafiący skupić koło siebie małą grupę współpracowników. Kronika może mieć kształt jedynej „księgi” lub można ją tworzyć częściami. W drugim przypadku mówimy raczej o czasopiśmie. Czasopismo ukazuje się co- dziennie, tygodniowo, dwutygodniowo, miesięcznie lub od czasu od czasu — spo- radycznie. Na obozie może wychodzić codziennie. Czasopismo jest bardziej ży- we, bezpośrednie w swojej aktualnej treści niż zapis w oprawionej księdze kroniki, ale bardziej wymagającą działalnością redakcyjną. Termin wydawania czasopisma jest nieubłaganie związany z upływem czasu i musi się ukazywać w każdych warunkach, chociażby jej treść ułożyć miała sama redakcja. Czasopi- smo piszemy na maszynie lub ręcznie, jego całość może być wykonana również przy pomocy komputera — to zależy od samego rodzaju i charakteru czasopisma I od naszych wzmiankowanych już możliwości technicznych i materialnych. Format czasopisma może być dowolny. Możemy też naklejać poszczególne rysunki na papier pakowy lub na kolorowe kartony. Ma to swoje zalety w tym, że rysunki można wybierać, sortować, opracowywać i dopiero przyczynki na odpo- wiednim poziomie naklejamy. Tekstowe 1 rysowane przyczynki jak też fotografie naklejamy do szpalt czy kolumn, jak jest to prowadzone w „rzeczywistych” gazetach lub czasopismach. Czasopismo zaleznie od warunków możemy powielać; tutaj natrafimy na kłopoty z ilustracjami i zdjęciami fotograficznymi, wymagających danej techniki reprodukcyjnej. Dlatego taki rodzaj czasopisma odpowiedni jest dla starszych harcerzy czy woodcrafterów. Jeśli zdecydowaliśmy się na typ kroniki w kształcie oprawionej księgi” , mamy również wiele możliwości. Kronika może być w głównej części ilustrowana rysunkami, malowidłami, zdjęciami fotograficznymi. Kronikę można uzupełniać różnymi ilustracjami, wyciętymi z prasy — z czasopism, magazynów, prospektów czy ulotek. Treść obrazkową uzupełniamy ręcznie sporządzonymi rysunkami lub kombinujemy z innymi ilustracjami dowcipnych kolaży. W tych przypadkach kro- nika zawiera mało tekstów, które tylko komentują obrazkowe reportaże i montaże. Przeciwieństwem będzie kronika o treści przeważnie tekstowej. Takiemu rodzajo- wi kroniki dajemy zawsze pierwszeństwo, jeśli nie dysponujemy w drużynie czy szczepie fotografikiem amatorem, czy mamy mało rysowników oraz ilustratorów. Teksty będą w tym przypadku przeważać, warunkiem jest wszak ich rozmaitość 142 145) Czytanie o pisaniu (kroniki) i przyciągająca oryginalność tematu. Tutaj nie zaspokoimy się artykułami czy rozdziałami typu „szkolna praca stylistyczna” — opowiadania niech przeplatają się z reportażami, felietonami, dowcipami, baśniami, zagadkami, listami, różnymi cytatami itp. Również ten rodzaj kroniki możemy uzupełnić wyciętymi krótszymi opowiadaniami, baśniami, pieśniami, rebusami, łamigłówkami z różnych czasopism młodzieżowych, ze starych kalendarzy, jak też z harcerskich i woodcrafterskich podręczników. Przy zapisach i notatkach dbamy o czystość językową i poprawność składniową, co ważne jest również przy pracy z czasopismem. Kronika jest nie tylko obrazem życia harcerskiej drużyny, szczepu woodcrafter- skiego czy pobytu na obozie. Zwracamy uwagę na przyrodę i okolice obozu, na życie zwierząt, rozmaitość roślinności, historię regionu, jego społecznego i ekonomicznego rozwoju, miejscowych obyczajów i tradycji. Interesującym rodzajem kroniki jest leporello. Najpierw przygotujemy taśmę, składaną jak harmonijka z grubszego pakowego papieru. Jeśli będzie to kronika obozowa, zarezerwujemy dla każdego dnia na obozie jedną stronę. Taka kronika może być rozłożona w wspólnym namiocie, zawieszona w namiocie — jadalni i jest tworzona przez redakcję codziennie przed oczyma wszystkich obozowi- czów. Kronikę można też pisać na poszczególnych kartach, które ułożymy do skrzynki, zrobionej z kory świerku czy brzozy przez umiejętnego obozowicza. Poszczególne karty kroniki będą w ten sposób do dyspozycji dla wszystkich uczestników obozu. Na jednym z naszych obozów zrobiliśmy kronikę w szczególnie interesujący sposób: codziennie pod redakcyjnym parasolem przymocowaliśmy arkusz białe- go papieru, zaopatrzonego w datę. Przy arkuszu położone zostały pomoce do pisania i rysowania. Każdy z obozowiczów mógł do godziny 16-tej napisać na arkusz dowolny tekst i narysować jakiś obrazek. W tym terminie kółko redakcyjne opracowało całość i w ten sposób została jedna strona kroniki za pewny dzień wykonana. Codziennie powstawał interesujący i z upragnieniem oczekiwany list kroniki, który wieczorem po zredagowaniu przenieśliśmy do wspólnego namiotu. Z tego, co wzmiankowaliśmy powyżej wynika, iż kronika opisuje życie druży- ny czy szczepu w ciągu całego roku, podczas gdy kronika obozowa ograniczona jest do czasu obozowania. Zapewne będzie bardziej uciążliwe realizowanie kroniki obozowej, gdyż na obozie brakuje czasu, który jest w całości wypełniony bogatym szeregiem przeżyć. 143 146) Czytanie o pisaniu (kroniki) Przygotowujemy kronikę obozową Nie można udawać się na obóz nie mając zielonego pojęcia, jaką kronikę zamie- rzamy robić, czego do tego będziemy potrzebować i kto będzie figurować w kółku redakcyjnym. Przed wyjazdem na obóz urządzimy małą wystawę starszych kronik, w ten sposób podniesiemy zainteresowanie pracą, połączoną z kroniką. Między druhami znajdziemy, według najbardziej żywego zainteresowania, przyszłych członków zespołu redakcyjnego. Wykonamy wstępne rozmowy z potencjalnym głównym redaktorem i omówimy szczegóły pracy z korespondentami, ilustratora- mi i fotoamatorami. Niemniej ważne jest materialne zabezpieczenie przy pracy z kroniką. Do inwentarza obozowego dołożymy skrzynie lub karton, do niego za- pakujemy wszystko potrzebne: zapas papieru — papier formatu A4, wykresowy róż- nych wielkości, kolorowe papiery, papier pakowy, kolorowy papier gumowany, ko- lorowe kartony, papier dekoracyjny. Następnie zaopatrzymy się w różne farby: tem- perowe, wodne, pastele, węgiel, dalej w gumki, kleje, pędzie płaskie i włosowe. Nie zapomnimy o nożycach, żyletkach, pineskach, szpilkach, dołączymy również kolo- rowe tusze I inkausty, pióra i patyczki. Wreszcie zapakujemy zestaw starych ilustro- wanych kolorowych czasopism /dziecięcych, młodzieżowych, turystycznych, przy- rodniczych/. Tylko solidne przygotowanie umożliwi nam szybkie rozpoczęcie pra- cy z kroniką zaraz po przyjeździe czy przyjściu na obóz. Kółko redakcyjne na obozie Naszą działalność oprzemy o pracę członków kółka redakcyjnego. Oni będą gromadzić przyczynki i nowości, rysunki i zdjęcia fotograficzne. Członkowie redakcji będą ciągle zainteresowani tym, aby w kronice pokazało się jak najwię- cej informacji, różnych przyczynków i rysunków o życiu na obozie. Praca nad kroniką wykonywana jest przeważnie w czasie przerwy południowej, w wol- nych godzinach programu itp. Kółko redakcyjne ogłosi konkurs na najlepszy rysunek przyrodniczy, najlepiej wykonany reportaż o społecznej działalności obozowiczów, np.: o pracach żniwnych, w szkółkach leśnych; zorganizuje też konkurs fotograficzny itp. W ten sposób uruchomimy szeroką działalność, połą- czoną z kroniką. Bywa wszak, że działalność po pierwszych dniach obozowania „usypia”, o przyczynach tego stanu rzeczy redaktorzy nic nie wiedzą. 144 147) Leśny Almanach SKRZYNKA Z KORY LEPORELO CZASOPISMO 145 148) Leśny Almanach Co czynimy, aby praca nad kroniką nie upadła? Kazdy początek jest ciężki. Początkowo nie możemy oczekiwać lawiny propo- zycji. Chłopcy żenują się, są nieśmiali, pierwsze głębokie przeżycia obozowe zatrudniają ich myśli na tyle, że nie mają ani czasu ani chęci do współpracy nad kroniką. Główny redaktor w tym celu „zamówi” przyczynki u najbardziej „wiernych” i najbliższych współpracowników. Będą to przyczynki interesujące i barwne. Szybko pokażemy gotowe strony czy karty obozowej kroniki, tym podchwytujemy zainteresowanie i pobudzamy ambicje i chęć do pracy. Według planu działalności na obozie wybierzemy najważniejsze wydarzenia do obozowej kroniki i z góry umówimy ze współpracownikami, który z nich będzie zbierał materiały dotyczące poszczególnych zdarzeń. Do współpracy musimy zaprosić ilustratorów i malarzy; tym oddamy przyczynki do uzupełnienia rysunkiem czy dekoracyjnym motywem. Główny redaktor będzie się starał w delikatny sposób doradzić, wypożyczyć potrzebny podręcznik czy inną literaturę. Kółko redakcyjne musi wymyślać stale coś interesującego, aby kronika była magnesem, który przyciąga następnych obozowiczów ku twórczej działalności. Najważniejsza rzecz to ukończyć kronikę obozową Zycie obozowe upływa bardzo szybko. Zbliża się zakończenie obozu i tym samym zamknięcie pracy nad kroniką. Kółko redakcyjne czyta jej treść, sprawdzając czego w niej jeszcze brakuje. Jeśli pokaże się jakaś luka, trzeba znaleźć autora, który ten niedostatek dopełni swą twórczością. Wreszcie ukończymy pracę nad kroniką ogólną oceną jej poziomu ideowego i wychowaw- czego, odpowiednią z charakterystyką zrealizowanego obozu. Pozostaje tylko stworzyć stronę tytułową kroniki, by nadać jej styl. Zadecydu- jemy o rodzaju jej oprawy czy poniechania jej poszczególnych wolnych kart w skrzynce. Jako załącznik będzie specjalna koperta czy skoroszyt lub nawet segregator z materiałami pisemnymi czy fotografiami, nie zaszeregowanymi do kroniki. Po obozie prowadzimy krótką dyskusję o osiągnięciach i mankamentach pracy kółka redakcyjnego i współpracowników. Po obozie dopłyną jeszcze do nas fotografie z wywołanych filmów naszych fotoamatorów; zdjęcia posegregujemy i włączymy do treści kroniki bądź też wytworzymy specjalny załącznik z pracy naszych fotografików. W żadnym przypadku nie dopuścimy, aby kronika została nie dokończona. 146 149) Czytanie o pisaniu (kroniki) Kronika zastępu czy klanu Kronikę taką może pisać i tworzyć również harcerski zastęp czy woodcrafter- ski klan. Taka kronika nie jest dziełem jednego osobnika, bowiem szłoby w tym przypadku o rodzaj kroniki osobistej czyli dziennika. W pracy z kroniką zastępu czy klanu uczestniczą według możliwości wszyscy jej członkowie. Wymagania dotyczące prowadzenia kroniki zastępu czy klanu są mniejsze niż jest to w przypadku kroniki drużynowej czy obozowej. Format i cały jej charakter jest skromniejszy, również standard jakości przyczynków nie może być tak wysoki. Niekiedy wystarczy zapisywanie spotkań, wycieczek i innych akcji zastępu czy klanu według daty, a więc chronologicznie. W ten sposób otrzymamy jakiś pisany film o życiu i przygodach zastępu czy klanu. Wystar- czą krótkie 1 dowcipne notatki i opisy, ewentualnie dopełnione rysunkiem, zdjęciem fotograficznym. Zawsze staramy się, aby forma takiej kroniki była schludna i co do stylistyki miała odpowiedni poziom. Co się tyczy dowcipów, które przychodzą naturalnie jako perełki z przygód zastępu czy klanu i jego członków, trwamy przy zasadzie: z dowcipem, lecz przyzwoicie i nie złośliwie. Unikamy w ten sposób nieporozumień i konfliktów między członkami. Kronika ma formę książki. Jej oprawę zrobimy sami z brzozowej kory, skóry czy tekstylu. Oprawa może być również wyszywana, wypalana, pomalowana. W całości będzie pokazem umiejętności i zdołności członków przy stylizowaniu notatek, dokumentem o poziome kultury i uczucia dla sztuki. Posłanie Kronika podaje nam bogate i kompleksowe spojrzenie na drużynę, szczep, zastęp czy klan, ich życie i pomaga nam tworzyć tradycje poszczególnych jednostek organizacyjnych i całego ruchu. Dobra i prawdziwa w swej treści kronika jest również użyteczną szkołą dla każdego harcerza, woodcraftera i jego instruktorów, wodzów czy naczelników. Z kroniki mogą czerpać pomysły i doświadczenia i wzbogacać swoją wiedzę. Drużyna, zastęp, szczep i klan miałyby często wertować w swoich kronikach, rozmyślać nad życiem harcerzy 1 woodcrafterów w ubiegłych latach, pogłębiać tradycje nawiązywaniem do wszystkiego, co z dawnego życia przetrwało do dziś, co jest wypróbowane, co potwierdziło się 1 co miałoby zostać zachowane. Kronika jako rodzaj literatury zostanie „studnią” tematów i pomysłów, recept na pracę, radości 147 150) Leśny Almanach i przygody, które przeżywa nasza młodzież w harcerstwie leśnym i ruchu woodcrafterskim. Vladimir Maródek: „Dziennik Śląskiego Wodza”, Opawa, 1969 ge 148 151) Opowieść o dziewczynie o imieniu Zbożowa Snieć OPOWIEŚĆ O DZIEWCZYNIE O IMIENIU ZBOŻOWA ŚNIEĆ W jednej indiańskiej wsi szczepu Hopi żył piękny młodzieniec imieniem Tęczowa Młodość. Każdego dnia, nim słońce wzeszło, ćwiczył się w bieganiu i ofiarowywał Słońcu i innym bogom dary, aby stać się silnym i zwinnym. W ciągu dnia i w nocy pozostawał w domu. Pewnego dnia ogłosił, iż ożeni się z dziewczyną, która zmiele mąkę tak miałko, że przyklei się na wielką muszię, wiszącą na ścianie jego mieszkania. Wkrótce wszystkie dziewczyny marzyły o tym, by wyjść za mąż za pięknego młodzieńca zwanego Tęczowa Młodość. Wszystkie więc poczęły trzeć i mleć mąkę jak najde- likatniej. Jedna za drugą wchodziły do domu Tęczowej Młodości i rzucały swoją mąkę na muszlę. Lecz ani jedna mąka nie przykleiła się na muszlę i rozsypała się po podłodze. Zawstydzone, jedna po drugiej odchodziły do swoich domów. We wsi żyła też dziewczyna zwana Zbożowa Śnieć. Była ciemnej karnacji i nie była piękna. Jej bracia szydzili z niej, dla czego nie wyjdzie za mąż za Tęczową Młodość. Wówczas ona odpowiedziała, że spróbuje. Ale bracia śmiali się z niej utrzymując, że Tęczowa Młodość nie dotrzymałby obietnicy. Kiedy Zbożowa Śnieć miała swoją mąkę przygotowaną, poszła do domu Tęczowej Młodości. Zwrócił się do niej uprzejmie i prosił, aby wstąpiła do wnętrza i usiadła. Potem spytał: — Czego sobie życzysz? - Przyszłam po ciebie — powiedziała. - Dobrze — odrzekł Tęczowa Młodość. Wziął garść jej mąki i rzucił ją na wiszącą muszlę. Mąka przykleiła się. - Dotrzymam danego słowa — powiedział. — Obiecałem, że ożenię się z dziew- czyną, której mąka przyklei się na moją muszlę. Twoja mąka przykłleiła się, dłatego pójdę z tobą. Oboje wyprawili się do domu Zbożowej Śnieci, bowiem kiedy mężczyzna ze szczepu Hopi ożeni się, żyje w rodzinie swojej zony. 149 152) Leśny Almanach Bracia i matka Zbożowej Śnieci byli zaskoczeni, że piękny młodzieniec ożenił się z tak brzydką dziewczyną, ale byli zadowoleni, że młodzieńca mogli przywitać w ich domu. Kiedy przyszedł czas wieczerzy, Zbożowa Śnieć odeszła do innego pomieszczenia, z którego przyszła na wieczerze inna, przepiękna kobieta i usiadła z wszystkimi do stołu. Tęczowa Młodość zastanawiał się, dla czego jego żona nie jest obecna, lecz nie pytał o to. Kiedy przyszedł czas Snu, jego szwagier wyjaśnił mu, że ta przepiękna kobieta jest jego małżonką, dziewczyną Zbożowa Śnieć. Jej ciemna cera i brzydkie rysy były tylko maską, którą w nocy odkładała i pokazywała się, jaka naprawdę była, tylko swojej rodzinie. W rzeczywistości nie była zwykłą kobietą, lecz boginią! Dziewczyny, które chciały wyjść za mąż za Tęczową Młodość, były rozłosz- czone i zazdrościły jego żonie. Stroiły sobie z niego żarty, lecz on nie troszczył się o to bo wiedział, że jego żona w rzeczywistości jest piękniejsza niż którakol- wiek z dziewczyn. Po kilku latach powiedziała Zbożowa Śnieć, że jako bogini nie będzie już żyć z śmiertelnikami a z całą swoją rodziną znikła w ziemi. Na miejscu, gdzie odeszła do Ziemi, Indianie Hopi do dziś modlą się do Zbożowej Śnieci jako do bogini i proszą ją, aby przesłała im dobre ziarno. Ernest Thompson Seton: „Opowieści od obozowego ognia” JZKHZKHŻK 150 153) O naturalnym obozowaniu O NATURALNYM OBOZOWANIU Wakacje skończyły się i na wielu miejscach zarastają ścieżki i tereny, wydeptane przez uczestników letnich obozów. Do miast powrócili obozowicze wzbogaceni o tygodnie przeżyte na łonie przyrody. Jednak tylko niektórzy z nich uzyskali bardziej szczery 1 głębszy stosunek do przyrody. Wcale nie wszystkie obozy i wcale nie wszystkie szczepy i drużyny korzystają z możliwości, które obozowanie w przyrodzie oferuje. Szereg uczestników letnich obozów poznało przyrodę tylko jako więcej czy mniej odpowiednią przestrzeń do spędzenia części wakacji, jako lepszą czy gorszą salę gimnastyczną i w gorszych przypadkach jako więcej czy mniej przyjemne lokum dla wylegiwania się. Wielu o pięknie naturalnego obozowania nie wie w ogóle niczego. Nic dziwnego, że dzieci nie mają poprawnego stosunku do przyrody. Dorośli członkowie rodu homo sapiens, wyrośli bez kontaktu z przyrodą, z której dawno powstali, odnoszą się często do przyrody jak żarłoczne szkodniki. Jednym z niewielu lekarstw na podstępną i zdecydowanie nie wrodzoną chorobę imieniem społeczeństwo konsumpcyjne jest właśnie naturalne obozowanie. Umożliwia znalezienie równowagi w stosunku do żywej i martwej przyrody, pozwala nawiązać kontakt z przyrodą, uczy stosownej skromności i umożliwia zajrzeć do własnego wnętrza. Naturalnego obozowania nie można oczywiście mylić z nieporządkiem, brakiem higieny i bezdusznym wylegiwaniem. Nawet w dobrym celu zamierzone obozowanie w stylu niektórego z pierwotnych czy dziko żyjących narodów nie jest gwarantem pożądanego wyniku, co dopiero partactwo bez jakiegokolwiek zamiaru. Zależy to — jak inaczej — od ludzi, którzy mogą być lepsi czy gorsi przy realizowaniu swoich celów i swoich wyobrażeń. Nie kazde obozowanie w przyrodzie będzie miało dodatnie skutki; jak jest to możliwe? Zbawienny skutek może mieć tylko celowa i z rozwagą utrzymywana droga z drużyną lub zastępem. Jej znalezienie nie jest jednak łatwe. Bowiem do tej pory nie ma prawie żadnej wymiany poglądów dotyczących stosowności czy nieodpowiedniości różnych sposobów naturalnego obozowania. Nie ma stopnio- wego poszukiwania lepszej drogi, nie ma żadnego rozwoju naprzód. Jest to tak, 151 154) Leśny Almanach jak byśmy oczekiwali, że ktoś przyjdzie i wszystko sam wyjaśni. Wprawdzie ruch wooderafterski tą myśl szczerze śledzi już przez szereg lat i w ostatnim czasie odbył kawał drogi naprzód. Woodcrafterska droga jest jednak dla większych organizacji zbyt wymagająca i swoista. Naturalne obozowanie nie jest wszak w zadnym przypadku domeną ruchu woodcrafterskiego. W jaki sposób więc osią- gnąć jego większą popularność? Pójdźmy więc, abyśmy spróbowali znaleźć niektóre z założeń tego sposobu pobytu w przyrodzie i abyśmy mogli łatwiej znajdować swoją drogę. W ostatnich latach szybko rozwijają się różne sposoby obozowania w przyro- dzie. W naszym rozważaniu spróbujemy znaleźć odpowiedź na pytanie, co kryje się pod pojęciem naturalnego obozowania, i jakie powody prowadzą dla takiego prostego sposobu obozowania w przyrodzie. Sposoby obozowania Styl obozowania jest najbardziej widocznym znakiem. Im bardziej jest on pro- sty, tn mniej wytworów cywilizacji otacza obozowicza, tym bardziej zbliża się on do ideału naturalnego obozowania. Warto jednak pamiętać o dwóch ważnych ostrzeżeniach. Po pierwsze nie można przesadzać i zawsze trzeba szukać rozsąd- ny znak równości między zamiarem i doświadczeniem obozowiczów. Po drugie należy codziennie spędzać jak najwięcej czasu bez kontaktu z cywilizacją. Trafnym pośrednikiem miedzy obozowiczami i przyrodą może być namiot tipi, jak również namiot podobnego rodzaju / na przykład w Niemczech masowo uży- wany namiot „„Kohte” czy czeski „Zubrzyk” /lub krótkoterminowe spędzenie no- cy pod gołym niebem, wszędzie tam, gdzie jesteśmy najbliżej przyrody. Również namioty innych rodzajów, jak piramida, jurta, namiot z podstawą płócienną lub zrobioną z drewna nie są bez wdzięku. Mniej stosowne są turystyczne namioty najróżniejszych kształtów, jak okrąglak, igloo, tunel czy muszla, wyposażone w podłogę. Najmniej skutkują drewniane budki i domki kempingowe. Rodzaj obozowania stwarza tylko założenia i sam w sobie nie wystarcza. Tak na przykład znajdujemy w przyrodzie doskonałe indiańskie, skautowe czy traperskie i „zale- siackie” obozy, gdzie pobyt w namiotach tipi nie ma z naturalnym obozowaniem niczego wspólnego. Większość czasu spędza się tam przez przygotowanie drew- na, o swojej okolicy nie wiedzą zupełnie niczego, a ich postrzeganie ogranicza przyrodę na samą tylko kulisę. I przy tym akurat spostrzeżenia są niezmiernie ważną częścią całej drogi. Przypomina mi się widok na namioty malowniczo roz- łożone na brzegu łąki, płonący ogień i przyjaciele rozmawiający szeptem. Wywo- 152 155) O naturalnym obozowaniu łuje wrażenie wspólnoty, przynależności i bezpieczeństwa. Otaczająca przyroda jest w tej chwili częścią tego wrażenia i znaczy o wiele więcej niż jakakolwiek sala gimnastyczna. Jest domem tak jak kiedyś okolica wsi czy samotni, nim go wypchnęła obcość miasta. Stosunek do przyrody Jak już wspomnieliśmy, ważne jest kroczenie nie do samego opanowania świa- ta przyrody, lecz próba bycia jego częścią. Wszystko zależne jest od miary zrozu- mienia i pokory w stosunku do samej przyrody. Wielka odpowiedzialność ciąży na instruktorach 1 naczelnikach. Chodzi o sztukę znalezienia takich środków, któ- re dzieciom i młodzieży przyrodę przybliżą. Gry, praktyczne elementy programu i wychowawcze cele ruchu, wszystko powinno szanować i czcić przyrodę i liczyć się z nią jako z partnerem. Łąka jest nie tylko przestrzenią dla walki w lakrosie, ale też domem zwierząt 1 roślin. W lesie bierzemy drewno, ale równocześnie mo- żemy podziwiać drzewa jako godne uwagi osobniki. Po zawodach w wiązaniu węzłów znajdziemy czas na rozważanie o tym, co przyrodzie szkodzi i co jej przynosi korzyść. Obozowe budynki nie są oceniane według ich doskonałości i wielkości, ale również według ich komponowania się ze środowiskiem i troskli- wości oraz delikatności wobec niego. W konkursie o drewnianą kulajnogę /totem, średniowieczną procę, wartowniczą wieżę lub cokolwiek wykonane ręcznie/ nie zwycięży ten, który użyje najwięcej gwoździ, lecz ten, który swoją robotę zrobi najzręczniej. Nie chodzi o nic mniejszego, jak o drabinę wartości, którą kierownictwo obo- zu przedstawia 1 którą obozowicze bardziej czy mniej przyjmą / lub nabiorą do niej wstrętu/. Kiedy pójdziesz wraz z starszym i ogólnie poważanym przyjacie- lem na spacer do lasu, rankiem kiedy wszyscy w obozie jeszcze Śpią 1 z zachwy- tem słuchasz głosów ptasich i rozumiesz dobrze poinformowany komentarz, od- krywasz w sobie szczery stosunek do przyrody, a przecież o nim mówiono nie je- den raz. Poznawanie Bardzo ważną częścią naturalnego obozowania jest korzystanie z odwiecznej tęsknoty za poznaniem. Również zupełnie banalne i teoretyczne doświadczenia można interpretować w najrozmaitszych grach w taki sposób, że zainteresują i wejdą w Świadomość. To co jest ważne dla obozowicza i co mu zostanie 153 156)

przekazane zależy od kierownictwa obozu. Może to być rozważanie o mocy pie- niądza i panowaniu mafii podobnie jak szacunek do roślin czy poznawanie natu- ralnych narodów. Fantazja jest nieograniczona, prócz gier oferują nieprzebrane mozliwości właśnie estetyczne cacka z kulturowego skarbu naturalnych narodów ze wszystkich krańców świata. One są wybitną inspiracją dla naturalnego obozo- wania. Dotyczy to również wzorców ze spuścizny staropolskiego czy starosło- wiańskiego folkloru, starszej czy młodszej daty. Spotkanie z prostymi materiała- mi, ich opracowywanie 1 przede wszystkim praktyczne używanie własnoręcznie wytworzonych przedmiotów — to jest niesamowita okazja dla najrozmaitszej działalności obozowej, jak na przykład lepienie naczyń glinianych, odtwarzanie w modelinie paciorków szklanych, tkanie kolorowych krajek dawnymi metoda- mi. opowiadanie o środkach płatniczych, zakończone wybijaniem monet czy tworzenie drewnianych totemów bogów prasłowiańskich oraz podobne zajęcia. Wyroby z wikliny lub słomy, przygotowanie potraw, najrozmaitsze przedmioty z kości, drewna, metalu czy kamienia. Kiedyśmy przed kilku laty przygotowali pierwsze wypalanie ceramiki na obozie, nie przeczuwaliśmy, jak ono się skończy. Ogień płonął długo do nocy i ja w żarze węgielków w napięciu obserwowałem rozżarzoną ceramikę. Nie mogli- śmy doczekać się ranka. Obóz jeszcze spał, kiedy z obawami udałem się ku zagłębionemu ognisku, w którym ułożona była nasza ceramika. Delikatny popiół pokrywał wygasłe ognisko. W środku występowały obłe formy ceramicznych naczyń niby tajemniczy posłańcy z innego świata. Lekko pogłaskałem ciepławe jeszcze występy naczyń, szary nalot odchylił się pod palcami i ja zobaczyłem brązowo pomarańczowa powierzchnie naczynia. Po cichu obróciłem się 154 157) O naturalnym obozowaniu i powoli odchodziłem. Nie chciałem pozostałych chłopców drużyny wyprzedzić przed wspólnym odkrywaniem naszego pierwszego wypalania. Tego delikatnego dotknięcia wypalonej gliny nigdy nie zapomnę. Ochrona przyrody i powszednia ekologia Praktyczna strona ochrony przyrody i zachowania ekologicznego jest znaczą- cym dopełnieniem każdego stosunku do przyrody. Tutaj nie może być mowy o naturalnym obozowaniu bez włączenia owych elementów — naturalnie propor- cjonalnie do wieku i poziomu uczestników obozu. I tak może to być na przykład zaznajomienie się z chronioną florą w okolicy, prosta pomoc przy zagrożeniu, przykłady sortowania i przerobienia odpadków, konkretne oszczędzanie natural- nych źródeł, przygotowanie własnej Ścieżki pouczającej lub chociaż ogłoszenie małego dobrowolnego zadania z dziedziny ochrony środowiska na każdy dzień. Sztuka obozowania Żaden z projektów naturalnego obozowania nie obejdzie się bez elementarnej znajomości sztuki obozowej. Ażeby obozowanie miało właściwy wynik, musi być dła obozowicza przyjemnym przeżyciem. Do tego jednak z trudem dojdzie, jeśli obozowicz umiera ze strachu. kiedy będzie musiał narąbać drewna, że pierwszym uderzeniem siekiery trafi we własną nogę, nie potrafi naprawić sobie rozklekota- nego łóżka. Nie jest możliwe by tego zakresu obozowej umiejętności uniknąć i zaraz przystępować do niezwykłych przeżyć 1 przygód, które bez odpowiedniego przygotowania mogą się skończyć niepowodzeniem. Motywacja i duchowe nastawienie Jak świat światem, dobra motywacja służy jak najlepsze ogniwo między zamiarem i realizacją obranej drogi. Dlatego możemy znaleźć na letnich obozach najróżniej- szych łowców przygód, żeglarzy, Indian, podróżników, traperów „„,zalesiaków , starych Słowian. Motywacja używana jest z powodzeniem krótkoterminowo przy jednej jedynej grze, w czasie trwania obozu, ale też przez kilka lat istnienia szczepu czy drużyny. Jest pomocnikiem, obdarzonym wielka siłą i możliwościami. Jeśli wszak staje się ona celem samym w sobie, odsunie pierwotny zamiar bardzo daleko. Wyśmienicie funkcjonujący szczep, krzewiący na szeroką skalę indiański koloryt, bardzo szybko zapomni o przyrodzie. Chodzi o to, że tylko szczera motywacja, 155 158) Leśny Almanach chociaż prawie doskonała, nie wystarcza do tego, aby mali piraci, żeglarze, Indianie a nawet młodzi przyrodoznawcy znajdowali się automatycznie w pobli- zu przyrody. Niemniej, z rozmysłem użyta motywacja pomaga obozowiczom w pozbawieniu się nieśmiałości, usuwaniu skorupy obyczajów cywilizacyjnych na drodze do poznania własnej roli w przyrodzie. Z. motywacją kroczą ramię w ramię również duchowne podstawy działania kazdej organizacji, zajmującej się wychowywaniem. Harcerstwo, puszczaństwo, turystyka, organizacje ekologiczne oraz ochrony przyrody jak też dalsze organi- zacje przyczyniają się swoimi programami do wytwarzania właściwej drabiny wartości. W nich zawarta jest duchowna podstawa, na której instruktor i przewodniczący opiera się w ciągu przygotowań i do których nawiązuje. Zadaniem kierownictwa obozu, jest rozwijanie duchowych wartości i przekazy- wanie ich innym. Chodzi tutaj o religijne wartości i tym samym o duchową podstawę kazdej organizacji. Myśli i metodyka naturalnego obozowania najlepiej zawarte są w programie organizacji puszczańskich — woodcrafterskich. Podejście trampskie i turystyczne Inny rodzaj podejścia do problematyki naturalnego obozowania można zauwa- żyć u niezorganizowanych grup. Chociaż nie można przejść obok niego bez retleksji. jest bardzo trudno podchwycić jego podstawę. Do przyrody mają zdecydowanie bliżej trampi i nie organizowani wędrowcy różnego rodzaju. Chociaz tramping w Polsce nie jest do tej miary rozpowszechniony, jak na przykład w innych ościennych krajach, jak Niemcy, Czechy, Austria i Słowacja, przecież najbardziej szczery stosunek do przyrody ma u nich swoje trwałe miejsce. W ruchu trampowym można stwierdzić poważne podejście w kwestii stosunku do przyrody; tramping był zawsze miejscem, gdzie poglądy szlifowane były przez pryzmat rozsądku i uczucia a nie przez partyjne czy centralne kierownictwo. Turystyka zaś zmierza zwykle do dalekich krajów 1 wysokich gór, korzystając z techniki i doskonałego wyposażenia, które wszak w sposób istotny ogranicza wpływ przyrody na minimum. Tylko przezorni turyści dotrą do poznania, że prócz doskonałego sprzętu i ilości odwiedzonych krajów ich dążeniu potrzebny jest również naturalny wymiar. Całe szczęście, iz takich między nimi nie brakuje i po pierwszych zachwytach takim rodzajem turystyki tak czy siak wracają na łono przyrody. 156 159) O naturalnym obozowaniu Co jest to naturalne obozowanie Żyjąc w dzisiejszych czasach, zapomnieliśmy o dawnych doświadczeniach człowieka, który codziennie walczył o byt przeto bardzo mało wiemy o życiu na łonie natury. Zapomniane instynkty i naturalne zdolności, które zapewniają kontakt z przyrodą, nie zostaną wpojone młodzieży podczas jednego pobytu na letnim obozie. Ten, kto przestąpi próg własnego egoizmu, odkryje dawno zapomniane piękno i skarby duchowe — ludzie w sposób samobójczy budują sobie fortece”, by zażywać przyjemności oglądania telewizji, (nie wspominając o internecie). Aby nawiązać bliski stosunek z naszym pierwotnym środowiskiem, musimy postępować wolno i krok za krokiem ku wzajemnemu stosunkowi i ostrożnie wchodzić do nieznajomych krańców naszej osobowości. Naturalne obozowanie jest drogą, do poznania przyrody i samego siebie za pośrednictwem wzajemnego spotkania przy równoczesnym ominięciu zbędnych i zakłócających wpływów. Jest to styl pobytu w przyrodzie i system wartości, nie posiadający stałych zasad i przepisowej drogi. Niniejsze rozważanie ma na celu pomoc w rozważaniu potrzeby i możliwości naturalnego obozowania. Istnieje potrzeba rozwijania tego typu działalności, aby zmniejszyć dystans dzielący człowieka od przyrody. JiŃ Ćervinka — Brko opracował Wayseeker 157 160)

KIBBO KIFT KINDRED

Organizacje woodcrafterskie: „Woodcraft Indians” (Indianie puszczańscy) — założona w 1902 roku przez E. T. Setona, „Boy Scouts” (Chłopcy skauci) — założona w 1908 roku przez Roberta Baden-Powella, bądź też nowopowstające w różnych zakątkach świata, mają jedną wspólną cechę: na ich czele stoi dostojna osoba — założyciel, pełniący rolę patrona.

Dziś prawie zapomniani — a jednak między nimi wybija się nazwisko i osobliwa postać Johna Hargrave'a (1894-1982), angielskiego pisarza, rysownika, załozyciela i wodza organizacji Kibbo Kift Kindred. Jego ślad w historii międzywojennego europejskiego puszczańskiego ruchu jest bardzo znaczący a jego wpływ na ówczesną średnią Europę stale jeszcze nie doceniony. Hargrave — Biały Lis był reprezentantem ruchu woodcrafterskiego znanym w byłej Czechosłowacji, Niemczech, a nawet Polsce, gdzie jego sława była większa niż samego Setona.

Kim więc był John Hargrave? Fragmentaryczne wzmianki w skautowych i harcerskich publikacjach uzupełnia dobrze czytanie jego książek, dostępnych w niemieckim języku w polskich bibliotekach i wydanych w dwudziestych latach przez wydawnictwo „Der Weisse Ritter” (Biały Rycerz) w Berlinie. Z tej lektury powstaje obraz szczególnej, trochę zwariowanej, lecz przyciągającej opowieści o wyjątkowym zjawisku w skautowym i puszczańskim ruchu. Hargrave jawi się tutaj jako człowiek, kierowany swoim niespokojnym a nawet chaotycznym charakterem, a także człowiek przeniknięty siłą geniuszu. Dzięki swemu dziełu stał się częścią historii nowoczesnego angielskiego kulturowego i politycznego życia. Te wiersze mają przybliżyć profil Hargrave'a naszym harcerzom — zwłaszcza tym, którzy są młodsi wiekiem, starszym znów przypomnieć malowniczą postać puszczańskiego ruchu by na chwilę ich powrócić do czasów, gdy jako młodzi zwolennicy leśnej wiedzy spotykali się z nazwiskiem Hargrave'a.

Organizacja Kibbo Kift, która powstała w dwudziestych latach naszego wieku jako pacyfistyczny przeciwciężar skautingu Baden-Powella, zdobyła uznanie dzięki swojemu założycielowi i przywódcy duchowemu, twórcy reguł rytuałów, osnutych tajemniczością oraz dzięki osobliwym kostiumom, które Hargrave projektował dla swoich zwolenników. Ruch Kibbo Kift miał w swoich 161) początkach charakter niepoważnego prowincjalnego pokazu, wzbudzającego w wielkomiejskim obserwatorze uśmiech, aby w końcu stać się popularnym kierunkiem politycznym, znanym w całej Anglii. W 1920 roku od organizacji Baden-Powella, wszechmocnej „Boy Scouts” oderwany szczep Kibbo Kift przyjmował do swoich szeregów każdego bez względu na wiek i płeć, nazywał swoich członków braćmi i siostrami, czym odróżniał się od skautingu. Same Kibbo Kift znaczyło „próbę wielkiej siły” i pochodziło rzekomo od starej dialektologicznej sentencji z Kent czy Cheshire, — hrabstw w południowo-zachodniej Anglii i swoje pochodzenie wywodziło również ze starego języka norweskiego. Dokładne pochodzenie tego określenia nie zostało nigdy ustałone naukowo.

„Ruch przewidziany jest dla mężczyzn i kobiet i odrzuca jakiekolwiek różnice między tymi płciami” — napisane było w deklaracji pod tytułem „Wyznanie Kibbo Kiftu” (The Confession of the Kibbo Kift). Ruch starał się o zjednoczenie w swoich szeregach „zdrowych, powabnych, wdzięcznych kobiet i silnych mężczyzn o pewnym nastawieniu”. Ludzie nieestetycznego wyglądu byli uważani za „niemoralnych”. Owa część ideologii Kibbo Kiftu wskazywała na dążenie do forsowania kultu ciała. Prawdę mówiąc, ruch Kibbo Kift nie był ruchem wyłącznie młodzieżowym, ale organizacja zrzeszała dużą liczbę młodych ludzi.

Sam Hargrave charakteryzuje ruch Kibbo Kift jako „niezmienny, prostolinijny, zapładniający pryncyp, który dosięgnie swojego szczytu, kiedy wniknie do lenistwa i nada bezkształtności należną formę”.

Członkowie Kibbo Kiftu byli trochę jak hippisi, którzy wyprzedziłi swój czas o pięćdziesiąt lat. W sekcji pamiątek po Kibbo Kifcie w londyńskim muzeum znajdują się kolorowe flagi z dewizami, jak,„Gladstonbury — śmierć albo życie”, 162) „Wojna nie przynosi niczego dobrego”. Należący do ruchu nosili stroje w wszystkich odcieniach zieleni, uważanej za „kolor uzdrawiający”; czerwony kolor uważany był za kolor „przemocy, krwi i wojny” i w projektach strojów był dlatego pomijany.

Szczep liczył tylko kilkaset członków, natomiast miał dosyć wpływowych mecenasów. Na przykład członkiem rady szczepowej był Havelock Ellis, kolejnymi protektorami byli Julian Huxley, Rabindranath Tagore i H. G. Wells, ale żaden z nich, o ile było możliwe sprawdzić, nigdy nie ubrał się w szczepową tunikę, ceremonialny kostium herolda i inne części strojów Kibbo Kiftu. To co ich przyciągało, to fascynacja założycielem i „hetmanem” ruchu Johnem Hargrave — Białym Lisem (jak kazał nazywać się sam wódz Kibbo Kiftu). Kiedy John Hargrave zmarł w 1982 roku w wieku 88 lat, jego śmierć nie wywołała wśród publiczności żadnego echa. Tylko w dzienniku „Daily Telegraph" pokazała się notatka, w której Michael Wharton określił Johna Hargrave'a Jako „znakomitego Anglika. Przyjdzie czas, kiedy temu wyjątkowemu mężowi zostanie przywrócony jego rozgłos i on będzie oceniony tak, jak mu się należy”. John Gaston Hargrave urodził się w 1894 roku w Midhurst w hrabstwie Sussex Jako syn nędznego malarza i kwakra. Mimo że ledwo uzyskał regularne wychowa- nie i wykształcenie, stał się już w chłopięcych latach cudownym dzieckiem w zakresie rysunku i malarstwa. Mając lat piętnaście ilustrował książki, na przykład powieści Johna Bachana, i w ten sposób zarabiał na życie. W wieku siedemnastu lat był zatrudniony w gazecie „London Evening Times” jako główny karykaturzysta. W latach swojego dzieciństwa przeprowadził się ze swoimi rodzicami ze Sussex do Lake District i znów do Buckinghamshire. W tym czasie młody Hargrave rozbudził w sobie namiętne zamiłowanie do przyrody, podróżował, rozpoznawał gatunki drzew i roślin 1 uczył się żyć w wolnej przyrodzie. Zachwycał się Ernestem Thompsonem Setonem, pisarzem, który potrafił swoimi książkami o zwierzętach i Indianach wzbudzić u mnóstwa młodych ludzi marzenie o sposobie życia analo- gicznego do Indian a który w krótkim czasie został pierwszym mężem w organiza- cji „Boy Scouts of America”. Hargrave wstąpił jako czternastolatek w 1908 roku do ruchu skautowego Baden-Powella i wkrótce zwrócił na siebie uwagę przez swoją wiedzę i doświadczenia w życiu wśród lasów i wolnej przyrody. 160 163) Kibbo Kift Kindred Hargrave i Baden-Powell spotykali się napełnieni uczuciem wzajemnego respektu. Ale było jasne, że młody człowiek z powodu swoich odmiennych poglądów na sposób dyrektywnego kierowania skautową organizacją wcześniej czy później odwróci się od swojego naczelnika. Pierwsze widoczne sygnały odrębności poglądowej wystąpiły po wydaniu książki Hargrave'a „Sztuka samot- ności” /Lonecraft/, która została opublikowana w 1913 roku i w której Hargrave zwrócił się do skautów, nie należących z różnych przyczyn do określonej druży- ny lub zastępu. Hargrave napisał równocześnie serię artykułów dla czasopisma „The Scout” /Skaut/ i w nich zaproponował wprowadzanie nowej kategorii skau- towej, tak zwanych łowców, którzy nosiliby strój w postaci tuniki czyli krótkiej spodniej szaty ze skórzanymi frędzlami oraz mokasyny. W tym czasie zostały w Niemczech wydane tłumaczenia książek Hargrave'a we wspomnianym już berlińskim wydawnictwie „„Der Weisse Ritter”. Owe tłumaczenia stały się później jednym z impulsów ku powstaniu „Związku nowych niemieckich skautów” [Bund deutscher Neupfadfinder/. Jeszcze wcześniej, niż mógł Baden-Powell wy- stąpić wobec rubasznemu Hargrave'owi, wybuchła w 1914 roku pierwsza wojna światowa. Hargrave, jako zdecydowany pacyfista i kwakier — członek protestanc- kiego odłamu wyznaniowego, m. in. odrzucającego służbę wojskową z bronią w ręku, został zaszeregowany do trupy sanitarnej brytyjskiej królewskiej armii i służył jako noszowy w tureckich Dardanelach. W 1916 roku został jako inwali- da wojenny zwolniony ze służby w armii. Po powrocie do Anglii Baden-Powell mianował go „komisarzem dla woodcra- ftu i obozowania” w głównej kwaterze skautowej organizacji. Skauci w Hargra- ve'u widzieli niewątpliwego następcy Baden-Powella, lecz stało się rzeczą oczy- wistą, że konfrontacja między tymi dwoma mężczyznami jest nieodwracalna. Hargrave jako pacyfista cierpiący na frontach Gallipoli i w zatoce Suvla różnił się od Baden-Powella, który czynił wszystko, by wprowadzić do skautingu jak naj- więcej elementów paramilitarnych. Pod pseudonimem „White Fox” /Biały Lis/ Hargave zaatakował po raz pierwszy Baden-Powella w 1919 roku w oficjalnym organie „Trail” /Ślad/ londyńskiej rady skautowej i prócz tego założył ze swoimi zwolennikami kilka sekretnych grup, którymi były na przykład „Ndembo”, „Bractwo siedmiu eremitów” czy „Klub łowców skalpów”, który miał swoje ze- brania w każdą środę w pewnej restauracji w londyńskiej dzielnicy St. Martin 's Lane w celu wspólnego posiłku, przy czym dyskutowane było „życie w przyro- dzie i na obozie, jak też popieranie antymilitarystycznej propagandy”. Baden-Powell był coraz bardziej zaniepokojony, jak się wyrażał, „przesadnymi poglądami swojego pełnomocnika i niebezpieczeństwem możliwości zmiany 161 164) Leśny Almanach jego kursu ideowego”. Hargrave już przeczuwał, że zostanie wykluczony ze związku skautowego i dlatego spotkał się w dniu 18 sierpnia 1920 roku z kilku zwolennikami, aby według zachowanego protokolu zformulować następującą de- cyzję: „Zakłada się „Kibbo Kift Kindred” /rodzina Kibbo Kift/. „Biały Lis” został wybrany na głównego wodza Akceptuje się wniosek „Białego Lisa”, dotyczący tez programowych ruchu”. W owym protokole przytacza się jeszcze ironicznie, iż „powtórzone dążenie jednego z członków spotkania by ukonstytuować komitet dla kontroli działania głównego wodza, zostało zdecydowanie odrzucone”.

  • k * *

Kiedy w styczniu 1921 roku Hargrave i jego pacyfistyczni zwolennicy zostali taktycznie wyłączeni ze związku skautowego, Hargrave miał już do dyspozycji prawdziwy ruch, którego był suwerennym naczelnikiem. Postarał się o opracowa- nie zasad i obyczajów ruchu. Raz do roku miała zgromadzić się rada Kibbo Kiftu ku tak zwanemu thingu /sejmu/. Lista obecności miała oznaczenie „Kinlog”. Każdemu z członków zostało nadane łowcze lub leśne imię /Leśny Duszek, Wilk Seonee, Wap-O itd. /, które zwykle miało indiańskie zabarwienie i prócz tego były również nadawane imiona celtyckiego pochodzenia. Członkowi, który pełnił określoną funkcję, został nadany tytuł, np. „Mistrz ceremonii”, „Strażnik obozu” itp. Codzienny strój członkowski był przeważnie koloru zielonego i brązowego i składał się z krótkich spodni, kamizelki, narzutki i kaptura, jak go znamy z histo- rycznych filmów i książkowych ilustracji o tematyce z śródwiecza anglosaskiego. Przy okazjach uroczystych noszono okazale opracowaną szatę z jedwabiu. Wbrew temu, że organizacja Kibbo Kift nie liczyła nigdy więcej niż kilkuset członków, była w Anglii dobrze znana. Na przykład D. H. Lawrence pisze o Har- grave 'u, że jest „zarozumiały i chłodny ale pomimo wszystko ma w zasadzie ra- cję i dlatego go popieram. Podziwiam jego męstwo i jego wyjątkowość. Gdyby nie był az taki ambitny, spróbowałbym z nim działać w Kibbo Kifcie”. Inni pro- tektorzy mieli podobne wspomnienia. To też było przyczyną, że cały jeden szczep Kibbo Kiftu z południowo-wschodniej części Londynu oderwał się w 1924 roku od głównego szczepu na znak protestu przeciw samowładnemu postępowaniu Hargrave'a. Ta frakcja Kibbo Kiftu o nazwie ,„Woodecraft Folk” /Lud puszczański/ przeżyła istnienie Kibbo Kiftu i jest po dzień dzisiejszy lewicową alternatywą angielskiego ruchu skautowego. 162 165) Kibbo Kift Kindred Hargrave uważał swoich chłopców i dziewczęta za wybrańców, dlatego po serii rezygnacji z członkostwa w Kibbo Kiftu nie stracił wiary w swą działalność. Fakt, że ten lub tamten odszedł z jego organizacji, tylko potwierdził, że nie był godzien przynależeć do jej szeregów. Znacznie bardziej niepokoiło go to, że nie może swo- im zwolennikom pokazać żadnego wielkiego celu i podnieść samego obozowania i wędrówki przez przyrodę za prawdziwą religię. Gdzie więc pozostała przez Har- grave”a na początku ruchu Kibbo Kift proklamowana Wielka Idea? Tak więc, Hargrave wyciągnął na jaw w połowie lat dwudziestych swoją wersję obywatelskiej karty /Citizen Charter/, która była wzorowana na tzw. „People Chart”, programie pierwszego ruchu robotniczego w Anglii z 1839 roku. Zupełnie niespodziewanie i bez jakiegokolwiek poprzedzającego wyjaśnienia nakazał za pośrednictwem proklamacji w «czasopiśmie organizacji Kibbo Kift pt. „Nomad” swoim wiernym zwolennikom, aby czytali i studiowali dzieło C. H. Douglasa, angielskiego inżyniera, który rozwinął teorię tzw. kredytu socjalnego. Douglas jest dziś już zupełnie zapomniany, z wyjątkiem Kanady, gdzie do dziś istnieje partia dla kredytu socjalnego /Social Credit Party/. Teoria Douglasa była 163 166) Leśny Almanach wszak w dwudziestoleciu międzywojennym niezwykle popularna, zwłaszcza wśród bezrobotnych, którzy bardzo często gromadzili się na londyńskiej Trafalgar Square i śpiewali zupełnie niesamowite teksty: — Declare the National Dividend now! — co znaczyło tyle, co — Zapłaćcie ludowi za jego udział na zysku! Atrakcyjność tej teorii tak zwanego kredytu socjalnego można łatwo objaśnić. Douglas żądał, aby każdy obywatel otrzymywał od państwa regularnie pewną stałą sumę pieniędzy w wysokości, która pozwalałaby pokrywać życiowe potrze- by czyli tak zwaną dywidendę społeczną. System dywidend byłby bodźcem dla społeczeństwa do większych zakupów. Kolejnym impulsem miały być ceny de- taliczne, ustalane w oparciu o dane naukowe, a więc miały być minimalne. Kilku pesymistów pytało, czy ta wizja ziemi dobrobytu nie jest zbyt piękna, aniżeli byłaby prawdziwa. W bojowej dekłaracji pod tytułem „Co to jest kredyt socjalny — 101 odpowiedzi na 101 pytań” przytoczone jest jedno z pytań brzmiące: „Czy nie chodzi tutaj o iluzoryczny projekt, według którego wszystkie rzeczy ludzie mogą otrzymać bezpłatnie?”. Na wszystkie odpowiada Hargrave z typowym dla siebie temperamentem: — Co ma być w tym fałszywego? Kiedy świeci słońce, nie powinniśmy również płacić opłat za energię słoneczną. Ta jest darmowa. Energia słoneczna jest darem Bożym dla ludzi. A kredyt socjalny jest metodą, która każdemu dozwoli używania darów Bożych w postaci towaru i służb. kk * Niektórzy z młodych zwolenników Hargrave'a nie byli jeszcze zupełnie prze- konani, zwłaszcza kiedy entuzjazm Hargrave'a dla kredytu socjalnego nagle i bez przygotowania zmienił oblicze szczepu Kibbo Kift. Dywidenda społeczna wyda- wała się być tak usilnie potrzebna, że Hargrave zdecydował o zmianie charakte- ru ruchu. Z małej grupy średniostanowych miłośników przyrody miał powstać ruch społeczny. Wędrówki przez angielską przyrodę musiały ustąpić marszom, organizowanym w miejskich centrach. Pierwotne narzutki i kamizele strojów szczepowych zostały zastąpione przez bardziej proste mundury, składający się z zielonej koszuli i spodni. Strój Kibbo Kiftu można było kupić za mniej więcej 4 funty szterlingi, cóż zdecydowanie przekraczało możliwości finansowe nowych zwolenników, wywodzących się z robotniczego środowiska. Zieloną koszule w porównaniu z tym było można kupić już za dziesięć szylingów. Hargrave teraz werbował ludzi z londyńskiego East Endu, dzielnicy, którą dawniej przy swojej działalności ze wstrętem mijał. Wielu starych wiernych członków opuściło ruch, ale na ich miejsce przyszli inni ludzie znanych nazwisk. Nowy ruch zielonych koszul za kredyt socjalny 164 167) Kibbo Kift Kindred IGreen Shirt Movement for Social Credit/ był popierany przez takie osobistości, jak Compton Mackenzie, Augustus John /-... rozbrzmiewa jedyny głos, któremu chcemy ofiarować nasze zaufanie, i tym głosem jest John Hargrave... -/ i arcybiskup z Canterbury, William Temple. Ze względu na uderzające podobieństwo z ruchem czarnych koszul angielskiego faszysty Oswałda Mosleya, w tym czasie w Anglii drugiego charyzmatycznego wodza, skupiającego koło siebie ludzi w absurdalnie wyglądających mundurach, powstało ogólne podejrzenie, iż zielone koszule są antysemicko orientowane, zwłaszcza kiedy między nimi pokazali się na przykład poeta Ezra Pound i autor księgi „Wydra Tarka” Henry Williamson, oboje znani faszyści. Lecz Hargrave w zdecydowany sposób zdystansował się do antysemityzmu. Napisał: — Całe wieki Żydzi byli kozłami ofiarnymi, ale społeczna i gospodarcza nędza w tej ziemi i w Świecie nie mają dziś nic wspólnego z określoną ludzką rasą -. Hargrave był nawet zwolennikiem feminizmu, gdyż jego ustami zielone koszule głosiły „Jednakową płacę za jednakową pracę”, ponieważ według utopijnych celów dążyły do tego, aby każdy człowiek mógł wykonywać pracę dowolnego rodzaju. Zielone koszule obiecały po realizacji systemu społecznej dywidendy „wyzwolenie kobiety spod zależności od mężczyzn, którzy się z nimi źle obchodzą”.

  • k * *

Fakt, że istniała delikatna różnica między krucjatą Hargrave'a 1 zwolennikami Mosleya, zupełnie nie brał pod uwagę brytyjski rząd, który w 1937 roku, wstrzą- śnięty przemocą bojówek faszystowskich w Londynie, wydał rozporządzenie o porządku publicznym /Public Order Act/, według którego zakazane noszenie politycznych mundurów. Ruch zielonych koszul z pewną zręcznością dążył do obejścia zakazu, łecz te usiłowania nie miały znaczącego powodzenia. Ruch upadał i w czasie, kiedy konflikt wojenny z Niemcami w 1939 roku okazywał się bardzo prawdopodobny, Hargrave próbował zachęcać pozostałą garstkę swoich zwolenników do dobrowolnej służby w armii. Wtedy zupełnie nie przeszkadzała mu jego długoletnia działalność zdecydowanego pacyfisty. I wreszcie doszło do beznadziejnego, chociaż uwagę wzbudzającego gestu: zielono ubrany łucznik wystrzelił zieloną strzałę do otwartych drzwi oficjalnej siedziby brytyjskiego rządu na londyńskiej Downing Street 10. I to był koniec zielonych koszul. Po drugiej wojnie światowej Hargrave jeszcze raz spróbował ożywić ruch zielonych koszul przy pomocy brytyjskiej partii kredytu socjalnego, którą sam wprowadził w życie. W 1950 roku uczestniczył w wyborach w mieście Stoke Newington jako kandydat do parlamentu. W owych 165 168) Leśny Almanach wyborach jego partia przepadła i Hargrave został zmuszony ją rozwiązać. Tych kilka wytrwałych członków starej organizacji Kibbo Kift, którzy stale jeszcze byli posłuszni swojemu głównemu wodzowi schroniło się z westchnieniem w swoim zaciszu domowym. Paul-Thomas Hinkel opracował Wayseeker 166 169) Wspomnienie o A. B. Svojsiku, założycielu czechosłowackiego skautingu WSPOMNIENIE O A. B. SVOJSIKU, ZAŁOZYCIELU CZECHOSŁOWACKIEGO SKAUTINGU Pracował jako nauczyciel i równocześnie był naczelnikiem żupy sokolej w Pradze czeskiej. Zawsze żarliwie interesował się systematycznym, uświado- mionym wychowywaniem młodej generacji. W 1911 roku zaznajomił się z dziełem Roberta Baden-Powella i z nowym ruchem skautowym, który z Anglii jak lawina rozszerzał się na cały świat. Wychowanie, czy właściwie wychowanie samego siebie młodej generacji jest w skautingu oparte o całoroczne systema- tyczne działanie w ramach wspólnot dziecięcych — zastępów i drużyn. 167 170) Leśny Almanach W 1912 roku Svojsik z szeregiem wiodących osobistości czeskiej nauki, kultu- ry i zycia publicznego, wydał wspólne dzieło „Zśkladovć junactva” /Podstawy Junactwa/, w którym prace Baden-Powella i założyciela amerykańskiego skautingu leśnego — woodcraftu, Ernesta Thompsona Setona, przystosował do czeskich warunków. Nowoczesne myśli i organizacja skautowa znalazły bardzo szybko entuzjastycznych zwolenników nie tylko u chłopców i dorosłych, lecz także wśród dziewcząt. Bez przesady można powiedzieć, iż Svojsfk wywarł podstawowy wpływ na styl pracy i środki wychowawcze we wszystkich późniejszych organizacjach dziecięcych i młodzieżowych w Czechach. W 1914 roku — mimo ówczesnego niezrozumienia ze strony Sokoła — Svojsfk założył Towarzystwo „Junak — ćesky skaut”, a była to czwarta organizacja skautowa na całym Świecie, i stał się jego „głównym wodzem”. Junacy czescy uczestniczyli potem we wszystkich znaczących narodowych i politycznych akcjach, celem których było wytworzenie niezależnego państwa.

REDETYETJ

KOL . Znaczki skautowskiej służby kurierskiej - pierwsze czechosłowackie znaczki pocztowe (1918 r.) Od 28 października 1918 roku czescy skauci i skautki pod dowództwem Svojsfka działali w służbie wartowniczej, administracyjnej i w zadaniach kurier- skich, i to aż do połowy listopada tegoż roku, kiedy skautów zastąpił formujący się aparat nowego państwa. Skauci wszak byli w służbie znów w dniu 21 grudnia, kiedy po pięcioletnim pobycie zagranicznym dotarł do Pragi Tom4ś Garrigue Masaryk. Pierwszy czechosłowacki prezydent należał do zwolenników ruchu skau- towego i jako głowa nowego państwa stał się protektorem czechosłowackiego skautingu. Po śmierci Masaryka skauci, z inicjatywy Svojsika wybudowali w 1937 roku pod zamkiem Hruśov niedaleko słowackich Topołczianek pierwszy pomnik Masaryka. 168 171) Wspomnienie o A. B. Svojsiku, założycielu czechosłowackiego skautingu Svojsfk popierał konsekwentnie tak patriotyzm, jak braterstwo międzynarodo- we młodych ludzi całego świata. Kiedy czechosłowacki ambasador w Anglii Jan Masaryk dekorował naczelnika światowego skautingu Baden-Powella najwyż- szym czechosłowackim Orderem Lwa Białego, Svojsik osobiście prowadził delegację czeskich skautów do Londynu. Wysokie oceny otrzymał również czeski „główny wódz” Svojstk. Między nimi nie brakowało ani Orderu Srebrnego Wilka /1921/, najwyższej oceny, jaką nada- je międzynarodowy ruch skautowy. Czechosłowackie ministerstwo szkolnictwa i oświaty narodowej mianowało Svojsika w 1922 roku docentem skautingu i w tym samym roku Svojsfk objął na długie lata członkostwo w Międzynarodo- wym komitecie skautowym. W czasie zagrożenia republiki przez nazizm niemiecki Svojsfk uczestniczył aktywnie w organizowaniu obronnego wychowania czechosłowackiej młodzieży. Zmarł krótko przed wygłoszeniem dyktatu monachijskiego, po powrocie z podró- ży studyjnej po Związku Radzieckim. Nie tylko rysy ideowe skautingu, lecz również wpływ osobistości Svojsika prowadziły do tego, że kiedy w republice nastąpiły „lepsze czasy” i demokracja zwyciężyła totalitaryzm, organizacja „„Junak” wnet odnowiła swoja działalność w roku 1945, w roku 1968 jak również w 1989 roku. Od ostatniej odnowy „Junśk” jest największą czeską organizacją dzieci i młodzieży, liczącą około 60 tysięcy członków. Wayseeker 169 172) Leśny Almanach PAŹDZIERNIK — KRÓL MIESIĘCY Czas błogiej samotności i wołania kwiczołów. Połowę Europy przeleciały północne ptaki na drodze za słońcem i pożywieniem, nim dotarły na południowe pogranicze Polski. Nad lasami Gór Izerskich teraz odzywają się szorstkie głosy kwiczolich stad: ptaki szukają w górach jarzębiny, tego najwspanialszego drzewa Świata. Trawy zółkną. Jest czas mroźnych poranków i pierwszego ciemnego lodu na torfowiskach. Czas zmarzniętej żurawiny i zimę wróżącego słońca. Miesiąc prze- zroczystego powietrza i suchych skał. Ciepły, ryczący wicher zbierze w ciągu jedynego dnia w końcu października liście izerskogórskich buczyn, miliony kolorowych Hści ułożą się potem do wysokich zasp pod skalnymi występami i do głębokich rozpadlin skalnych. Wtedy przychodzą z lasów do opuszczonych łowczych chat leśne myszy. Osamotnionemu pątnikowi pomagają znosić jego samotność w październikowej nocy: siedzą jak skrzaty na brzegu stołu, cicho dojadają resztki jego wieczerzy i spokojnie patrzą do Światła świecy. Nie można ich nie kochać. Rankiem po takiej jesiennej nocy marzysz o dalekiej wędrówce, na której sadzałbyś po drodze drzewa, szpaler drzew jarzębinowych. Miesiąc zmian i niespodzianek. Lezałem kiedyś w nocy na grzbiecie Gór Izerskich. Mgła kryła cały łańcuch górski i kończyła Ściśle pode mną, tylko wierzchołek skały wznosił się jak opuszczona łódź na oceanie białej mgły. Wyżej już tylko zostały Świecące gwiazdy. Kiedy zziębnięty obudziłem się, zobaczyłem na północnym horyzoncie niesamowite Światło. Było niezmiernie daleko. Z noc- nego firmamentu wisiały chwiejne, Świecące welony mgły i zmieniały swój kształt — w tej październikowej nocy widziałem z Gór Izerskich zorzę polarna. Miesiąc ruchów natury i niewidzialnych spotkań: w połowie października prószył nad górami Śnieg. Lasy stękały na wietrze. Oświetlenie krainy było niesamowite — ciężkie zimowe niebo już przypominało grudzień, ale liście do tej pory były jeszcze na drzewach. Wyśmienicie nieprzyjazny czas. Nagle zerwał się pod moimi nogami ptak. Pofruwał trochę, rozpiął skrzydła, zaświecił niezwykły ciemny i biały kolor. Wstrzymałem oddech, pięć kroków przede mną siedział w izerskich trawach wróbel śnieżny, który żyje na dalekiej skandynawskiej Pół- 170 173) Październik - król miesięcy nocy, w skałach i tundrach kraju koczujących Samów, nordycznych nomadów, i na zimę ciągnie w stadach na Południe. Miesiąc o najróżniejszych odcieniach kolorów, w których toną wszystkie lasy i zbocza pagórków i gór: od zielonej i żółtawej aż do jaskrawo pomarańczowej barwy do czerwieni i koloru brunatnego. To przyroda w sposób kolorowy świę- tuje swoje zasypianie i jeszcze ostatni raz pokazuje swoje piękno, nim wszystkie te kolory porzuca w szarych dniach do błota mokrych dróg. Miesiąc uciszania i odwiecznych czynności: górale i ludzie polskich wsi przy- gotowują zapasy drewna na zimowy opal. Stosy rozpiłowanego i narąbanego leśnego podarunku gromadzą się pod rękami gospodarzy i ich synów na przyzbach i pod dachami wiejskich i górskich chat. Czas pomyśleć o zimie. Jeszcze przy skromnym dziennym Świcie ujrzę ptasie stada lecące nad grzbieta- mi izerskimi, ujrzę nieruchome mgły w parowach górskiej równiny, ujrzę październikowe słońce, które jak Śródwieczny dukat obchodzi po krainie, oświetla kolorowe lasy na stokach gór i zaprasza do dalekich, spokojnych podróży... Miloslav Nevrly-Naćelnik: „Szczep Roverski” 171 174) Leśny Almanach ROZWAŻANIE O PROWADZENIU DZIENNIKA Prowadzisz dziennik? Jeśli tak, to masz pierwszy etap twórczego pisania za sobą. A jeśli dotąd dziennika nie prowadzisz, zacznij jeszcze dziś. Zobaczysz, Jaka jest to wspaniała rzecz notować doświadczenia, myśli, informacje, przeżycia i pomysły — tego wszystkiego nie będziesz przekazywać innym, ale będziesz zapisywać tylko dla siebie. Pamięć ludzka jest wprawdzie bardzo sprawna, lecz nie notuje bynajmniej wszystkiego, co ważne, co radzi byśmy w niej uchowali. A dziennik jest swego rodzaju drugą pamięcią, która nie zniekształca 1 nie wyga- sza — o ile nie sporządzasz notatki mało trwałymi środkami — poprzez całe dzie- sięciolecia w nim zostaje do ostatnich szczegółów wszystko, co do niego włoży- my. Technikę notowania potrafi opanować nawet uczeń siódmej klasy, tym bardziej leśny harcerz, woodcrafter i wędrownik. O ile chodzi o wytrzymałość — nie musisz pisać codziennie. Przerwa w notatkach nie powinna być dłuższa niż tydzień. Jaki to ma właściwie sens, by prowadzić swój dziennik? Kiedy pominiemy fakt, że w pewnej mierze zapoczątkowanie prowadzenia dziennika jest próbą konsekwencji, zostaje tutaj jeszcze wiele innych przyczyn, dlaczego masz prowa- dzić swój dziennik. Poszerzasz pojemność swojej pamięci, powiększasz swój zasób wyrazowy, ćwiczysz swoje zdolności wypowiadania się, uczysz się precy- zyjnego formułowania myśli, pomysłów, spostrzeżeń, przyzwyczajasz się lepiej wszystko obserwować. Pisanie dziennika umożliwia ci z dystansem oceniać wszystkie zdarzenia koło ciebie. Wszystko to jest warte czasu, który poświęcasz prowadzeniu dziennika. Każdy dziennik właściwie jest książką, której wartości nie można określić w pieniądzach. Jego wartość jest unikalna, niepowtarzalna, w całym świecie nie istnieje jego drugi egzemplarz — o ile nie używasz komputera lub dziennik nie bę- dzie wydany drukiem. On ma naturalnie taką wartość głównie dla ciebie, ale też niekiedy dla innych ludzi. Przypomnijmy sobie dzienniki znanych i wybitnych ludzi, pisarzy, poetów, naukowców, które zostały wydane jako publikacje i stały się duchowym wzbogaceniem rzeszy czytelników. Tak dla przykładu wszyscy podróżnicy zawsze prowadzili dzienniki, inaczej powróciliby ze swoich ekspedy- 172 175) Rozważanie o prowadzeniu dziennika cji do nie znanych krain z rękami do połowy pustymi. A jak tu nie wspomnieć o słynnym dzienniku Annie Frank, jego treść czytały tysiące ludzi w całym Świecie w dziesiątkach tłumaczeń. Dziennik prowadził przez całe dziesięciolecia również twórca amerykańskiego skautingu leśnego — woodcraftu, Ernest Thompson Seton. Zobacz co o tym mówi jego żona w książce „U tysiąca ogni obozowych”: - Obok biblioteki jest pomieszczenie, gdzie na półce stoi przeszło pięćdziesiąt grubych tomów dzienników Setona. Dziennik począł prowadzić w 1879 roku i kontynuował dzień w dzień aż do swojej śmierci w 1946 roku. Pisał do dzienni- ków ołówkiem i piórem, notatki uzupełniał rysunkami, niekiedy tez akwarelami. Niektóre strony przepalone są iskrami z ogni obozowych, zbrudzone rękami, któ- rymi je trzymał przy pisaniu i rysowaniu. Niekiedy ograniczał się do pobieżnych notatek, prowadzonych powierzchownymi szkicami — prócz tego one również ma- ją swoją wartość. Przeważnie jego dzienniki zawierają pieczołowite dzienne zapisy. Zawsze korzystał z każdej okazji, aby zapisać poszczególne wydarzenia, które były sensem jego życia. Owe dzienniki reprezentują prawie siedemdziesiąt lat życia i uwag Setona, jego bogatych przeżyć i radości. Owe dzienniki były podstawą wszystkich jego książek, opowiadań, powieści i dzieł naukowych. Kiedy Seton jako młodzieniec odszedł z domu rodzinnego, zwrócił się do niego jeden z jego starszych przyjaciół: -Prowadź sobie szczegółowy dziennik o wszystkim, co zobaczysz 1 usłyszysz. - Wówczas nie pojmowałem, dla czego mam to robić — przyznał się Seton po upływie lat, — lecz do tego stopnia ufałem temu człowiekowi, że posłuchałem go. Nie powiedział mi, i najprawdopodobniej tego sam nie wiedział, jak wielką przysługę mi wyświadczył. A do mnie to dochodziło stopniowo, jak upływały lata. Im jestem starszy, tym lepiej uświadamiam sobie wartość codziennych notatek — chociaż są to tylko proste, suche fakty, notowane niezgrabnie i niezupełnie, lecz tak, jak je widziatem. Notatki trzeba sporządzać każdego dnia — nie zaś po upływie miesiąca, kiedy wydarzenia poczynają w pamięci blednąć. Notatki mielibyśmy uzupełniać szkica- mi, rysunkami, diagramami lub zdjęciami fotograficznymi, aby nam mogły w do- skonalszy sposób objaśnić fakty. Młody człowiek może zapyta: dlaczego jest to wszystko dobre? Na to mam prostą odpowiedź: zawsze jest użyteczne, jeśli sporządzamy zapisy o tym, co robiliśmy, ale jeszcze ważniejsze jest, że notatki dziennikowe prowadzą nas ku bardziej doskonałej obserwacji. 173 176) Leśny Almanach Wszystkie nasze doświadczenia potwierdzają, iż prowadzenie dziennika jest mądrą rzeczą. W jakiej mierze jest to mądre i jak są takie notatki cenne, o tym owszem przekonamy się dopiero po latach. Jest też możliwe, że tego sobie nie uświadomimy nigdy. Prócz tego wiemy że powinniśmy je kontynuować — ostatecznie zawsze się to opłaci. I tyle mówi Ernest Thompson Seton o ważności prowadzenia dziennika. Miloś Zapletal: „Szczep Roverski” 177) Dzień dobry, listopadzie DZIEŃ DOBRY, LISTOPADZIE Nieruchomy chłód otula ściany chaty. Piec dawno wygasł, mróz powoli zakra- da się do szczelin między okiennicami i drzwiami. Krótka chwila między nocą i dniem ożywia zmysły i ja otwieram oczy do ciemności. Tylko Bóg sam chyba wie, dlaczego mój sen jest tak twardy, jak gdybym przygotowywał się, by przeczekać zimę w sposób niedźwiedzi. Zaklejone powieki i całkowita gnuśność. Buty nieprzyjemnie chłodzą, tylko z trudem je wkładam. Walczę z niechęcią, by wyjść na pole z chaty i opłukać się w pobliskiej toni. Wreszcie to czynię. Lodowa siekiera dotknięcia wodnego żywiołu odpędza w końcu moją senność. Mam spotkanie z listopadowym porankiem, nie śmię się spóźnić. W poduszce zwiędłych liści nie można poruszać się po cichu. Człowiek jest zbyt niezgrabnym tworem, lecz również drobne istoty od czasu do czasu zasze- leszczą. Niektóre z nich robią zimowe zapasy — w koronach drzew 1 pod nimi ukrywa się obfity urodzaj. Zwalniam swój krok, nie mam powodu śpieszyć się, nie chcę im zakłócać spokoju. Myślę o tym, jaka jest to sława końca, dlaczego śmierć corocznie ubiera się do tak wielobarwnych kostiumów. Jeśli jest naprawdę taka zła, jeśli nie ukrywa w sobie raczej perspektywy corocznego wiosennego tworzenia nowych 1 niewin- nych istot. Nie czuję lęku przed śmiercią, obawiam się tylko bólu, który jej czasem towarzyszy. Mój dziadek kiedyś jesienią zbierał owoc z jabłoni. Po pracy w sadzie około południa usiadł pod lipą, zjadł obiad i spokojnie się wyciągnął, aby trochę się zdrzemnąć. Znaleźli go aż wieczorem, martwego, z wyrazem zadowolenia w twarzy. Miał siedemdziesiąt siedem lat. Życzyłbym sobie takiej śmierci jaką miał on, wcielona mądrość i dobroć... Z zamglonego półmroku coraz bardziej wyłania się otaczająca kraina. Westchnąłem i oparłem się o drzewo, potężny dąb z pomarszczoną korą. Również jego listowie zbrązowiało przez poznanie końca. Jego pokrzywione gałęzie mogłyby opowiadać o ciężarze płatków Śniegu, o powoli przepływającym soku drzewnym, o mrozie i o trupkach ptasich, kiedy nagle nastąpiła odwilż 175 178) Leśny Almanach i potem zaraz nowy siarczysty mróz. Te gałęzie spokojnie oczekują swojego dalszego losu, bowiem tylko za pośrednictwem zadanych ran przez żywioły stały się one odpornymi. To przypomina mi moja osmagłą twarz teraz i tutaj w tym ranku, kiedy jestem spokojny i pojednany z naturą. Ciemnofioletowa zorza poranna wróży zimę. Rosa już dawno zmarzła na szron. Z lata pozostały tylko cienie — zieleń, rozpuszczająca się w błyszczących i szarych kolorach, do nicości, w przyszłej nadziei. Josef Blaha — Regetlak 176 179) Puszczaństwo i jego sens wychowawczy w Harcerstwie Leśnym PUSZCZAŃSTWO | JEGO SENS WYCHOWAWCZY W HARCERSTWIE LEŚNYM Za pierwszy ruch harcerski w Polsce, zbliżający się w pewnym stopniu do ruchów woodcrafterskich za granicą, uważa się powszechnie „Wolne Harcerstwo”, które powstało w 1920 roku z inicjatywy Adama Ciołkosza w ramach ruchu odnowy w harcerstwie polskim. „Wolne Harcerstwo” propagowało indianizm i dążenie do nawrotu do przyrody. Ponieważ jednak w założeniach „Wolnego Harcerstwa” brak było systemu szczepowego, więc ruchu tego nie możemy uznać za ruch woodcrafterski w pełnym znaczeniu tego słowa. Pierwszym prawdziwym szczepem woodcrafterskim w Polsce stał się dopiero szczep harcerzy leśnych ,„Watra” we Wrocławiu, założony w roku 1965 przez autora niniejszego eseju. W działalności owego szczepu znalazły się praktycznie wszystkie trzy podstawowe założenia ruchu woodcrafterskiego, a mianowicie woodcraft, indianizm 1 system szczepowy. Tematem niniejszego opracowania jest właśnie woodcraft i jego sens wychowawczy.

  • k * *

Zgodnie z poglądami Jana Jakuba Rousseau należy stwierdzić, że między natu- rą i cywilizacją istnieje stały konflikt. Podobne zdanie reprezentowali humaniści i przyrodnicy amerykańscy, których przerażało tempo rozwoju techniki pod koniec XIX wieku. Uważali oni, że technika, wyręczając człowieka w wielu czynnościach przyczynia się do jego degradacji moralnej, społecznej 1 biologicz- nej. Sądzili, że tempo zmian cywilizacji przerasta możliwości adaptacyjne człowie- ka i dlatego między narastającymi nowymi sytuacjami społeczno-technicznymi a życiem psychicznym, moralnym i biologicznym jednostki powstanie konflikt, którego skutki będą trudne do przewidzenia. Żeby temu zapobiec, wzywali do wychowywania młodego pokolenia na łonie przyrody. Z początkiem XX wieku zrodził się ruch woodcrafterski, jako protest przeciwko ujemnemu wpływowi tejże cywilizacji technicznej, przeciwko związanej z tym fałszywej i wyrafinowanej kulturze miejskiej, przeciwko wyczerpaniu nerwowemu 177 180) Leśny Almanach ówczesnego pokolenia, spowodowanemu zbyt szybkim rozwojem tej nowej cywilizacji. Ruch ten zainicjował Ernest Thompson Seton-Czarny Wilk, zakłada- jąc w roku 1902 w Stanach Zjednoczonych Ameryki swoją organizację typu skauto- wego „Woodcraft Indians”, opartą na woodcrafcie. Dzielnym kontynuatorem tej myśli na terenie Anglii był John Hargrave-Biały Lis, założyciel organizacji „Kibbo Kitt Kindred”. W swojej książce ,,„Wychowanie szczepowe”, w kilku gawędach, dał on wyraz Swoim obawom o skutki tego przerostu cywilizacji technicznej, zagrażają- cej prawidłowemu i harmonijnemu rozwojowi przyszłych pokoleń. Sam termin „woodcraft” obejmuje bardzo szerokie treści i dlatego jest różnie tłumaczony, np. jako wiedza leśna, czyli przyrodoznawstwo w ścisłym znaczeniu, jako mądrość leśna, życie leśne, puszczaństwo. Polski termin „puszczaństwo” najlepiej oddaje sens słowa „,„woodcraft”, gdyż mieści w sobie wiedzę leśną, życie w prymitywnych warunkach leśnych i związane z nim konieczne umiejętności praktyczne, „magiczny” wpływ lasu na człowieka, emocjonalny stosunek do przyrody, jak również tęsknotę do życia zgodnego z prawami natury. Najlepszym odpowiednikiem czeskim słowa „,puszczaństwo” jest określenie „łesnf moudrost”, gdyż mieści w sobie również te wszystkie elementy składowe. Do zagadnienia woodcraftu podejść musimy od strony jego znaczenia wycho- wawczego. Przez woodcraft rozumiemy samotny pobyt w lesie lub ze swoim zastępem, gdzie oddaleni od ludzi zdani jesteśmy na własne siły i własną zaradność. Celem 178 181) Puszczaństwo i jego sens wychowawczy w Harcerstwie Leśnym woodcraftu jest zmiana całego sposobu życia z wygodnego i nerwowego na proste i spokojne, na wyrabianie w sobie siły, samodzielności i radości życia. Woodcraft jest przeciwieństwem tak typowego dla dzisiejszych ludzi nastawienia konsumpcyjnego, dążenia do zdobycia dla siebie wszystkich najnowszych zdobyczy cywilizacji technicznej i mnóstwa innych rzeczy, ułatwiających maksymalnie codzienne życie, dających wszelkie wygody, co w końcowym efekcie prowadzi do utraty samodzielności, zaradności i aktywności życiowej. W warunkach samotnego pobytu w lesie, kiedy nikt nam nie pomoże, kiedy możemy liczyć tylko na własne siły, musimy walczyć o przetrwanie. Siłom przyrody musimy przeciwstawić nasze własne siły, takie jak wytrzymałość na trudy, siłę mięśni, spryt, odwagę, zaradność, szybkość decyzji i działania itp. Budując kuchnię polową, musimy wiedzieć, jakie kamienie w ogniu nie popę- kają, chcąc się ogrzać w deszczowy dzień — musimy znaleźć takie drzewo, które i na mokro się pali, musimy umieć własnym przemysłem zrobić sobie naczynia i sprzęt kuchenny, upleść linę z łyka, wiedzieć, gdzie szukać i jak rozpoznać rośliny jadalne, lecznicze i trujące, jak zbudować sobie naprawdę nie cieknący szałas, jak zrobić sobie wygodne w nim posłanie, jak przeprawić się przez potok, czy też bagno, jak określić porę dnia i kierunek marszu, jak tropić zwierzęta i chronić się przed nimi itd. Tylko wiedza leśna, którą najlepiej opanowali Indianie — oczywiście przy znacz- nej sprawności fizycznej i sile ducha — umożliwia nam urządzenie sobie wygodne- go i względnie komfortowego życia pod gołym niebem, we własnym zakresie i przy użyciu minimalnych środków, poza warunkami współczesnej cywilizacji. Przyroda uczy nas żyć według swych praw, stosownie do naszego wieku, żyć pełnią życia i pięknie; żąda od nas wprawdzie dużo zdolności, doświadczenia i wiedzy, polegania na sobie samym, wychowuje nas do prawdziwości wewnętrz- nej i uczciwości — słowem kształtuje nasz charakter i przyczynia się do ustalenia równowagi wewnętrznej. W woodcrafcie młodzież realizuje swe przeżycia marzeń, przeżycia, nad którymi tradycyjne wychowanie przechodzi do porządku dziennego ze szkodą dla wycho- wanka. Z psychologii wiemy o ogromnej roli wychowawczej fantazji u młodzieży w procesie dojrzewania. Jest ona „twórczą masą” w tworzeniu osobowości młode- go człowieka i stąd fantazja jest także środowiskiem dla samowychowania. Powszechnie wiadomo, że w wieku dojrzewania występuje u młodzieży pewne zamknięcie się w sobie, zerwanie więzów jedności życiowej ze światem zewnętrz- nym, który staje się teraz obcym, odległym i zjawia się uczucie wielkiego osamotnienia 182) i wielkiej tęsknoty za zrozumieniem. Z tej tęsknoty rozwija się jednak siła, zdolna usunąć przepaść między światem zewnętrznym i własnym wewnętrz- nym. Jest to właśnie fantazja. Fantazja ta jest środkiem do rozszerzania Świata duchowego i równocześnie do kształtowania duszy. Życie fantazji ujawnia się zwłaszcza w przeżywaniu przyrody w jej środowisku naturalnym. Sam obraz przyrody wydaje się zmieniać wraz z naszym rozwojem wewnętrznym. Dziecko może żyć w przyrodzie i z przyrodą, ale jej jeszcze nie „przeżywa”. Uczuciowy do niej stosunek, który polega na wczuciu się, wytwarza się u młodego człowie- ka powoli i późno, nie dochodzi do reflektywnej jego świadomości lecz występu- je jako właściwy sposób przeżywania. Jeśli dziecko było jeszcze cząstką życia przyrody, to młody człowiek już się usamodzielnił. Nie żyje on już całkowicie w przyrodzie, lecz stara się do niej znowu powrócić i stać się zrozumiałym samemu sobie. Osiąga to przez projekcję siebie samego i swoich uczuć na zewnątrz, aby znów odnaleźć siebie w lustrzanym obrazie przyrody. Takie przeżywanie przyrody jest sentymentalne, czyli silnie subiektywizujące i tkwi głęboko w duszy. Stopień i subtelność młodzieńczego przeżywania przyrody są proporcjonalne do stopnia obudzonego bogactwa wewnętrznego.

Nowo rozbudzony w wieku młodzieńczym emocjonalny stosunek do przyrody ma silne zabarwienie metafizyczne. Wielkie osamotnienie, melancholia, tęsknota i intuicja religijna — to wszystko zbiega się w sercu przyrody, która zdaje się mieć zrozumienie dla takich nastrojów. Jest ona tylko tłem dla przeżyć wewnętrznych, co wynika z faktu, że gdy wnętrze jest puste, omdlałe, to i przyroda wydaje się nieczuła, odpychająca, obca, odległa i „nic nie mówiąca”.

Jeżeli dzisiaj fantazja nie uwidacznia się tak jawnie, to należy to przypisać bardzo silnym wpływom środków masowego przekazu i techniki, które spychają ją w innym kierunku i niekiedy tłumią. Fantazja, zwłaszcza u młodzieży pracują- cej, może ujawnić się obecnie tylko w czasie wolnym od zajęć zawodowych, czy też szkolnych. Nowoczesne przeżywanie przyrody nadaje się zatem mniej do budzenia tęsknoty za tajemniczością, czy też tęsknot metafizycznych a ogranicza się przeważnie tylko do samej rekreacji.

W jednej z ostatnich prac swego życia na temat „zagrożonej młodzieży naszych czasów”, wybitny psycholog niemiecki Eduard Spranger skarży się, że fantazja dzisiejszej młodzieży stała się jednostronna, powierzchowna i wskutek sytej nudy — bagnista. Za najpilniejsze zadanie dzisiejszej pedagogiki uważa oczyszczenie tej twórczej siły duchowej. Jest to również jedno z najważniejszych zadań wychowawczych Harcerstwa Leśnego. 183)

Samotny pobyt w przyrodzie sprzyja wzrostowi świadomości naszej własnej osobowości. Stosunek do zasadniczych zagadnień życiowych staje się jaśniejszy i bardziej określony. Stąd łatwiej jest ogarnąć zagadnienia szerokie, zasadnicze. Obserwując piękno nawet w najdrobniejszych rzeczach i zjawiskach przyrody, odnajdzie harcerz potęgę Boga, tworzącego tajemnice wszechżycia i zada sobie pytanie, dotyczące sensu świata i życia ludzkiego.

Samotny pobyt w przyrodzie uczy harcerza również miłości do przyrody, do bliźniego i do całego świata. Przyroda nie cierpi snobów i intruzów i stać się może dla nich bardzo przykra. Przyrodę trzeba chcieć zrozumieć, poznać, umiłować i chronić. Przemówi ona wtedy do nas i do naszych instynktów i pokaże nam cały swój urok.

Doceniając wszystkie wartości płynące z życia w przyrodzie, Harcerstwo Leśne uważa woodcraft i wszystkie z nim związane zajęcia za zasadniczą treść swej pracy wychowawczej.

Tadeusz Wyrwalski

184)

GWIAZDKOWE PREZENTY DLA LEŚNYCH I POLNYCH PRZYJACIÓŁ

W srogich dniach zimy koło Bożego Narodzenia urządźcie prezenty dla swoich pierzastych i czworonogich przyjaciół na polach, w lasach i dąbrowach.

Dla ptaków przyozdóbcie choinkę prosto na skraju lasu. Zamiast cukierków powieście kawałki nie solonego łoju dla sikorek i dzięciołów i ulokujcie ptasi karmnik. Jego pochyły i duży daszek gwarantuje, że wsypane tam jedzenie nie zamoknie i będzie chronione od wiatru i śniegu. Do karmniku nasypcie proso, dla kosów ziarna owsa, lnu, dla szczygłów, zięb, gilów oraz sikorek i dzięciołów oleiste nasiona słonecznika, maku i konopi, dla jemiołuszek i gilów wcześniej nazbierane po lesie świerkowe szyszki. Mogą też być ziarnka dyni, poślad z młociarki i nasiona różnych chwastów. Nigdy nie oferujcie ptakom okruchów z pieczywa drożdżowego ani korzennego.

Gwiazdkowe prezenty przygotujcie również dla zajęcy. Będą się delektować ociepką siana, głąbami jarzyn lub marchwią i burakiem pastewnym. Nie zapomnijcie również o paśniku dla zwierzyny grubej. Żołędzie, bukwy i kasztany jak też płony dzikiej róży zostaną w mroźnych dniach przywitane z ochotą.

Głodne są również bażanty i kuropatwy. Dla nich przygotujcie niski daszek z choiny i jako zasypkę podarujcie im poślad zmieszany z plewami.

I nie zapomnijcie tez o karmniku na oknie waszego domu dla ptactwa miejskie- go. Jeśli poczęliście z karmieniem ptaków, kontynuujcie w dostarczaniu karmy 185) przez całą zimę. Z za szyby zobaczycie przeróżne ptaki; nawet te dzikie z lasów zaczną szukać w waszym otoczeniu pokarmu. Wtedy odwiedzą wasz karmnik nie tylko wróble i gołębie, ale także sikory, dzięcioły, gile, nawet sójki. Tylko te najdziksze, jak kawka i sroka, nie odwiedzą waszego okna.

W ten sposób najlepiej zaprzyjaźnicie się z szerokim gronem ptaków zimą.

Robin:

„Leśnym śladem” 186)

CZY UŻYWASZ ZNAKU PODPISOWEGO?

Listy, które piszą woodcrafterzy, skauci i harcerze bywają zakończone podpi- sem-imieniem czy też nazwiskiem „cywilnym”, a więc tym, którym posługujemy się w codziennym życiu. Obok takiego podpisu znajduje się często również /a niekiedy wyłącznie/ leśne imię autora listu, którego używa w kręgu swoich przy- jaciół, gdyż nadano mu je w sposób uroczysty przy ognisku obrzędowym lub — jeśli chodzi o samotnika — przyjął je przy jakiejś innej okazji.

W wymienionej korespondencji jak też w zapisach kronik obozowych czy drużynowych znajdujemy często, wyrażony obrazkowym symbolem, znak podpisowy autora listu czy zapisu. Ów podpisowy znak przedstawia w zwięzły sposób typowe właściwości autora na jego życiowej drodze za ideałami i dąże- niami i symbolizuje tożsamość piszącego list czy zapis. Taki znak podpisowy zawdzięcza swoje pochodzenie wiadomościom o historycznym już obyczaju Indian Ameryki Północnej, aby zamknąć obrazkową wiadomość osobistym totemowym rysunkiem. Obok rozlicznych i barwnych często osobistych indiańskich imion totemowych podziwiamy do dziś skrótowe graficzne podpisy Indian. Biali etnografowie, pisarze, badacze, artyści-malarze jak też misjonarze kościołów chrześcijańskich zachowali dla nas ten szczegół z kolorytu narodów 1 szczepów indiańskich.

Byłoby jednak nie na miejscu twierdzenie, że wyrażenie indywidualności uproszczonym graficznym znakiem było domeną dawnych Indian. W kulturowej histori prawie wszystkich narodów Świata możemy znaleźć takie znaki podpiso- we. I jest to również dziś ogólnie znany sposób znakowania obrazów, rzeźb i innych przedmiotów (jak na przykład wyrobów ceramicznych) symbolem autorskiego znaku artysty.

Znane są ukryte w rycinach banknotów i znaczków pocztowych mikroskopijne znaki autorskie czy też inicjały imienia i nazwiska artysty, przy czy ukrycie znaku ma na celu zapewnienie oryginalności dzieła.

Stąd możnaby dojść aż do uzywania znaków wszelkiego rodzaju jak herbów i pieczęci heraldycznych, znaków na domach miejskich, różnych stempli i ozna- czeń własnościowych, nawet wypalanych znaków dla bydła na amerykańskich 187) farmach, dalej ochronnych znaków towarowych najrozmaitszych firm i przedsię- biorstw. Wszystkie owe znaki mają swoje początki w totemiźmie. Totem miał u ludów pierwotnych kształt zwierzęcia, rośliny czy przedmiotu i był otaczany czcią religijną, będąc uważany za uosobienie mitycznego przodka lub opiekuna rodu, godłem danego szczepu czy plemienia.

Woodcrafterzy, skauci i harcerze używają jako swego autogramu prostego rysunku, naszkicowanego jednym lub kilkoma ruchami pióra. Owe znaki przedstawiają sylwetki zwierzęcia, rośliny czy przedmiotu, których uproszczony rysunek wyraża właściwy styl i osobowość autora. Tak bywa w korespondencyj- nym kontakcie, gdzie dodatkowy symbol podpisowy podkreśla autentyczność listu czy zapisu.

Znak podpisowy może mieć również charakter zaszyfrowanego autogramu, zrozumiałego tylko dla wtajemniczonych. Jako taki może być zostawiony w uzgodnionym miejscu, wykonany zwęglonym końcem klocka z ogniska na kamieniu czy korze drzewa, może być wyryty na kamieniu, narysowany na piasku lub stanowić ułożoną figurę z gałęzi na ścieżce.

W historii puszczaństwa znaku podpisowego używał przede wszystkim Ernest Thompson Seton — Czarny Wilk, który za podpisem używał znaku wilczej stopy oraz Anglik John Hargrave — Biały Lis, podpisujący się sylwetką lisiej gło- wy. Ich przykład popchnął mnóstwo puszczan i harcerzy do używania indywidualnego znaku podpisowego.

Jako przykład udanego i wyrazistego symbolu podpisowego przytaczam junac- ki autogram znanego artysty-grafika, pisarza i poety Ladislava Ruska — Śamana, zasłużonego propagowaniem puszczaństwa w Czechach.


Podstawą jego znaku podpisowego jest laska roverska /starszych skautów, zakończona na jednym końcu rozwidleniem, używanym do unieszkodliwiania jadowitych węży. Leśne imię Śaman wywołuje wyobrażenie obrzędowej maski szamańskiej często przymocowanej do drąga. Maska posiada sugestywne oczy, blaski wychodzące z oczu wyrażają ich siłę i przenikliwość a dla autora oznaczają 188) dążenie dotarcia do Prawdy. Kwadratowa maska zostanie zmieniona w literę S — początkującej imię SŚamana. Rozwidlenie laski tworzy diakrytyczne znamię nad literą S — S$. Znak można napisać /narysować/ w ciągu kilku sekund.

Następnie przytaczam niektóre rysunki znaków podpisowych, gdzie po auto- gramach Setona i Hargrave'a narysowano dla przykładu inne znaki podpisowe.

Na zakończenie życzę wszystkim, którzy jeszcze nie używają znaku podpiso- wego, rozważnego jego wyboru i mam nadzieję, że otrzymam od Was list opa- trzony tym wyraźnym puszczańskim symbolem.

Na motywach Ladislava Ruska — Samana

opracował Wayseeker 189) 190)

TRAPERZY – ŁOWCY AMERYKAŃSKICH LASÓW I GÓR

W zamglonych zakątkach ściemniałych kanionów, w wodach występujących z brzegów rzek, w wysuszonych nizinach uprawiali ci najbardziej samotniczy ze wszystkich Amerykanów swoje rzemiosło. Byli to traperzy; nazwa pochodzi z an- gielskiego „the trap”, co znaczy pułapkę lub sidła. Traperzy zastawiali pułapki i po- trzaski na bobry, żyli z tego połowu, sprzedając wyprawione ich futra. A przy tym na swoją własną rękę sprawdzali, jaki teren znajduje się za obszarem ich łowisk. Przyszli i odeszli, gdy kraina, którą odkryli, została osiedlona i bobry, które łowili, zniknęły. Nikt, kto z nimi się spotkał, nigdy o nich nie zapomniał - na ich barwne ubranie, swoisty sposób mowy i znaczenie, jakie mieli przy osiedlaniu Zachodu.

Znawcy literackiej spuścizny Ernesta Thompsona Setona, romantycy i ludzie szukający przygód, harcerze leśni i woodcrafterzy młodzi i starsi, niewątpliwie znają postać Quonaba — starego Indianina, mądrego nauczyciela młodziutkiego Rolfa, przyszłego trapera... Poznamy Quonaba szlachetne właściwości, jego wrażliwy stosunek do przyrody i do wszystkiego co żyje. Quonab był dobrym człowiekiem i doświadczonym traperem.

A co nam mówią imiona takich postaci, jak Jim Bridger, Kid Carson, Bill Williams, John Colter, spółka handlowa z futrami Johna Jacoba Astora?

W 1534 roku, w czasie, kiedy zaczynała pisać się historia nowoczesnej Amery- ki, po badawczych podróżach, wykonanych przez Francuza Jaquesa Cartiera, francuscy koloniści północno-wschodnich krańców Ameryki bardzo szybko po- jęli, iż w kanadyjskiej dziczy nadaremnie szukaliby złota podobnie jak Hiszpanie w Karibiku. Ale znaleźli coś, co im złoto doskonale wynagrodziło: były to futra. Europejscy kupcy futerkowi na początku domagali się futer różnego rodzaju, a amerykańskie i kanadyjskie futra były bardzo modne i pożądane, konkurowały z drogimi rosyjskimi futrami. Powoli wszak interes handlowców skupiał się na 191) jednym rodzaju futer i na początku XIX wieku na rynku futer dominowało futro z bobra. Przyczyną tego była męska moda na kontynencie europejskim, a później na całym Świecie: był to gatunek męskiego kapelusza - cylinder, wyprodukowany z najbardziej delikatnej pilśni. Kapełusznicy wymagali, aby materiał na kapelu- sze był jak najbardziej gładki i zachowywał nadaną formę. Te wymagania spełniała idealnie pilśń z sierści bobra. I tak tysiące futer bobra przerobiono, aby uzyskać sierść, która była pierwszorzędnym surowcem przy produkcji kapeluszy.

Cała armia traperów pojedyńczo lub w niewielkich grupach, udawała się na długie łowieckie ekspedycje dla swojego utrzymania 1 zysku, czy też zysku firm futerkowych. Tak na przykład niemiecki kolonista, kupiec John Jacob Astor, założył w 1809 roku jako jeden z pierwszych w Nowym Jorku spółkę American Fur Company, która zajmowała się handlem futrami. Astor stał się na podstawie bajecznych zysków z tego handlu pierwszym amerykańskim milionerem.

W 1822 roku zaczął się jeden z najbardziej romantycznych epizodów amery- kańskiej historii, gdyż pierwszy statek łowców futer dotarł po rzece Missouri do oddalonych gór. W ciągu trzech lat, które tutaj traperzy, ci szorstcy mężczyźni, mieli spędzić przy łowieniu futerkowej zwierzyny, mieli dostarczyć futra bobrowe kupcom, aby za nie otrzymać pieniądze, whisky i zapasy na następne wyprawy. Kiedy 120 traperów, przeżywszy twarde lata w dziczyźnie, pokazało się w czerwcu 1825 roku w miejscowości Uinta Mountains, wlokąc ze sobą pakunki z futrami bobrowymi, zaczęła się era traperów i era bobrowego kapelusza.

Prawie wszyscy traperzy byłi samotnikami, co wynikało z charakteru ich zatrudnienia. Tak, jak mówił niepisany regulamin ówczesnych pionierów: „Pomóż sobie sam, polegaj na samym sobie”, traperzy jak na przykład Jim Bridger, traper, kupiec z futrami, zwiadowca armii, czy Bill Williams lub Kid Carson — traper, zwiadowca armii, bojownik przeciw Indianom, i setki innych rok co rok odchodziły do Gór Skalistych za utrzymaniem, przygodą i również za odkryciami. Mężczyzna gór i lasów — traper, był niesamowitym osobnikiem, któ- ry największą część swojego życia spędzał w wysokogórskich dolinach, w naj- bardziej odległych parowach. Najczęściej sam, niekiedy z kilku druhami, łowił kuny, piżmaki, szopy, tchórze, borsuki, ale przede wszystkim bobry. Wiele trape- rów na tyle przysposobiło się do stylu życia w przyrodzie według wzoru Indian, ze sami stawali się „białymi Indianami”. Traperzy przejęli indiański sposób ubierania się, bowiem w warunkach twardego życia, w których łowili, było praktyczne. Przy tym w kolorach i osobliwości ubierania się wyprzedzali często samotnych Indian. Żenili się nawet z indiańskimi kobietami i mieszkali w namiotach tipi. Tylko w ten sposób mogli przeżyć w krainie, na tyle oddalonej 192) od wszelkiej cywilizacji, na terenach szczepów indiańskich, które na białych intruzów nie patrzyły z sympatią. W czasie zimowym, gdy niezbędne było wytworzenie mnóstwa futer jako wynik całorocznego łowienia i przygotowanie je na wielkie letnie spotkanie traperskie z handlowcami, indiańska żona była dla trapera nieodzowną pomocnicą.

Owo wzmiankowane spotkanie odbywało się zawsze w lipcu w miejscu, ulokowanym w którejś górskiej dolinie. Samotniczy i dziwaczni traperzy spotykali się obciążeni pakunkami futer, aby spędzić aż trzy tygodnie, poświęcone handlowi, uzupełnieniu zapasów i jarmarcznej zabawie. Trwała tu seria różnych gier i zabaw, strzeleckich zawodów, wyścigów konnych, zapasów, ale również libacji i bójek. Każdy chciał się rozerwać, każdy chciał pokazać, co potrafi. A przy tym ogólnym rozgardiaszu ciągle handłowano, robiono zakupy i pito litkupy.

A nagle wszystko się kończy, wszyscy rozchodzą się do swoich leśnych i gór- skich zakątków, aby przygotować się na nową zimę, na nowy sezon łowczy. Nie są to jednak samotne łowy. Wiele traperów na swoich łowieckich wyprawach dokonało znaczących odkryć nowych terenów Ameryki i w ten sposób posunęło granicę znajomości dalej na zachód kontynentu.

Traper Jim Bridger w 1824 roku wspólnie z grupa łowców zastawiał sidła i potrzaski w okolicy rzeki Bear. Łowcy wysłali wtedy młodego Bridgera, aby przebadał dotąd dla białych nieznany bieg rzeki. Bridger po pewnym czasie dotarł do wielkiej wodnej przestrzeni i przekonawszy się, że woda jest słona, oznajmił swoim druhom, iż odkrył zatokę Pacyfiku. Dopiero później wyszło na Jaw, 12 odkrył Wielkie Jezioro Solne.

Inny traper i samotnik, John Colter dołączył do ekspedycji traperów zmierzają- cych do doliny rzeki Yellowstone. Tam udał się pewnego dnia w zwiadowczą podróż, przy której przeszedł trasę o długości około 800 kilometrów w bogato ukształtowanych górach, których dotąd żaden biały człowiek nie odwiedził. Wędrował w srogiej zimie sam, zaopatrzony w strzelbę i plecak. Przebadał rzekę Bighom i potem posuwał się pod prąd Yellowstone. Odkrył tam buchające gorącą wodą i parą gejzery i źródła, błotne wulkany z kipiącym bagnem i liczne wodospady, jakie są dziś znajome w Narodowym Parku Yellowstone. Kiedy po powrocie o tym opowiadał, nie wierzono mu i mówiono o „piekle Coltera”.

Następne koleje losu Coltera mówią o srogim i niebezpiecznym życiu traperów w tych czasach. Colter, powracający z dalekiej podróży, zmuszony był walczyć z wrogimi Indianami 1 na swoich śnieżnych rakietach maszerował wśród śniego- wych burz i całymi dniami głodował, gdy nie udało mu się złowić jakiejś 193) zwierzyny. Później pierzchał z niewoli mściwych Indian Blackfeet — Czarnych stóp bez broni, prawie bez ubrania trasą 300 kilometrów długą do siedliska przyjaciół. Większość tej trasy pokonał biegiem — stąd do dziś „bieg Johna Coltera” jest legendą tamtych czasów.

Przy stawianiu sideł i potrzasków i przy następującym ich obchodzeniu w cho- ciaż trochę sprzyjającej aurze traperzy przechodzili znaczne odległości. Łowcy bobrów — dopóki lód nie pokrył powierzchni rzek i jezior — dzień w dzień zmuszeni byli wchodzić do wody i pod powierzchnią stawiać przy gnieździe bobra swoje potrzaski. Łatwo z tego wywnioskować, że większa część łowców cierpiała na ciężkie schorzenia reumatyczne, które czyniły z nich przedwcze- snych starców.

Lecz zmierzch traperów — łowców bobrowego futra zbliżał się nieodwracalnie: w 1839 roku przybył na kołowcu do Saint Louis elegant z cylindrem z europejskiego jedwabiu. Wzbudził tym w mieście wielkie poruszenie, bowiem sam nie przeczuwając niczego, ogłosił nowy rewołucyjny trend w modzie mężczyzn. I to był koniec futerkowej koniunktury. Traperzy pojęli, że futerkowe imperium, które również oni swoją umiejętnością i wysiłkiem pomagali wybudo- wać naraz upadło.

Kolejne lipcowe spotkanie traperów już nie odbyło się. Mężczyźni z gór 1 lasów, traperzy, stali się teraz przewodnikami karawan kolonistów i zwiadowcami w ekspedycjach amerykańskiej armii przeciw Indianom.

Thomas Ostwald — Horst Henneberg:

„„Das grosse Trapperhandbuch” 194)

TRZEJ KRÓLOWIE

Mroźna zamieć kruszyła krainę białą zagładą. Na przeciwśnieżnych płotach, wybudowanych przez drogowców, usypała góry zaspowe tak, że sterczą tylko pale. To poniekąd ochroniło jezdnię i również łan pola za nią. Wznosiła się tam kopa nie zwożonego kukurydzianego chwastu, cała ośnieżona, a na jej czubku siedziały trzy gawrony, zgarbione i nastroszone, wyglądały jak magnaci w płasz- czach — czy przypadkiem to nie powracają Trzej królowie z uroczystości wielkiej gwiazdy? Nie, nie byli to królowie, lecz straż równiny śnieżnej.

Na drodze obnażonej przez pług odśnieżny, który tędy akurat przejechał, jest wygodniej i jakby cieplej niż na zawianych polach. I tam kurczyło się stadko kuropatw na tyle zubożonych przez niepogodę, że już ani nie dbało o pojazdy, śpieszące się białym pustkowiem w obu kierunkach. Szukałem wzrokiem pozosta- łych gawronów, gdzie znajduje się stado do którego należy ich trójka; w najbliż- szej okolicy nie zobaczyłem ani śladu po nim. Ale z dali odzywało się krakanie.

Nagle na firmamencie pokazała się plama, która poruszała się ku drodze. Zbliżając się, rosła, aż nabyła postać dużego drapieżnika i poznałem myszołowa, tego na spodzie jaśniejszego, włochatego, co do nas przylatuje z północy na okres zimowy. W tej chwili wstąpiło w ptaki życie: kuropatwy zadreptały stokiem rowu do czarnego otworu przepustu i zwinęły się do wnętrza, widocznie było to ich prowizoryczne schronienie, gawrony pociągnęły głowy i zadarły je do góry. Drapieżnik zaczął nad jezdnią kołować - gdzie podziały się kuropatwy? - nie mogąc ich znaleźć, opuścił się niżej. W tym momencie wyłeciały gawrony wszystkie razem i szybkim lotem pędziły na intruza. Nastąpił taniec: w górę, w dół migały czarne skrzydła w dzikim wirze koło olbrzyma a lotki głośno klaskały; przy tym cała ta potyczka szybko oddalała się, napastnik pierzchał. Za chwilę została tylko pusta równina, nigdzie ani żywej duszy, tylko samochód od czasu do czasu przemknął.

Kroczę miejskim rynkiem, ludzie koło mnie biegną zawinięci aż po uszy, mróz króluje również tutaj. Nad pustkowiem parku dźwiga się śniegiem zasypany klomb i na nim siedzą — trzy gawrony. Wśród swego biegu oglądam się: czy nie jest to ta trójka z pól? A oni, zgarbieni i nastroszeni jak magnaci w płaszczach, 195) Trzej królowie mrużą oczy i zachowują się obojętnie; nie chcą tego wyjawić. Co tych trzech króli wiąże ze mną, z plebejuszem. Dobrze, i co mnie wiąże z nimi? Jakież to romantyczne w takiej słocie! Jaromir Tomećek: „Tajemnice dziczy” /fragment/ 193 196) Spis treści SPIS TRESCI Kto pisze, zostaje .....uaauauaaaaaaaaaaaaaaaaa naa 5 Poselstwo Czarnego Wilka ......uuauaaaa aa wawa nana aa ana iai a. 8 ZAMOWy biwak ....LLueuaeaeaaaaaaaaaawaaaa zana, 11 Co ci dają wędrówki w przyrodzie? ....uuaaaaazaaaaazaaaaaiii1. 14 Jak tropić WIOSNĘ ...Laaaaaaaaaaaaaaaaaa nana nana nania, 15 Rozpalmy nowy ogień! ........uuuaaaaaaaaaaaaaaaaanazaaniii, 17 Marcowe rozważania o ascezie i miłości .......uaaaaaaaaaaaaiaii. 19 Z powrotem na granice lasów ......auaaaaaaaaaaaaaaaaaaanaaia 22 Lasydźyde L...uaaaaaaaaaaaaaaaaaaakaaaaa nana iii 27 Do czego dąży ruch leśnej mądrości? .....uauaaaaaaaaaaa aa aaaii, 31 Co nosisz w swoim plecaku? ....Luaaaaaaaaaaaaaaaaaaa aa nania, 33 Podłoże indiańskiej filozofii ......aaaaaaaaaaaaaaawaanaaaaaiai 34 ZWIaSUNY Lua aaa aaa aeaaanazaeaaaa aaa aaa aaa 37 Nowoczesny człowiek i przyroda ...uuuaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaiaa: 39 Tajemnica trucizn w przyrodzie .....uuuuaaaeaaaaaaaaaaaaawaaih 44 Zarastają leśne drogi ......uaaaaaaeaaaaaaaaa aaa aaaa nai iii 45 Braterstwo Leśnej mądrości ......uuaaaaaaaaaaaaa aaa aaa aaaiia 49 Namioty LLuuuaeaaae awe zana aaa aaa ia 51 Jak budowaliśmy hausbot ......L.ueaaaeaaaaaaa aaa aaa aaaaaiih 53 Reguła i dwanaście Ustaw leśnej mądrości ......uauaaaaaaaa aaa. 56 Wigwam w Skałach Lala aaaaaaaaanaaaaz aaa nawa ach 61 Indianie jako Sportowcy ....uueaaaa aaa aaa aaaaii saa: 63 Co sobie najwięcej poważam w puszczaństwie ...........42444111. 65 Pochwała bosych nóg LLL uaaaaaaaaaaaeazawan zane aaaa aaa 68 Spotkanie ŚWłatów ..LLLuuuuaaaaaaaaaaanannaaaaa aaa ca aiai 72 Pemikan ..LLLaaaea eee aaa zena aaa naa 80 Głód pod gwiaździstym skłonem ......ueaaaeaaaaazaanaaaaaiii 82 Alchemia woodcraftu ...uuaaeaaaaea aaa za aaaaa aaa aa aaai 88 Stryszek na Trawnym LLL uaaaaaaanaaaaaaaananaanaaaaic nici 92 Piaskowy obraz Czterokrotnego Ognia ..........aauaaaaanaaaaii: 94 Leśna GSZA LLLaaaaeeaaaanaaaaannnnenanna nana iii 96 James Fenimore Cooper - piewca amerykańskiego człowieka natury ...97 Zapachy lata L.uaaaaaaaeaananawaaanaaananaaaanaaana naa iii 100 Gra w gwiaździsty kapelusz ....uuaaaaaanawanaaaa nana a ciii 102 197) Spis treści Sztuka Wędrowamła ....uuuaeaaeaeee zaawan nana aaa nai, 106 Ścieżka wtajemniczenia .......uaaaaaaaaaaaa aaa aaa LLL 109 Samoczynne Ogmiusko LLLuuuaaazaaaaaeawacaaa aaa aaa iii 112 Obozowy ranek ...L.uuuuaaeaeaeaeaaeeaaaaaaaaaaa nia iiii 114 Woodcraft - leśna wiedza i leśne braterstwo .........aaaaaaa aaa 12. 116 Totemowa tablica na obozie ......uaeuaaeaaaaaa aa aaa aaa: 127 Indianizm jako element wychowawczy w ruchu woodcrafterskim ...... 129 Beniaminek na obozie ......uaauaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa aaa: 136 O znaczeniu wigilii .....uuuaaaaaaaaaa aaa aaa aaa aaa: 138 Czytanie o pisaniu (kroniki) ...Luuaaaaa aaa eaaaa aaa aaa nina 142 Opowieść o dziewczynie o imieniu Zbożowa Śnieć ................. 149 O naturalnym obozowanu ...LLeuueee eee zee aaa aaa aaa: 151 Kibbo Kift Kindred ......aaaauaaaaaaanaaaaa aaa aaa aria 158 Wspomnienie o A. B. Svojsfku, założycielu czechosłowackiego skautingu 167 Październik - król miesięcy ...LLuauaaaaaaaaaeaa aaa aaa aaa 170 Rozważanie o prowadzeniu dziennika .........uaraaaa aaa aiii 171 Dzień dobry, listopadzie ......uaaaaaaaaaaaaa aaa aaa iii: 175 Puszczaństwo i jego sens wychowawczy w Harcerstwie Leśnym ....... 177 Gwiazdkowe prezenty dla leśnych i polnych przyjaciół .............. 182 Czy używasz znaku podpisowego? .....uuuuaaaaaaaawaeaza naci 184 Traperzy - łowcy amerykańskich lasów 1 gór .......uaaaaiaa1121. 188 Trzej królowie .....auaaaa aaa aaaaaaaaaa nawa na nace i ii 192 195 198) W edycji Biblioteczki WALDEN ukazało się:

Tom 1 
Ernest Thompson Seton:
ZWITEK KORY BRZOZOWEJ WOODCRAFTU
Podstawowy podręcznik puszczaństwa.
Tom 2 
Milan Kimánek:
POLSKA BIBLIOGRAFIA KSIĄŻKOWA DZIEŁ ERNESTA THOMPSONA SETONA
Spis książek E.T. Setona, wydanych w Polsce w latach 1907-1992
Tom 3
Ladislav Rusek:
LEŚNE JUNACTWO
Garść rozważań o ruchu woodcrafterskim
Tom 4
Ernest Thompson Seton:
POSELSTWO INDIANINA
Ewangelia czerwonoskórego człowieka
Tom 5
Ladislaw Rusek:
ZIELONY DZIENNIK
Notatki adepta leśnej mądrości
Tom 6 
Zespół autorów:
KNIHA O WOODCRAFTU (w języku czeskim)
Powstanie, znaczenie i perspektywy woodcraftu
Tom 7 
WIGWAM
Almanach harcerzy leśnych i woodcrafterów
Tom 8 
Charles A. Eastman - Ohiyesa:
ABECADŁO ZWIADOWCY INDIANSKIEGO
Przygotowanie indiańskiego chłopca na przyszłe życie wojownika i zwiadowcy
Tom 9 
LEŚNY ALMANACH
Lektura dla braci puszczańskiej

W przygotowaniu:

Tom 10 
Ernest Thompson Seton:
ROLF W LASACH
Znana na całym świecie powieść o przygodach trapera Rolfa w dziczy amerykańskich lasów.

199) 200) Leśny Almanach

Puszczaństwo staje się ostatnimi czasy niezmiernie popularne wśród środowisk harcerskich, zapewne dzięki możliwości przeżycia przygody, jaką stwarza bezpośredni kontakt z przyrodą i jej przeciwnościami. Ale częste wyprawy do lasu i bytowanie w naturze nie zawsze oznaczają, że jesteśmy już puszczanami. Wbrew pozorom puszczaństwo jest czymś glębokim i mądrym; techniczne umiejętności potrzebne do życia w środowisku naturalnym są jedynie czymś dodatkowym i uzupełniającym to, co jest esencją tego prądu.

Wychowanie pusczańskie ma na celu uwrażliwienie człowieka na otaczający nas świat, uczy poszanowania życia we wszelkich jego przejawach, poczynając od największego zwierzęcia, a kończąc na najmniejszym robaku i listku. Umożliwia przede wszystkim rozwój duchowy człowieka oraz budzi szacunek dla potęgi Tego, za przyczyną którego to wszystko powstało.


hm Krzysztof Manista, drużynowy 23 Drużyny Harcerzy Starszych „Skaut” im. Bolesława Chrobrego o specjalności puszczańskiej z Hufca ZHP Krotoszyn